Chyba każdy facet, który nie był chowany pod kloszem, miał podobne do mojego doświadczenie. W szkole czy na podwórku pojawiał się gość, który wkurzał cię wszystkim i rywalizował o wszystko. Nie ma siły: dwie pędzące po jednym torze w swoją stronę testosteronowe lokomotywy w końcu muszą się zderzyć. I wtedy zaskoczenie. Nagle po konfrontacji stawaliście się... najlepszymi kumplami. Ja podobnie miałem z tiguanem.

Po spotkaniu z drogówką ze zdziwieniem skonstatowałem, że wcale nie jestem zdenerwowany. Wręcz przeciwnie. Rozsiadłem się w fotelu jak król na tronie dzięki regulowanemu wzdłuż i na wysokość podłokietnikowi. Tiguan ma 7-biegową skrzynię automatyczną DSG, więc nie było mowy, aby przeszkadzał w zmianie biegów. Stojąc w korku, wystukiwałem sobie rytm "Rydah for life" na multifunkcyjnej 3-ramiennej kierownicy. Zaczęło śnieżyć (jeździłem na przełomie lutego i marca). Doceniłem podgrzewaną bezprzewodowo przednią (!) szybę. Zrobiło się ślisko. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie komfort jazdy w trybie Offroad Snow, gdy postanowiłem sprawdzić tiguana na leśnych drogach w okolicach kanałku Żerańskiego.

Tak jak w życiu każdego faceta przychodzi moment, gdy porzuca marzenia o sportowym aucie na rzecz tego większego, wygodnego i rodzinnego, tak i mój dzień toczył się podobnym trybem. Koniec wariactw, przyszedł czas dla rodziny. Nigdy nie zwracałem szczególnej uwagi na systemy bezpieczeństwa w samochodach, którymi jeździłem. Liczyło się tylko to, żeby zobaczyć miny innych kierowców w tylnym lusterku. "Nigdy" skończyło się, gdy zaczęła ze mną podróżować cała moja "drużyna A": partnerka, syn i buldog. I nie pytajcie mnie o liczbę poduszek powietrznych w tiguanie. Bo to auto w swoim rozwoju jest już o wiele dalej. Upierasz się przy tych poduszkach? OK, jest nawet kolanowa dla kierowcy. Oprócz tego asystent siły hamowania, system rozpoznający zmęczenie kierowcy, wstępne napinanie pasów bezpieczeństwa w przypadku zagrożenia kolizją czy aktywna pokrywa silnika, zwiększająca bezpieczeństwo pieszych - to tylko te patenty, których działanie jestem w stanie ogarnąć swoim rozumem.

Tak więc z  jednej strony "tiger" z wszystkimi tymi chromowanymi elementami, uzbrojony w 150 koni mechanicznych, które doceni drapieżna część twojej natury. Z drugiej - nieco bardziej stonowana i majestatyczna "iguana", w której dobrze poczujesz się, podróżując z rodziną, bez względu na to, czy są to zakupy czy wakacje. Ta mieszanka to właśnie tiguan. A gdzie jest w niej łyżka dziegciu? Może to ten diesel i smogowy smrodek, który ciągnie się za VW? Choć teraz pewnie są w tej kwestii już świętsi od papieża.