Leciałyśmy uczyć się Kamerunu i w ogóle Afryki Zachodniej. Do tej pory znałyśmy tylko kawałek tego kontynentu - od jego wschodniej strony, z Zanzibarem, słynnymi rezerwatami dzikich zwierząt, kolorową kulturą plemienną i niewyobrażalnym wręcz upałem. Doleciałyśmy do kraju, w którym słońce wciąż się chowało, co chwilę lał deszcz i próżno było wyglądać cukierkowej egzotyki z okładki "National Geographic" czy filmów Discovery. Nie miałyśmy planu, a cel tylko jeden: zobaczyć jak najwięcej. Trzeba było nieustannie trzymać kciuki, by deszcz nie zamknął nam drogi. Kolejne punkty na mapie zaznaczałyśmy z dnia na dzień. Leciałam, nie znając jeszcze wyniku meczu piłkarskiego Polska-Kamerun...

 

 

Malarz pokojowy

 

Pierwszy tydzień spędziłyśmy w misji w Nkol-Avolo, w samym środku buszu, 80 km na wschód od stolicy Jaunde. Obiecałyśmy pomalować ściany ośmiu klas w szkole, którą opiekują się polskie siostry. Upał nie doskwierał, słońce schowane za deszczowymi chmurami tylko sugerowało, że jak wyjdzie, to dopiero będzie. Ale wilgotność powietrza sięgała 98 proc. Skraplałyśmy się, wywijając pędzlami. Dzieciaki codziennie wpadały do szkoły, by śledzić postępy naszych prac. Czasem tak bardzo chciały pomóc, że ledwo udawało się ogarnąć chaos. Z chaosu wyłoniło się jednak czterech pomocników, w tym jeden wielki artysta, który - choć nigdy nie trzymał w dłoni pędzla i nic nie wiedział o istnieniu misia (tak, misia, po prostu misia), ośmiornicy ani statku kosmicznego - malował tak, jakby tylko po to się urodził.

Kamerun - dzieci

Wieczorami cała banda przychodziła robić sobie zdjęcia. Mała przenośna drukarka podbiła serca Kameruńczyków, mało kto ma tam swoje fotografie. Nauczyłyśmy grać chłopców we frisbee, a oni pokazywali nam zrobione przez siebie zabawki z patyków, wystruganych kółek, sznurków i gumy. Na pożegnanie artysta i jego babcia sprzedali nam kilka pikantnych pączków, które okazały się znakomitą przekąską do kameruńskiego piwa 33 Export.

Następnego dnia wsiadałyśmy do słynnego nocnego pociągu z Jaunde do N'gaundere.

 


Kamerun Kamerun - flagaPaństwo w zachodniej części Afryki Środkowej położone nad Zatoką Gwinejską. Był kolonią niemiecką, a po I wojnie światowej został podzielony pomiędzy Francję i Wielką Brytanię. W 1960 r. zdobył niepodległość, a w 1972 r. połączono obie części, likwidując federację.

Powierzchnią Kamerun dorównuje Hiszpanii (475 tys. km), zamieszkuje w nim ponad 18 mln ludzi. Ustrój Kamerunu to połączenie demokracji parlamentarnej z systemem prezydenckim. Obecny prezydent Paul Biya urzęduje nieprzerwanie od 1982 r., prawdopodobnie fałszując kolejne wybory. W 2008 r. umożliwił sobie dalsze sprawowanie władzy, znosząc kadencyjność głowy państwa.

Kamerun - mapa

 

 

Pociąg do handlu

 

Zaniepokojone opowieściami pewnej niemieckiej turystki o warunkach panujących w drugiej klasie, postanowiłyśmy zakupić miejscówkę w pierwszej klasie - można też jechać kuszetką, ale wydawało się nam to zbędnym luksusem. Odstałyśmy osiem godzin w kolejce, ignorując podchodzących co chwilę różnych pracowników Camrailu, którzy oferowali nam pomoc w rezerwacji "godnego" miejsca (za równie godną zapłatę). Pod koniec dnia okazało się, że na pierwszą klasę już za późno.

