Wszak nie tylko w Japonii jada się potrawy dziwaczne/obrzydliwe/niebezpieczne.

Nie ma jedzenia obiektywnie obrzydliwego. Czasami zjadasz coś, czego nie znasz, ale czujesz, że jest smaczne. Chwalisz, prosisz o dokładkę. A potem dowiadujesz się od życzliwych współbiesiadników, co to właściwie było. I ta informacja może być najtrudniejsza do przełknięcia.

Dla mnie obrzydliwa jest już sama myśl, że mogłabym zjeść móżdżek, ale znam wielu ludzi, dla których jest on przysmakiem. Ktoś tam je żaby, ktoś ślimaki, jeszcze innym smakuje psie mięso. A na przykład taki Kamil, syn moich znajomych, nie weźmie do ust pomidora (nawet w formie keczupu!), już chyba wolałby zjeść pająka.

 

Pająki jak schabowe

Albo tak mu się tylko wydaje, bo nie wie, że pająki w ogóle można jeść. A można. Jest takie małe miasteczko w Kambodży, nazywa się Skuon i leży jakieś 90 km na północ od stolicy. Tam jada się pająki panierowane i smażonetarantula, pająk, a dzięki tej szczególnej potrawie małe Skuon jest znane na całym świecie jako Spiderville (Pająkowa Wólka?). Dziwna tradycja gastronomiczna wcale nie jest stara, a wzięła się z głodu, który nastał w latach 70. podczas rządów dyktatora Pol Pota i Czerwonych Khmerów. Ludzie zaczęli jeść wielkie leśne pajączyska gatunku tarantula, w miejscowym języku nazywane wdzięcznie a ping, które są mniej więcej wielkości dłoni dorosłego człowieka. Okazały się podobno całkiem smaczne, zwłaszcza panierowane w mieszaninie glutaminianu sodu (MSG), cukru i soli, a potem smażone w głębokiej oliwie z czosnkiem tak długo, aż ?nóżki zrobią się zupełnie sztywne, a odwłok przestanie być glutowaty? - co drobiazgowo opisuje Michael Freeman w przewodniku ?Cambodia?. Tarantule ponoć są łagodne w smaku (w przeciwieństwie do nerwowego usposobienia za życia), słodkawe, z zewnątrz chrupiące, w środku mięciutkie. No, pycha. Najwięcej białego mięsa jest w głowie i odwłoku, najmniej na nóżkach. Brązowa zawartość jamy brzusznej też ma swoich zwolenników, ale chyba wyłącznie wśród twardzieli, bo tam są pajęcze wnętrzności i nie chcę nawet mówić co jeszcze.

 

Krewetka nietrzeźwa, ale żwawa

Kto nie kocha pająków, ale nie ma nic przeciwko czułkom, odnóżom i podobnym sprawom, powinien odwiedzić Japonię. Jednym z przysmaków serwowanych w tokijskich restauracjach są odori ebi - w wolnym tłumaczeniu żywe lub tańczące krewetki. To rodzaj sushi nigri, gdzie do wałeczka zakwaszonego ryżu przywiązana jest krewetka Pandalus borealis - faktycznie żywa, niestety. Nieszczęsne stworzenie jest ponadto kompletnie pijane, bo przed przyrządzeniem wkłada się je na moment do sake. Podczas zjadania (a raczej bycia zjadaną) macha czułkami i odnóżami, co jest szczególną atrakcją dla smakoszy twierdzących, iż energiczne krewetki są znacznie smaczniejsze od ospałych. Jeśli mogę dwa słowa od siebie: uważam, że początkujący wielbiciele sushi powinni sobie odpuścić.

Krewetka

 

Zjeść rybę i przeżyć

Jeszcze ciekawszym japońskim specjałem jest fugu, po polsku rozdymka. Wygląda jak ryba chora na świnkę, ma aksamitną w dotyku skórę z maleńkimi łuskami lub kolcami. Na stół podaje się ją pokrojoną w cieniutkie płaty jak carpaccio. Jest smaczna, wcale nie obrzydliwa. Tylko że fugu to rodzaj rosyjskiej ruletki - nieumiejętnie przyrządzona jest tysiąc razy bardziej trująca od cyjanku albo strychniny. Mała rybka ma w sobie tyle jadu (konkretnie tetrodotoksyny), że mogłaby uśmiercić 300 dorosłych ludzi. A zgon wywołany tetrodotoksyną nie jest specjalnie miły. Nie wchodząc w drastyczne szczegóły, zgon następuje od 20 min. do 8 godz. po posiłku wskutek postępującego paraliżu i w rezultacie uduszenia. Co najgorsze, ofiara jest przytomna aż do końca.

