Mejl z ambasady USA w Warszawie: "Jest szansa na kilkudniowy wyjazd polskiego dziennikarza w międzynarodowej grupie do Afganistanu. AfganistanJeśli jest pan zainteresowany, podsyłam dokumenty do wypełnienia. Jeśli nigdy nie był pan w Afganistanie, szanse są większe. Proszę pamiętać, że to nie my decydujemy, kto pojedzie, ale misja USA przy głównej kwaterze NATO w Brukseli". Wypełniam i odsyłam załączniki. Od kilku lat zajmuję się Afganistanem jako redaktor "Gazety Wyborczej", ale nigdy tam nie byłem. Kraj znam tylko z artykułów naszych dziennikarzy i zagranicznej prasy.

Po trzech dniach odpowiedź - udało się! Ze mną jadą Czech, Łotysz, Gruzin, Australijczyk i Japończyk. Zaraz, zaraz... Wyjazd jest już za dwa tygodnie. Muszę nie tylko załatwić zastępstwa w redakcji, ale przede wszystkim powiedzieć żonie! To ostatnie może być najtrudniejsze - Afganistan to przecież wojna, zabici, zamachy bombowe, porwania ludzi.

Kasia zgadza się od razu, zastrzegając tylko, że mam nie robić głupstw. Załatwiam potrzebne wizy i jestem gotów.

 

Drogi pełne Japończyków

Kiedy maszyna przekracza granicę Pakistanu z Afganistanem, nie mogę oderwać oczu od okna, choć właściwie nie bardzo jest co oglądać. W dole górzysty, pustynny teren - zero roślinności, zero dróg, nie mówiąc o jakichkolwiek miejscowościach. Większa część kraju to właśnie bezludny i trudny do skontrolowania obszar. Międzynarodowe lotnisko w Kabulu przypomina Okęcie sprzed mniej więcej 30 lat. Porządku pilnuje mnóstwo żołnierzy z kałasznikowami, a każdy pojazd przy wjeździe na teren lotniska jest sprawdzany. Obok portu cywilnego jest zresztą baza wojskowa - niezbyt duża, bo największa to Bagram, mniej więcej 100 km od stolicy Afganistanu.

Na nas czekają samochody amerykańskiej ambasady, opancerzone toyoty land cruisery, najczęściej białe. To najpopularniejszy tu model aut, używany przez dyplomatów i różne międzynarodowe organizacje, bo wytrzymuje ostrzał karabinowy i wybuch niezbyt silnej bomby.

Kiedy jedziemy do hotelu, jest wczesne popołudnie. Ulice zapchane są samochodami, w 90 proc. kilkuletnimi japońskimi wozami. Nikt nie przestrzega przepisów, co najbardziej widać na skrzyżowaniach i rondach - trzeba po prostu wepchać się w sznur samochodów, a od kierunkowskazu lepszy jest klakson.

 Afganistan

 

Basen bez wody

Heetal Plaza to jeden z najlepszych hoteli w Kabulu. Znajduje się w dzielnicy, gdzie mieszkają grube ryby z afgańskiego rządu, a swoje siedziby ma kilka międzynarodowych organizacji. Cała okolica usiana jest posterunkami uzbrojonych w karabiny maszynowe ludzi, a ulice zagradzają szlabany. To nie tylko afgańscy żołnierze i policjanci, ale też prywatni ochroniarze. Jest ich podobno w Afganistanie ponad 100 tys., choć nikt nie zna dokładnej liczby.

Najpierw podjeżdżamy pod szlaban chroniący hotel. Dwóch uzbrojonych ludzi dokładnie się nam przygląda i pokazuje, by jechać dalej. Po 50 m zatrzymujemy się przed wysoką na 5 m metalową bramą. Kolejny człowiek sprawdza, skąd jesteśmy. Gdy otwiera bramę, okazuje się, że za nią jest następna, równie potężna. Tu kierowca musi już zatrzymać samochód i wyłączyć silnik. Ochroniarze z hotelu otwierają maskę, by sprawdzić, czy w silniku nie ma bomby. Nie ma znaczenia, że auto jest na dyplomatycznych numerach ambasady USA i wcześniej wielokrotnie wjeżdżało na teren hotelu.

