Bardzo się ucieszyłem, kiedy kilka lat temu Kate Bush ogłosiła, że po kilkudziesięciu latach koncertowej emerytury wraca na scenę. Wiedziałem, że zdobycie biletów na któryś z niewielu występów zaplanowanych w londyńskiej O2 Arenie będzie graniczyło z cudem, ale - jak mawia mój kolega z liceum - szansa jest zawsze. Kiedy startowała sprzedaż byłem akurat w pociągu. Łapiąc zasięg w polach między Krakowem a Warszawą, odbijałem się od ściany - strona dystrybuująca bilety wciąż była przeciążona, jedyne co można było poradzić, to odświeżanie.

I wtem... udało się dobić! Szybko zarezerwowałem trzy bilety (dla siebie i znajomych) i gdy przechodziłem do płatności okazało się, że limit płatności internetowej na mojej karcie nie pozwala na sfinalizowanie transakcji. Nie zdążyłem go zmienić - rezerwacja po trzech minutach przepadła, biletów szybko zabrakło. Dojeżdżając do Krakowa byłem już po kilku piwach, ze smutkiem czytając komentarze nielicznych szczęśliwców, którym udało się kupić wejściówki.

Po co ta anegdota? Nie można powiedzieć, że jestem koncertowym freakiem. Ale swoje już widziałem. Udało mi się załapać na ostatnią trasę The Police - występ w Chorzowie był moim pierwszym stadionowym doświadczeniem. Podczas jednego z trzech słuchanych na żywo koncertów Red Hot Chili Peppers nieomal złapałem pałeczkę wyrzuconą po bisie przez Chada Smitha. Szalałem, gdy U2 wracało do Polski ze swoim olśniewającym 360 Tour, witałem owacją na stojąca Paula McCartneya, przeżywałem, gdy na Stadionie Narodowym Roger Waters burzył "The Wall". Kawał wspomnień.

Ale wciąż mam marzenia koncertowe, mniej lub bardziej realne do spełnienia. Nie widziałem na żywo Stonesów, ani nie uczestniczyłem w plenerowym widowisku Jean Michel Jarre'a (choć w hali słuchałem go kilkukrotnie). Na pewno też, siłą rzeczy, nie doświadczę już Depeche Mode z czasów płyty "Songs of Faith and Devotion".

Phil Collins nie jest artystą, którego płyty znacząco pobudzają mój krwiobieg. Wolałem go w wersji nieco bardziej zadziornej, a więc jako perkusistę Genesis. Mimo to bardzo cenię Collinsa jako muzyka i jego powrót na scenę z pewnością będzie wydarzeniem, w którym warto byłoby wziąć udział. Idę o zakład, że to już na pewno będzie pożegnalne tournee.

Tak też - podczas specjalnej konferencji prasowej - zapowiedział sam artystka. Kilka koncertów i koniec. Trasę koncertową przyrównał do wojny: wyjeżdżasz na długo i nie wiesz, kiedy wrócisz.

Collins będzie śpiewał. Na perkusji zagra jego piętnastoletni syn, który zresztą jest w zasadzie autorem całego zamieszania - to on przekonywał ojca, by wrócić na scenę. Czy możemy spodziewać się niespodzianek? Artysta przyznał, że chciałby współpracować ze współczesnym pokoleniem muzyków. Wymienił w tym kontekście m.in. Pharella Williamsa.

Koncertów będzie zaledwie kilka, dlatego nie wahaj się, jeśli będziesz miał okazję kupić bilet. Phil Collins wystąpi w czerwcu przyszłego roku w Londynie, Koloni i Paryżu. Już się nie mogę doczekać!