fugu Czy można przeżyć zatrucie fugu? Owszem. ?Jedynie? 60 proc. zatruć kończy się śmiercią. Człowiekiem, któremu się udało, był m.in. kapitan Cook. W 1774 r. kucharz na jego statku źle przyrządził rybę - prawdopodobnie uszkodził jej wątrobę, woreczek żółciowy albo jelita, czyli narządy, w których skumulowana jest trucizna. Słynny podróżnik oraz jego dwaj goście byli w ciężkim stanie, ale udało się im wylizać. Cook przedłużył sobie życie tylko o pięć lat, zanim ostatecznie opuścił ten padół zjedzony przez tubylców na Hawajach (o ile wiem, żaden z kanibali nawet się nie pochorował).

Zatruciom ulegają najczęściej mieszkańcy Japonii, gdzie fugu uważane jest za delikates. Najgorzej bywa późną wiosną, przed tarłem, bo wtedy rozdymka jest najsmaczniejsza, choć akurat najbardziej jadowita. Jeszcze pół wieku temu liczby były przerażające: w latach 1956 58 zanotowano aż 715 przypadków zatruć, z czego 420 zakończyło się śmiercią. Ostatnio, odkąd do przyrządzania fugu dopuszczani są tylko kucharze posiadający odpowiednią licencję, śmiertelność znacznie zmalała. Ale i tak za każdym razem dostaje się wraz z jedzeniem niezłą dawkę adrenaliny.

 

Jajka drugiej świeżości

Wystarczy przepłynąć z Japonii do Chin, aby jedzenie śmiercionośne zastąpić nieszkodliwym, za to śmierdzącym. Słynne stuletnie jajka (znane też jako tysiącletnie) mają co prawda nie więcej niż 3 4 miesiące, ale ich ?bukiet? rzuca na kolana. Kacze, kurze lub przepiórcze jaja dojrzewają przez kwartał oklejone mieszaniną gliny, popiołu, soli, tlenku wapnia i słomy ryżowej. Obrane ze skorupki pachną starym serem, są słone, a wyglądają dość niezwykle. Żółtko jest zielone w paski, białko brązowe i przezroczyste jak cola, ale o galaretowatej konsystencji. Stuletnie jajka są w Chinach dość popularne. W Kantonie można je kupić od ulicznego sprzedawcy, zawinięte w naleśnik razem z marynowanym imbirem. W Szanghaju i na Tajwanie sieka się je, miesza z zimnym tofu, sosem sojowym, olejem sezamowym i płatami suszonego, wędzonego tuńczyka. Chińczycy z północy jedzą je pokrojone na cząstki, posypane startym imbirem i dymką. Popularne są też omlety z jaj świeżych wymieszanych z posiekanymi stuletnimi. Smakosze twierdzą, że najlepsze stuletnie jajka można kupić w Pekinie, konkretnie na nocnym targu w Donghuamen.

stuletnie jajka

 

Na grzyby do Meksyku

Kulinarnych ciekawostek nie brak na innych kontynentach. Koślawy, brzydki, ale smaczny grzyb huitlacoche (w języku Azteków oznacza to podobno odchody kruka), zwany czasami meksykańską truflą, to nic innego jak pasożyt, po polsku: głownia kukurydzy. Meksykanie uważają toto za delikates i zbierają, póki jest młode, niedojrzałe i miękkie. Wtedy huitlacoche smakują i pachną jak normalne grzyby - ziemią, lasem, dymem. Śmieszne, że głownia, choć szkodnik i niszczyciel zbiorów, jest dużo droższa od zdrowej kukurydzy. Je się ją obgotowaną, usmażoną na maśle i przyprawioną czosnkiem i chili. Meksykanie dodają huitlacoche do zup, tamales (gołąbków z liści kukurydzy) i quesadillas.