Kamerun Pociąg zaczekał na punktualne, jak zwykle, słońce, które zachodziło o 18, oraz muzułmanów, którzy musieli jeszcze skończyć wspólną modlitwę na peronie. Szarpnął wreszcie i ruszył. Siedzenie było niewygodne, bez zagłówka, miejsca na nogi mało. Mężczyźni popijali rum z foliowego woreczka, żeby szybciej zasnąć, a ja się zastanawiałam, czy wytrzymamy tak całą noc. Szybko się okazało, że nie będzie to łatwe. Nieważne, że podróż zamiast 12 godzin trwała 19. Nieważne, że trudno się było choć na chwilę zdrzemnąć. Nieważne wreszcie, że w siedzeniach mieszkały pluskwopodobne robaczki. Największym przekleństwem okazał się... handel. Do przedziału co chwilę wchodził kolejny kupiec. Sprzedawano wszystko: od chińskiego proszku leczącego i czyszczącego zęby, poprzez chińskie leki na impotencję, drukowane kursy skrótów klawiaturowych i podstaw korzystania z internetu, długopisy z balonikami i cukierkami, krzyżówki, zegarki, skończywszy na (chińskiej, a jakże!) kompleksowej terapii oczyszczającej organizm, na którą zdecydowało się najwięcej chętnych. Wszystko w promocjach i opatrzone tak wyrafinowanym i dowcipnym komentarzem, że nasi domokrążcy powinni się schować ze wstydu. Co jakiś czas (nie zawsze na stacji) pociąg stawał. Po kilku sekundach z mroku wyłaniał się tłum, zwykle dzieci i kobiet, pędzący do okien pociągu. Na głowach nieśli banany, plantany, mandarynki, wodę, olej palmowy, suszone mięso i trzcinę cukrową. Współpodróżni wskakiwali na siedzenia i przez okna negocjowali ceny, pożyczali sobie wzajemnie drobne, a pod koniec dzielili łupy. Naprzeciwko nas siedziały dwie Czadyjki. Jedna przez całą podróż spała w niezmienionej pozycji, druga kupowała wszystko, co wpadło jej do rąk. Podróż kończyłyśmy z podkulonymi nogami, bo w wagonie zaczęło brakować miejsca na zapasy naszych sąsiadek.

Kamerun - N'gaundere N'gaundere - ostatnia stacja na północy Kamerunu.

 

Tak dojechałyśmy do N'gaundere, ostatniej stacji łączącej stolicę z północą. Tu przesiadłyśmy się na autokar do Marua (osiem godzin). W drodze wypytałyśmy ludzi, jak dojechać do różnych miejsc. Stało się oczywiste, że jeśli chcemy się wybrać na targ w Tourou, poszwendać się po górach Mandara i popatrzeć na żyrafy, musimy mieć przewodnika z samochodem 4x4. Nazajutrz poznałyśmy Bubę - poczciwego muzułmanina, który pościł przez całe dnie, kiedy my odkrywałyśmy uroki ulicznego jedzenia: bagietki z fasolowym farszem czy jajek na twardo z pikantnym sosem. Buba najmuje się jako kierowca. Utrzymuje żonę i trzy córki, o których mówił z niespotykaną miłością. Czułyśmy się przy nim absolutnie bezpiecznie.

Kamerun - Foumban Foumban - siedziba sułtana ludu Bamun, który zazwyczaj przechodzi ze swoim orszakiem tą ulicą w drodze do meczetu. Trudno tu uwolnić się od namolnych artystów sprzedających swe dzieła.

 

Buba zabrał nas do Tourou przy granicy z Nigerią. Tylko w tym regionie kobiety noszą ozdobne hełmy z kalebasy - zdrewniałej skorupy tykwy. Na targu przelewały kukurydziane piwo. Alkohol lał się ciemnożółtymi gęstymi strumieniami, mimo ostrzeżeń przedstawicieli Czerwonego Krzyża, którzy przez megafony ogłaszają epidemię cholery. W tych warunkach łatwo o zakażenie. Zarazić się można przez skażoną wodę (rozcieńczanie alkoholu) i brudne ręce (wszyscy nabierają piwo do trzymanych w rękach misek). Przy pomocy Buby ostro zbiłyśmy kilkakrotnie zawyżone ceny przypraw, tkanin i zabawek z kalabasy. Chodziłyśmy wąskimi dróżkami przecinającymi kolorowe plamy ziarna, orzechów, przypraw, ryb i owoców, naczyń, tkanin. Na targach było wszystko i wszystkiego o wiele za dużo jak na potrzeby okolicznych mieszkańców. Ale nie chodzi przecież tylko o to, by coś sprzedać i kupić, ale żeby się spotkać. Handlarze siedzieli obok siebie i gawędzili, jakby nie do końca zainteresowani klientami, popijali piwo, odganiali muchy, popijali piwo, odganiali muchy, popijali piwo...

