Z Wojtkiem Mazolewskim, basistą projektu Wojtek Mazolewski Quintet rozmawia Artur Tylmanowski



Bardzo niejazzowy początek jak na giganta polskiego jazzu. Zaczynałeś w zespole punkowym Iwan Groźny!

- Tam wyrażałem swoje pierwsze fascynacje jazzowe, grając cover "Love Supreme" giganta jazzu Johna Coltrane'a.

Rodzice byli muzykami?

- Nie, mama była wręcz niezadowolona. To nauczyło mnie tego, że o swoje musisz się bić. Dlatego już w szóstej klasie szkoły podstawowej zacząłem pracować.

Jako muzyk?

- No co ty. Pomagałem ojczymowi w remontach, malowałem, tapetowałem, wykonywałem prace hydrauliczne. Potem zająłem się ceramiką. Obrabiałem glinę dla pracowni Łukasza Szajny w Gdańsku. W ten sposób zarobiłem na struny, później na gitary. Pracowałem w stoczni remontowej w Gdańsku.

Tej słynnej? To kim ty jesteś z zawodu?!

- Tak, tej słynnej. Zrywałem w stoczni rdzę z bananowców. A zawód wyuczony to monter aparatury radiowo-telewizyjnej. Ale to też tylko dlatego, że spóźniłem się na egzaminy wstępne na ASP.

Potem był bas. Jednym z twoich bardzo ciekawych projektów jest Bund Band, którego repertuar to rewolucyjne pieśni żydowskiej organizacji Bund podane w jazzowych aranżacjach, bez wokalu. Nie lepiej byłoby to zrobić na punkowo?

- Jazz daje ci szerszy wachlarz środków wyrazu, to taki bunt dla dorosłych. Mam nadzieję, że nagramy z Bund Bandem płytę i ruszymy w trasę.

Koncert z tym repertuarem nazwałeś"Tribute to Marek Edelman". Fascynuje cię ta postać?

- Jest idealnym wzorem, autorytetem. Pokazuje, że warto być tym, kim się chce być i warto bronić swoich ideałów za wszelką cenę. Nie raz pokazywał, że nie trzeba się wszystkim przypodobać. Potwierdził również to, że życie i współżycie z ludźmi było dla niego najważniejsze. To mnie ujęło.

Muzyk jazzowy to wojownik?

- Oczywiście! Ja się moim jazzem brudzę i zaglądam w każdą dziurę. Jestem typem człowieka, który przełamuje granice, szuka, idzie tam, gdzie inni nie pójdą. "Newcomer" Wojtek Mazolewski Quintet z najnowszej płyty już 6. tydzień utrzymuje się na liście przebojów PR III. To pierwszy jazzowy band w tym zestawieniu.

Faktycznie, przełamujesz wszystkie utarte schematy, tkwiące w muzykach jazzowych. Słyszałem, że chcesz zrobić eksperyment i jako pierwszy polski muzyk zagrać koncert na kontrabas dla krów!

- Już go w sumie zagrałem, ale bez publiczności. Byłem w Borach Tucholskich u przyjaciela. Wyciągnąłem sobie kontrabas i zwrócony twarzą do jeziora zacząłem grać. Nagle za sobą poczułem czyjąś obecność. Stało za mną stado krów, które przyszło napić się wody. Patrzą na mnie i słuchają tego, co robię. To było tak wspaniale doświadczenie, tylko nikt tego poza mną nie widział. Dlatego postanowiłem, że zrealizuję koncert dla krów na kontrabas solo, dokładnie w tamtym miejscu.