Po silniku przychodzi czas na podwozie - ochroniarz specjalnym lusterkiem na uchwycie sprawdza, czy pod autem nie ma materiału wybuchowego. Dopiero potem otwiera się ostatnia brama i można wjechać na teren Heetal Plaza. Parking dla samochodów otaczają wysokie mury - dopiero za nimi są pokoje dla gości. Gdyby jakimś cudem wszystkie punkty kontrolne coś przeoczyły i talibom udałoby się zdetonować samochód pułapkę na parkingu, goście i tak by nie ucierpieli. Przynajmniej taką mam nadzieję.

By dostać się do pokoi, trzeba przejść przez kolejną bramę i wpisać się do książki wejść i wyjść. Chociaż hotel szczyci się czterema gwiazdkami, w Europie dostałby najwyżej dwie. Nawet basen nie został wypełniony wodą, choć temperatura jak najbardziej nadaje się do pływania - w Polsce pierwsze przymrozki, a tu w dzień jest 30 stopni.

Naszą grupą opiekuje się starsza sierżant Reeba, która towarzyszy nam od Brukseli i odpowiada za nasze bezpieczeństwo aż do opuszczenia Afganistanu. Na wszystko musimy mieć jej zgodę - to główna zasada. O innych Reeba opowiedziała nam jeszcze w Europie.

Zasady Reeby

1. Nie podnoś z ziemi niczego, czego sam nie upuściłeś, bo zwykłe pudełko po zapałkach może się okazać bombą pułapką.

2. Kiedy usłyszysz strzały, nie zastanawiaj się, tylko natychmiast padnij na ziemię, a potem poszukaj jakiegoś murowanego miejsca do schronienia się.

3. Zawsze wykonuj moje polecenia.

4. Nigdy nie używaj białego światła w nocy, szczególnie w bazach wojskowych. Takie światło oświetla wszystko dookoła - wrogowie mogą zabić nie tylko ciebie, ale i ludzi w pobliżu. Kolorowe światło jest punktowe, oświetla konkretne miejsce, bez narażania innych na niebezpieczeństwo.

 

Dzieci są w Dubaju

Kabul to ogromne, zapuszczone miasto. Niewiele jest nowo wybudowanych albo choćby odnowionych budynków. Za to dużo lepianek, stłoczonych jak stragany na targu. Nawet niektóre rządowe gmachy bardziej przypominają hotele robotnicze w PRL niż siedzibę władzy. Za to ulice są zaskakująco dobre - główne mają po dwa, trzy pasy, choć często samochody stoją nawet w pięciu liniach. Tu kodeks drogowy tworzy się z potrzeby chwili. Dlatego nawet Amerykanie zatrudniają jako kierowców Afgańczyków, bo nikt tak jak oni nie rozumie logiki rzeki samochodów płynących ulicami Kabulu.

Życie na ulicach tętni, ale widzę tylko Afgańczyków. Niewielu w europejskich strojach. Zaskakująco mało jest kobiet w burkach - specjalnych strojach zakrywających całe ciało kobiety.

Afganistan

Wszystkie ważniejsze budynki i obiekty otoczone są wysokimi betonowymi murami. By wjechać do dzielnicy dyplomatycznej, trzeba pokonać kilkanaście checkpointów. No i nie da się jechać na wprost - ulice poprzetykane są betonowymi szykanami, a jazda przypomina test łosia, jaki przechodzą nowe modele aut. To na wypadek, gdyby ktoś chciał wjechać na teren strzeżonej strefy np. ciężarówką. Rozbiłaby się na pierwszych zaporach.

Ambasada amerykańska chroniona jest przez dodatkowy system zabezpieczeń, taki jak na lotniskach - skanery i bramki wykrywające metal. Każdą torbę i plecak trzeba otworzyć i zostawić w specjalnie do tego wyznaczonym miejscu. Po chwili przyjeżdża ochroniarz z psem szkolonym do wywąchiwania materiałów wybuchowych. Nie ma znaczenia, że jesteśmy tu na zaproszenie Amerykanów i w towarzystwie podoficer US Army - procedura jest taka sama dla wszystkich osób z zewnątrz i przy każdym wejściu.