Z targu ruszyłyśmy prosto do Rhumsiki, skąd wyszłyśmy w góry na dwudniowy trekking.

Kamerun -

 

 

 

 

"Wróżący z krabów", jedna z najważniejszych postaci w Rhumsiki. Kraby powiedziały mu, że do Kamerunu wrócę nie raz!

 

Wróżenie kosztowało tysiąc franków.

 

 

Piwo, do cholery

 

Wędrówka po górach Mandara to właściwie spacer, tylko sporadycznie zdarzają się ostrzejsze zejścia lub podejścia. Co jakiś czas przystawałyśmy, by ogarnąć wzrokiem okolicę. Przy drodze mijałyśmy groby chrześcijan, muzułmanów i animistów, jeden obok drugiego. Ten kraj, rzecz w Afryce nietypowa, prawie nie zna sporów na tle religijnym...

Kamerun - Typowa wioska Typowa wioska na północy.

 

Po kilku godzinach dotarłyśmy na mały górski targ, gwarny i kolorowy, na którym akurat odbywała się ceremonia pogrzebowa. Z daleka dostrzegłyśmy korowód grajków. Trudno było wyczuć, czy byłyśmy tu mile widziane, na wszelki wypadek więc schowałyśmy aparaty. Błyskawicznie otoczył nas tłum dzieci, trochę ciekawych, trochę przestraszonych. Podeszli też dorośli, podając serdecznie ręce na przywitanie. Na odległość czuć było od nich alkohol - tutaj też upijają się kukurydzianym piwem, za to ostrzeżenia Czerwonego Krzyża nie docierają aż tak daleko. Spróbowałyśmy więc my przestrzec ludzi przed cholerą. W tym miejscu dwujęzyczność Kamerunu znaczy jednak tyle, co nic. Nie sposób dogadać się po francusku, o angielskim nie wspomnę. Ludzie mówią tu językiem, który znają tylko mieszkańcy 24 okolicznych wiosek. Dzieci nie chodzą do szkoły, bo to się zupełnie nie opłaca. W roli tłumacza świetnie odnalazł się jeden z chłopców, który właśnie tego dnia rzucił szkołę. Na naszą prośbę opowiedział żonie wodza o cholerze z Tourou. Ta uśmiechnęła się do mnie, kiwnęła głową, po czym z wesołą miną kucnęła obok znajomych i nabrała pełną kalebasową miskę piwa z wielkiego wiadra, z którego korzystają wszyscy dookoła.

Kamerun

Jeszcze kawałek pod górę i byłyśmy na miejscu, w maleńkiej wiosce Rufta, gdzie zaplanowałyśmy nocleg. Nasi gospodarze przygotowali nam kolację pod gwiazdami, dostałyśmy pysznego kurczaka w sosie z orzeszków ziemnych, kuskus i ciepłe piwo. W małym boukarou, domku przypominającym przerośnięty ul, bez okien i z drzwiami z falistej blachy, czekało na nas wygodne posłanie, w sąsiedztwie kóz i kur. Następnego dnia zrobiłyśmy wodzowi i jego rodzinie sesję zdjęciową. Poprosiłam wodza, by zapisał mi nazwę wioski i swoje imię. Zakłopotał się nieco i zniknął. Wrócił po chwili z małym zawiniątkiem. Z folii wyciągnął jakiś dokument i bardzo uważnie przepisał swoje imię oraz nazwisko do mojego notesu.

