Z Wojciechem Fibakiem rozmawia Piotr Kalisz

Ogląda pan turniej na żywo w Paryżu. Zebrał pan dużo gratulacji po zwycięstwie Kubota?

- Bardzo. Reakcja była niesamowita. Novak Djoković, Rafael Nadal, wujek Nadala - wszyscy podchodzili i gratulowali. Łukasz jest jednym z najbardziej lubianych zawodników. Wszyscy z nim sympatyzują, ale też cenią. Przesadzę, jeśli powiem, że we wtorek w Paryżu więcej mówiło się o Kubocie niż męczarniach Nadala z Johnem Isnerem, ale zwycięstwo Polaka zauważyli wszyscy eksperci i uczestnicy turnieju. Nawet teraz, gdy z panem rozmawiam, na mnie patrzą tenisiści i się uśmiechają, pokazując kciuki, choć nic nie rozumieją z tego, co mówię (śmiech). To był mecz życia Łukasza. Większy sukces niż jego finały w Belgradzie i Brazylii oraz zwycięstwo nad Andym Roddickiem. Przegrywał 0:2, nie pękł i zwyciężył w pięciu setach. Dokonał wielkiej rzeczy.



To był najlepszy mecz polskiego tenisisty od czasów Fibaka?

- Tak, możemy zaryzykować takie stwierdzenie. Historia trochę zatoczyła koło - ostatnie spotkanie na Roland Garros wygrałem też w pięciu setach w drugiej rundzie w 1984 z Amerykaninem Aaronem Kricksteinem. W ostatniej partii było 10:8. Od tego czasu Polacy już nie grali takich meczów.

Ale w kolejnej rundzie pokonał pana Węgier Balázs Taróczy. Kubot miał podobną sytuację w Australii - wygrał pięciosetówkę z Samem Querreyem, by następnie ulec gładko Serhijowi Stachowskiemu.

- Po pierwsze Ukrainiec to nie był zły tenisista, a po drugie - tak bywa. Po takim zwycięstwie trzeba dojść do siebie, nie jest łatwo odzyskać siłę psychiczną i fizyczną. Widzimy, co się dzieje - dzień po super meczu z Alamagro Łukasz żegna się z turniejem deblistów. Pamiętam, że w 1984 wszystkie moje trzy mecze były pięciosetowe. A w międzyczasie grałem debla w parze z Borisem Beckerem. Wszystko mnie bolało, byłem tak poobijany, że praktycznie nie mogłem się ruszyć. Odpadliśmy z Borisem w pierwszej rundzie, tak jak teraz Łukasz z Oliverem Marachem. Dlatego doskonale rozumiem Łukasza, że mogło być mu ciężko.

Myśli pan, że wytrzyma kondycyjnie w dzisiejszym starciu z Argentyńczykiem Carlosem Berlocqiem?

- Po meczu z Almagro mocno Łukasza wyściskałem i długo z nim rozmawiałem. Mówiliśmy, że z pomocą przychodzi mu pogoda. Od dziś ma być w Paryżu zimniej, bardziej wietrznie. Może będzie się Łukaszowi trochę lżej grało. Najważniejsza jest jednak forma psychiczna. Tu są tłumy, ogromne zamieszanie. Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć, szczególnie po tak wspaniałym meczu. Musi sobie z tym poradzić.

Na co go stać w tym turnieju?

- Rozmawiałem z Jürgenem Melzerem [półfinalista z ubiegłego roku] mówił, że drabinka dla Łukasza teraz się otwiera i mogą się spotkać w 1/8 finału.

A potem ćwierćfinał i Andy Murray?

- Każdy wygrany mecz będzie sukcesem, ale Łukasz ma szansę zajść wysoko.

A Agnieszka Radwańska? Ma trochę pecha, jeśli pokona dziś Sanię Mirzę, a potem rywalkę w trzeciej rundzie, to już w 1/8 trafi na powracającą do wysokiej formy Marię Szarapową, a potem ewentualnie w półfinale na Kim Clijsters.

- Wierzę w Agnieszkę. Jest w dobrej formie. Może nie miała łatwego losowania, ale poprzednio także takie były i się nie udawało, to może teraz się uda?

A co z jej problemami zdrowotnymi?

- Widziałem ją przed chwilą, jak niosła wielkie, wyglądające na ciężkie, pudełka z piłkami. Zaczepiłem ją i powiedziałem, że chyba w takim razie nie jest z tym jej zdrowiem aż tak źle? Tylko się uśmiechnęła.

Wyniki: Ł. Kubot, O. Marach (Austria) - Scott Lipsky, Rajeev Ram (obaj USA) 4:6, 6:7 (5:7)