 

Iguana zielona

Pieczeń z iguany

Dieta mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej nie ogranicza się do grzybów i kukurydzy. Jedzą też mięso, choć czasami dość dziwne. Salwadorczycy przepadają na przykład za potrawami z iguany, zwłaszcza zielonej (Iguana iguana), choć czarna (Ctenosaura pectinata) też jest w porządku. Ich mięso leczy rzekomo wszystkie choroby, od przeziębienia po nowotwory, oraz znacząco podnosi potencję seksualną. Jeśli komuś udałoby się kupić świeżą iguanę - najlepiej na bazarze w San Salwacuyes, świnka morskador - powinien ją obgotować (20 30 min.) w osolonej wodzie, a dopiero gdy zmięknie, upiec albo zgrillować. W USA, gdzie ostatnio zapanowała moda na nietypowe dania, hitem jest iguana w sosie czekoladowym z chili.

Chyba każdy lubi świnki morskie. Jedni za miłe usposobienie i puszyste futerko, inni - na przykład Peruwiańczycy - za smak. Pieczoną świnkę morską namalował Marcos Zapata na obrazie ?Ostatnia Wieczerza?. To dzieło, które wisi w katedrze w Cuzco, nie ma szczególnej wartości artystycznej, ale to właśnie do niego ustawiają się kolejki zwiedzających. Świnka na talerzu i błogosławiący ją Chrystus robią naprawdę mocne wrażenie.

 

 

Na własne oczy - gastronomiczne relacje z dalekich krajów

Pascal Brodnicki, kucharz

 

 

Pascal Brodnicki, kucharz

- W nie tak znowu egzotycznej Hiszpanii za przysmak i afrodyzjak uważa się grillowane bycze jądra.

 

 

 

Monika Witkowska, podróżniczkaMonika Witkowska, podróżniczka

- Aborygeni jedzą tłuste żywe larwy, które wyjmują palcami ze spróchniałych pni. Uważają je - całkiem słusznie - za wartościowe źródło czystego białka. Europejczyk, który nie chce urazić gościnnych gospodarzy, może podpiec larwę na patyku nad ogniskiem, wtedy smakuje jak słodki ziemniak i da się zjeść. Przysmakiem deserowym jest szczególny rodzaj mrówek, które bierze się w rękę i wysysa słodki sok z odwłoka.

- Filipińskim przysmakiem jest balut, czyli ugotowane na półmiękko jajko z wyraźnie widocznym embrionem kurczaka w środku.

- W Tajlandii można zjeść prażoną szarańczę - smakuje jak chipsy.

- Tajskim afrodyzjakiem jest świeża krew węża rozpuszczona w wódce z cukrem.

Joanna Bator, pisarka, dziennikarka

 

 

Joanna Bator, pisarka, dziennikarka

- W jej książce ?Japoński wachlarz? znalazłam sugestywny opis rzadkiej potrawy o nazwie ?piekielne tofu?: ?(...) do stopniowo podgrzewanego rosołu z żywymi rybkami wkłada się kostkę zimnego tofu, a one w ucieczce przed gorącem wkręcają się w nią, by zginąć dopiero, jak i ona zawrze?. (fragment książki ?Japoński wachlarz?, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004).

 

Teks: Inka Wrońska

Zdjęcia: Shutterstock, materiały prasowe (montaż)

 

Czytaj też na Logo24:

o jedzeniu, o podróżach

Jest rzeczą niepojętą, jak wielka jest inwencja ludzka w wymyślaniu napojów alkoholowych. Wódka z końskiego mleka, z robaków lub jaszczurek, z przeżutej przez stare kobiety kukurydzy? Wszystko, o czym marzysz - a raczej wszystko, co tylko koszmarnego może ci się przyśnić.

Jedliśmy larwy z Aborygenami w Australii i piliśmy w Afryce "piwo" Masajów z gara, który nigdy nie zaznał umycia. Jednak dopiero w Papui podano nam coś, czego nie byliśmy w stanie przełknąć - zabitego na naszych oczach prosiaka, natartego krwią i oparzonego na rozgrzanych kamieniach.

Mrówki na przystawkę

Najbardziej niesamowite doznania w Australii? Spotkanie w buszu z Aborygenami i wspólne jedzenie węża. Świt u stóp magicznej góry Uluru, wyprawa na Fraser Island z plażami tak szerokimi, że lądują na nich samoloty, i tak białymi, że z ich piasku można by piec chleb. I drogi, po których można jechać przez setki kilometrów, nie napotykając żywej duszy.

Wariat - Travis Pastrana

Gdyby ktoś na świecie poszukiwał do encyklopedii wizerunku człowieka szalonego, mógłby z powodzeniem posłużyć się postacią Travisa Pastran