Zrobiłyśmy pętlę i zawróciłyśmy w kierunku Rhumsiki. W pewnej chwili wyrosły przed nami skalne baszty i maczugi. Faissal - nasz przewodnik po górach - powiedział, że to niezłe miejsce na wspinaczkę skałkową, a opłaty za zezwolenie wnosi się u wodza wioski Guava, w euro albo whisky. Chłopak chwalił się, że na szczyt wchodzi w gumowych sandałach w niecałą godzinę i że czeka na białych śmiałków, którzy zechcą pobić jego rekord.

 

 

Hafoja, siostro!

 

Wróciłyśmy do Jaunde, a potem pojechałyśmy nad morze. Limbé słynie z czarnych plaż, które swój kolor zawdzięczają osadzającemu się pyłowi wulkanicznemu z pobliskiej góry Kamerun. Dla nas pozostanie przede wszystkim miastem, w którym nie sposób się dogadać po angielsku, mimo iż właśnie ten region uchodzi za angielskojęzyczny. To także rejon, w którym przenika się wiele religii chrześcijańskich. Katolicy, prezbiterianie, ewangelicy, zielonoświątkowcy, świadkowie Jehowy, baptyści, Adwentyści Dnia Siódmego. Wszyscy podchodzą do nas i na wyrywki przepytują z Pisma Świętego, zapraszają na spotkania. Dopadają nas w aptece, w sklepie spożywczym, taksówce, wszędzie. "Białe siostry, czy wierzycie w Mesjasza?", "Siostro, czy czytasz Pismo", "Siostro, hafoja ["jak się masz" w pidżin], czy chwalisz imię Pana?". Bracie, gdybyś tylko wiedział, Polska to taki katolicki kraj, nie musisz się o nas martwić. "Holland?" Nie, bracie, Poland, czy sprzedasz mi wreszcie tę maść?

Kamerun

Ruszyłyśmy wzdłuż wybrzeża i czarnych plaż do Idenao - małego portowego miasteczka, łączącego Kamerun z nigeryjskim Calabarem. Przeszłyśmy, zgodnie ze wskazówkami przewodnika, przez most na rzecze Lokange, w stronę rybackiej wioski. Kolorowe maszty nigeryjskich, kameruńskich, ghańskich łodzi, poplątane sieci, grillowane ryby, bary, dzieci kąpiące się w zatoce, dzieci lepiące czarne babki z piasku, dzieci biegające za watahą wychudzonych psów, dzieci na kadłubach łodzi i nagle... ta kobieta z wielkim koszem, która zajęła niekwestionowane pierwsze miejsce w naszym kameruńskim plebiscycie sklepów na głowie. Tuż za nią uplasował się mężczyzna z fantastyczną konstrukcją połączonych ze sobą mis, misek i miseczek z kolorowego chińskiego plastiku.

Kamerun - Grillowana ryba z pikantnym sosem i cebulą i grillowane plantany ze śliwkami, podane na porannej gazecie. Grillowana ryba z pikantnym sosem i cebulą i grillowane plantany ze śliwkami, podane na porannej gazecie.

 

 

Inwazja błotnych larw

 

Wkrótce dotarłyśmy w okolice Kumba.

Tu wytrwale przedzierałyśmy się w deszczu przez dżunglę, bo chciałyśmy choć rzucić okiem na przepiękne jezioro wulkaniczne Barombi Mbo. W większości podobnych jezior obowiązuje całkowity zakaz kąpieli ze względu na możliwość uwolnienia się z dna trującego gazu. Pod koniec lat 80. właśnie od gwałtownej erupcji dwutlenku węgla w jeziorze Nyos zginęło 1700 osób. Miejscowi wyraźnie nie przejmowali się zakazem. Kobiety patroszyły świeżo złowione ryby na pomoście. Inni kąpali się, wypływali łódkami i wołali, pytając, czy chcemy dołączyć. Podziękowałyśmy i ruszyłyśmy w dół.

Lało. Grzęzłyśmy, ślizgałyśmy się, całe nogi miałyśmy utytłane w zaschniętym błocie.