Amerykanie codziennie zabierają nas do najlepszych restauracji w mieście, serwujących głównie dania mięsne, zwłaszcza różne kebaby. Alkoholu w nich nie uświadczysz, bo Afganistan to kraj o surowym islamskim prawie.

Okazuje się jednak, że i w Kabulu są restauracje, w których piwo, wino i whisky leje się strumieniami. Dla wtajemniczonych. My do nich należymy, więc nasze toyoty land cruisery pewnie przemierzają w nocy ulice afgańskiej stolicy. Po kwadransie jazdy zatrzymujemy się pod jakimś szarym murem, który wyróżnia się tylko bramą z wizjerem. Przed bramą, oczywiście, dwóch ludzi z karabinami. Jako pierwsi sprawdzają gości. Potem w niewielkim pomieszczeniu kolejni ochroniarze zaglądają do naszych toreb i obmacują ubrania. Reeba podkreśla: - Żadnych zdjęć gości!

No tak, w końcu to knajpa, do której przychodzą nie tylko dyplomaci, ale też afgańscy oficjele. Czuję się jak w czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Właścicielem restauracji okazuje się kobieta (nazwijmy ją Gulnar). To w Afganistanie rzecz niezwykła. - Już dwukrotnie ostrzelali mój samochód. Ciągle mi grożą - mówi Gulnar. - Ale ja uważam, że w naszym kraju jest zbyt mało bizneswomen. Dlatego wróciłam kilka lat temu do Afganistanu. Moje dzieci mieszkają jednak w Dubaju, to bezpieczniejsze miejsce.

 

T-shirt i karabin

W końcu lecimy do amerykańskich baz poza Kabulem. Nie na południe - do Kandaharu czy Helmandu, gdzie toczą się najbardziej krwawe walki z talibami, ale na wschód i północ. Kierunek Dżalalabad i Mehtar Lam - tam jest spokojniej. No tak, w Dżalalabadzie właśnie wybuchły dwie bomby, a w Mehtar Lam niedawno samobójca wysadził się na miejscowym targowisku...

AfganistanZanim wyruszymy na lotnisko, każdy dostaje kuloodporną kamizelkę oraz kewlarowy hełm. To obowiązkowe wyposażenie podczas lotu. Czeka na nas poradziecki śmigłowiec Mi-8, który bratni naród gruziński przekazał narodowi afgańskiemu. Maszyna należy do zespołu prezydenckiego, co widać po złotych wykończeniach wielu elementów wyposażenia (to tylko plastik pomalowany na złoty kolor). Towarzyszy nam dwóch uzbrojonych ochroniarzy, których zatrudnia rząd. Jeden to wielki Brytyjczyk, drugi - niepozorny Gurkha.

- To jest mój blackberry. Gdyby cokolwiek się nam stało, a ja nie mogłabym zadzwonić, są w nim numery do osób, które wam pomogą - instruuje nas Reeba przed startem.

Po godzinie lądujemy w Dżalalabadzie, wewnątrz otoczonej wysokim betonowym murem i wieżami strażników amerykańskiej bazy. Stacjonuje w niej kilkuset żołnierzy US Army, obok jest też baza afgańskiej armii. - W latach 80. były to koszary wojsk radzieckich. Teraz to wszystko rozbudowaliśmy - mówią Amerykanie. Jest tu całodobowa stołówka z telewizorami, w których można oglądać wiele kanałów telewizyjnych z USA, kino, duża sala internetowa, boisko do siatkówki itp. - wszystko oczywiście za darmo. Baza jest zresztą samowystarczalna - ma minielektrownię i ujęcie wody. Wszystko jak w superstrzeżonym osiedlu, tylko mieszkańcy, czasami w zupełnie luźnych strojach, często chodzą z przewieszonymi przez ramię karabinami.

