Oglądaliście film ?Dwoje do poprawki?? Opowiada o parze z długoletnim stażem, która zdążyła już się sobą porządnie znudzić. W filmie Meryl Streep i Tommy Lee Jones podejmują decyzję o tym, aby pójść na terapię dla par. A co jeśli chcielibyśmy odwrócić kolejność i to film okazałby się terapią? Najnowsze badania pokazują, że to możliwe.

Do trzech, odlicz!

Amerykański uniwersytet w Rochester przeprowadził eksperyment, w których badał pary borykające się z problemami w ich związkach. Jak podaje "The New York Times", wzięło w nim udział 174 pary, które poproszono o wysłuchanie wykładu podkreślającego wagę współczucia i empatii. A potem z listy 47 filmów mieli wybierać jeden tygodniowo i oglądać go wspólnie z partnerem. Ale to nie wszystko. W programie przewidziane były jeszcze zadania domowe i dwie godziny sesji treningowych z terapeutą.

Pary zostały podzielone na trzy grupy. Jedna nie robiła nic i była tylko odnośnikiem kontrolnym. Kolejne dwie grupy małżeństw to: zarządzanie konfliktem, współczucie i akceptacja oraz świadomość relacji poprzez film.

Wynik eksperymentu był taki, że prawdopodobieństwo rozwodu lub rozstania wśród par, które brały w nim udział spadł do 11 proc. W odróżnieniu do osób z grupy kontrolnej, w której wynosił 25 proc.

Fałszywe Hollywood

Po co tyle zachodu? Bo tak naprawdę mężowie i żony potrafią sprawnie wskazać zalety i wady w swoich relacjach. Tylko trudno im przychodzi rozmowa o nich. Badania w Rochesterze udowodniły, że nie muszą już ani czytać poradników o dobrych związkach, ani uczęszczać na kosztowne szkolenia. Pięć filmów miesięcznie przynosi wymierne korzyści.

Ale nie może być to byle jaki film. Cytowany przez nowojorski dziennik dr Ronald D. Rogge, który prowadził badania wskazuje, że na liście filmów przydatnych w terapii nie ma miejsca na komedie romantyczne. Nie sprawdza się więc ?Bezsenność w Seattle? i ?Kiedy Harry poznał Sally?, ani łzawe i nudnawe ?Czułe słówka? i ?Pamiętnik?. Ale już ?Stalowe magnolie? i ?Love Story? pomaga wzmocnić partnerom relację. Gdzie tkwi sekret?

- Pomysł, że można zakochać się natychmiast i bez wysiłku jest oderwany od rzeczywistości. Taki obrazek nic nie wnosi do trzy, czteroletniego związku - wyjaśnia dr Rogge. - Hollywood kreśli bardzo nierealistyczne oczekiwania. Znacznie lepsze są filmy ukazujące wzloty i upadki w relacjach filmowych bohaterów - dodaje.

Co o "odkrywczej" amerykańskiej metodzie sądzą polskie pary, które przecież miewają również iście filmowe "wzloty i upadki"?

- W porządku, ale dlaczego to muszą być filmy o związkach? Ja z moim chłopakiem oglądamy filmy przygodowe, albo spędzamy dzień z National Geographic. Może cały problem polega na tym, żeby po prostu spędzać razem czas? - mówi zapytana przez nas, 26-letnia Maja.

Jak tłumaczą badacze z Rochester, widok zmagań pary z codziennymi problemami na ekranie pozawala na identyfikację z bohaterami filmu. Budzi świadomość, że nie chcemy traktować swojego partnera w podobny sposób. Po filmie, biorące w eksperymencie pary musiały jeszcze porozmawiać przez około 30 minut o własnych odczuciach (i ta część "terapii w cztery oczy" jest również ściśle zalecana przez amerykańskich specjalistów).

Mogła to być rozmowa o filmie, o nich samych, o podobieństwach sytuacji filmowych i tych wywodzących się z zakamarków ich wspólnego życia. Kluczowe są pytania o sposoby radzenia sobie z gniewem albo o rozładowania emocjonalnie popapranych sytuacji śmiechem. Bo jeśli się zastanowić, to jaki jest najlepszy sposób na zażegnanie kłótni?

27-letnia Megan Clifton, która mieszka ze swoim chłopakiem od dwóch lat, w ramach projektu oglądali film ?Nocna randka? z Tiną Fey i Stevem Carellem. Para śmiała się ze sceny, w której mąż notorycznie nie zamyka szuflady i drzwi szafy.  - Kiedy oglądaliśmy tę scenę, powiedziałam do chłopaka ?To ty!?.  To pozwoliło nam spojrzeć na nasze problemy i nasz związek w humorystycznych sposób - powiedziała Megan.

Czytasz? Zaliczasz!

Inną metodą, która również zdobywa szerokie uznanie wśród terapeutów i par jest libroterapia. Czyli polecanie pacjentom książek wspierających terapię. Podsuwane lektury służą edukacji w zakresie wiedzy o seksualności oraz poszerzenia wyobraźni. Mogą być także dużą dawką inspiracji. Właśnie na nie stawia m.in. polski seksuolog dr Andrzej Depko.

- W czasie oglądania filmu widzimy gotowy obraz, który narzuca nam już jakiś schemat postępowania. Książki z kolei pobudzają wyobraźnię - wyjaśnia w rozmowie z Logo24. - Ale wszystko zależy od pacjenta. Kobietom, które mają problem z orgazmem lub niskim poziomem libido zdarza się, że zalecam czytanie trylogii erotycznych - mówi dr Depko.

Teoria przekłada się na praktykę, jeśli weźmiemy pod uwagę sukces "50 twarzy Greya". Miliony kobiet sięgnęły po tę książkę i obudziły w sobie namiętność. - Bo to niezła książka, naszpikowana seksem. Po przeczytaniu pierwszej części miałam ochotę 
na więcej więcej seksu z moim facetem - przyznaje jedna z czytelniczek, 22-letnia Marta.

Jej zdaniem, trwałej relacji na podstawie nauk z tego pikantnego tomiku nie zbudujesz, ale dla par, których problemem jest przede wszystkim nuda "gdy już znajdą się w sypialni", "50 twarzy Greya" mogłoby być lekturą obowiązkową.

. . .

Chcesz zaproponować temat, wciąć udział w dyskusji? Czekamy na Twój mail na: dobryseks@agora.pl