Kiedy próbowałam je zeskrobać, okazało się, że niektóre kawałki nie chciały się odkleić. Ściągnęłam je kawałkiem mokrej chusteczki. Moje prawie czyste nogi całe były w czerwonych kropkach, następnego dnia zrobiły się nie tylko czerwone, ale potwornie spuchnięte. O larwach błotnych dowiedziałyśmy się dopiero tydzień później od misjonarzy, zaś niecałe dwa tygodnie później zakończyłam swój urlop na oddziale chorób tropikalnych w warszawskim szpitalu przy ul. Wolskiej. O tych stworzeniach nie piszą w przewodnikach: pamiętaj, na wszelki wypadek, zanim wyruszysz przez dżunglę w poszukiwaniu wodospadu, krateru czy wioski pigmejów, załóż długie spodnie i wygodne buty.

Kamerun - wodospady Ekom Nkam Drogi do wodospadów nie wskazują żadne drogowskazy. Trzeba się pytać miejscowych. Metodą prób i błędów trafiłyśmy wreszcie na boczną ścieżkę, przy której zaraz pojawili się młodzieńcy na motorach, gotowi nas podwieźć. W porze suchej na pewno warto pokonać tę trasę pieszo. Mototaxi to bardzo popularny, tani i bezpieczny dla turystów środek komunikacji, nie tylko w miastach, także w dżungli.

 

Lało nadal, gdy dotarłyśmy do najpiękniejszych wodospadów w Kamerunie. To właśnie tam, przy 80-metrowych, ogłuszających kaskadach Ekom Nkam kręcono Tarzana z Christopherem Lambertem. Tropikalna, nieco mroczna sceneria zupełnie mnie otumaniła. Usiłowałam sobie wyobrazić, jak inaczej to wszystko musi wyglądać, kiedy wychodzi słońce, a pozbawiona świeżej deszczówki jedna z kaskad zupełnie gaśnie... Do wodospadów można dojść na piechotę, ale my byłyśmy na motocyklach. Deszcz zacinał boleśnie, kiedy pędziłyśmy przez dżunglę, migały nam przed oczami ogromne drzewa, urwiska, lepianki, liany. Prawdziwa, ciemnozielona otchłań w oparach mgły.

Łącznie pokonałyśmy ponad 4 tysiące kilometrów. Wracałyśmy wykończone, ja z opuchniętymi nogami. Kto był w Afryce, ten wie, że wciąga i chce się wciąż do niej wracać. Choć tak odmienny od Kenii czy Tanzanii, Kamerun ma wszystko to, czego w Afryce szukamy: pulsującą rytmem muzykę, rajskie plaże Kribi i czarne Limbé, malownicze jeziora wulkaniczne, wodospady, góry, dżunglę, rezerwaty dzikich zwierząt, pyszne jedzenie i ten niesamowity tygiel plemiennych tradycji, odrębnych, choć pogodzonych kultur, religii, obyczajów, języków, przyjaźnie nastawionych mieszkańców. Kamerun-Polska 3:0.       

 

Warto wiedzieć

 

Kamerun Zapytaj, zanim zrobisz zdjęcie. 

Negocjuj. Produkt, który chcesz kupić, jest zazwyczaj trzykrotnie tańszy. 

Nie wyrzucaj plastikowych butelek. Zachowaj je dla dzieci, będą mogły na nich zarobić.

 

 

Informacje praktyczne

 

Pora deszczowa trwa na północy kraju od kwietnia do września, bliżej równika silniejsza od czerwca do września oraz umiarkowana od marca do czerwca. Mówi się, że najlepszą porą na wizytę w Kamerunie jest początek zimy.

Wizę można bez problemu załatwić w kilku ambasadach Kamerunu m.in. w Paryżu, Bonn i Moskwie.

Kosztuje 82 euro, ważna jest przez trzy miesiące

Wymagane szczepienie przeciwko żółtej febrze. Zaleca się także inne szczepienia. Po więcej informacji udaj się do najbliższego sanepidu.

Zagrożenie malarią występuje na całym obszarze kraju.

Konieczne jest zapobieganie ukąszeniom komarów: moskitiera, repelent, odpowiednie ubranie oraz odpowiednia kuracja chemioterapeutykiem.

Do Kamerunu dolecisz liniami Air France, Swiss Air, Brussels Airlines, Royal Air Maroc. Koszt przelotu w obie strony to ok. 3200 zł.

 

 

 

Tekst: Gabriela Kunert

Zdjęcia: Marianna Wybieralska

Kliknij aby zobaczyć album zdjęć z wyprawy