 

AfganistanAsystent strzelca

Dla gości jest specjalny barak - klimatyzowany, z osobnymi klitkami. Śpiwory każdy z nas musiał przywieźć ze sobą: w nocy jest chłodno. Wieczorem odprawa, bo nazajutrz rano jedziemy na patrol z amerykańskimi żołnierzami. Do małej salki nie wolno wnosić żadnych urządzeń elektronicznych ani robić notatek. Dowódca patrolu przedstawia, jak będzie wyglądał wyjazd do centrum szkolenia afgańskiej policji, kto z kim pojedzie, co każdy ma robić, gdybyśmy zostali zaatakowani albo pod jakimś pojazdem wybuchłaby mina. Każdy wstaje i pokazuje się żołnierzom.

Rano zbieramy się obok MRAP-ów. To jeden z najbardziej odpornych na wybuchy min pojazdów na świecie. Pod podwoziem ma opancerzoną płytę w kształcie litery V - siła wybuchu jest dzięki temu rozpraszana na boki. Pasażerowie wsiadają z tyłu. Każdy z nas musi mieć hełm i kamizelkę, ale nawet w upale to nie problem, bo wóz jest klimatyzowany. Zapinamy się pięciopunktowymi pasami, przydadzą się, kiedy pod MRAP-em wybuchnie bomba i auto zacznie koziołkować.

- Jak nas zaatakują, a ja otworzę ogień, po kilkudziesięciu sekundach skończy mi się amunicja. Wtedy podasz mi kolejny magazynek, a potem kolejny. Tylko pamiętaj, tu musisz go odbezpieczyć - mówi mi strzelec, bo jestem pierwszą osobą siedzącą tuż za nim.

Ruszamy na Highway 1, główną asfaltową drogę Afganistanu. Biegnie z północy, od Mazar-e-Szarif przez Dżalalabad do Kabulu, a potem do Kandaharu i Heratu. Taka wielka obwodnica, niezwykle ważna dla zaopatrzenia sił zachodniej koalicji. I częsty cel ataków talibów.

Afganistan

Na szczęście nie jest mi dane sprawdzić się w roli pomocnika strzelca, podróż przebiega bez problemów, po godzinie jesteśmy u celu. Zanim wysiądziemy, MRAP-y tworzą krąg, jak wozy osadników na Dzikim Zachodzie (tak najlepiej chronić pasażerów), a żołnierze dokładnie sprawdzają teren wokół miejsca, w którym się zatrzymaliśmy.

Gdy przenosimy się do Mehtar Lam, kolejny patrol wydaje nam się rutyną. Zwłaszcza kiedy słyszymy od jednego z oficerów: - Ostatnio nie mieliśmy tu problemów z talibami. Kilka tygodni temu jakaś grupka zaatakowała bazę. Zabiliśmy ich. Co za głupcy! Atakować bazę pełną uzbrojonych po zęby ludzi!      

 

Przed wyjazdem musiałem podpisać kilka stron zobowiązań, o czym wolno mi napisać, a o czym nie.

Na publikację każdego zdjęcia też musieliśmy mieć zgodę.

 

 

Tekst: Roman Imielski

Zdjęcia: Roman Imielski, Marzena Hmielewicz, Wikipedia\Central Intelligence Agency (montaż)

 

Zobacz też na Logo24

 
Albania to kraj dla wyczynowców. Ale nie z powodu mafii, min i przemytników, tylko szalonych kierowców, dziur w chodnikach i rakii, którą gościnni miejscowi poją od rana do nocy.

Za górami, za murami...

Opowieść o Palestynie wcale nie musi być historią o rakietach, bombach i terrorze. W mojej znajdziecie raczej tanie banany, etiopskich biegaczy i palestyńskiego Kotana przy grobie Mojżesza.

Wojny dronów
Roboty bojowe to nowoczesne i skuteczne narzędzia walki zbrojnej. Amerykańskie bezzałogowe, zdalnie sterowane samoloty regularnie atakują cele w Pakistanie i Afganistanie. Predator wspierał żołnierzy w akcji, podczas której zginął polski kapitan. Gdyby nie maszyna, straty mogły być znacznie poważniejsze.

Uzbekistan z workami pieniędzy

Nie umiesz liczyć po uzbecku? Może chociaż po persku? - dopytywała sprzedawczyni arbuzów. Na azjatyckim pustkowiu polskie fakultety są kompletnie nieprzydatne.