Ciężko nazwać dwudziestolecie międzywojenne złotą erą wyścigów samochodowych - zdaniem wielu najlepszym okresem dla sportów motoryzacyjnych były czasy wiodącej roli aut z tzw. Grupy B (superszybkich, ale i superniebezpiecznych). Jednak rajdy z lat 20. i 30. miały swój nietypowy klimat - kierowcy jadący na dalszych lokatach rzeczywiście musieli osłaniać się przed kurzem spod kół szybszej konkurencji, a momentami widoczność była na tyle kiepska, że za punkty orientacyjne w czasie jazdy robiły przydrożne słupy telegraficzne. Auta częściej się psuły, a ekipy mechaników były znaczniej mniej liczne niż współcześnie.

W takiej atmosferze rywalizacji, już w 1930 roku, Tazio Nuvolari (o którym później) pokonał wyścig ze średnią prędkością przekraczającą 100km/h, zadziwiając tych, którzy wątpili, że jest to możliwe. Dyrektorem Mille Miglia był w tym czasie (i pozostawał nim przez ponad dwadzieścia edycji) Renza Castagneto. Jego umiejętności organizacyjne zrobiły swoje - sprawnie poruszał się w logistyczno-rajdowym świecie, wynosząc bresciański wyścig ku międzynarodowej sławie. Charakterystyczne logo - czerwona strzałka z białym napisem - stało się marką rozpoznawalną również poza Półwyspem Apenińskim.

 

Mille Miglia

 

NIE TYLKO WŁOSI

Choć na starcie stawali głównie włoscy zawodnicy, zdarzały się i sukcesy ekip spoza Italii. Pierwszym nie-Włochem, który tryumfował w Mille Migilia był legendarny Niemiec Rudolf Caracciola, uznawany za jednego z najwybitniejszych kierowców rajdowych wszech czasów. Przez całą karierę bronił barw dwóch marek: Alfa Romeo i Mercedesa, kilkukrotnie zdobywał Mistrzostwo Europy. Z motoryzacją związany był od najmłodszych lat - jeszcze za nastolatka zatrudnił się w zakładzie naprawiającym samochody. Następnie pracował w salonie Mercedesa, gdzie trafił przypadkiem: pewnego dnia wdarł się w szarpaninę z żołnierzem z belgijskich sił okupacyjnych, przez co musiał wyjechać - trafił do Drezna, w którym był dobrze prosperujący salon.

Sukcesy Caracciole oglądały tysiące widzów, stąd ta szybka i wielka popularność. Dodatkowo, z każdym miesiącem poprzedzającym tragiczne wydarzenia z 1939 roku pogarszała się sytuacja gospodarcza Niemiec, więc ludzie tym bardziej spragnieni byli "chleba i igrzysk".

Tryumf w Mille Miglia był jednym z najważniejszych w całej historii Mercedesa - dominująca wówczas Alfa Romeo wystawiła do zawodów dużo więcej samochodów, wspieranych przez bardziej rozbudowane ekipy. Jak małym zapleczem dysponował Caracciola niech świadczy fakt, że kierowcy w samochodzie towarzyszył mechanik - znał się na funkcjonowaniu aut, ale o ich prowadzeniu nie miał większego pojęcia, więc Niemiec jechał rajd bez zmiany za kierownicą. Wygrał i tak, Włochy w szoku.

 

Mille MigliaFot. materiały prasowe

 

Równie nietuzinkową postacią był Giuseppe Campari. Nie tylko świetny rajdowiec (dwukrotny zdobywca Mille Miglia), ale również... śpiewak operowy! Bardzo szybko został kierowcą testowym Alfa Romeo, skąd droga do świata wyścigów była już prosta i mniej wyboista. Po szybkich zwycięstwach w dwóch edycjach Mille Miglia przegrał rywalizację z bardziej doświadczonymi kierowcami z teamu. Chciał zrezygnować ze sportowej kariery, by całkowicie poświęcić się muzyce. Wyścig w Monzy miał być jego ostatnim. I był - dwudziestoletnie ściganie się bez żadnego wypadku, zakończyło się śmiertelną kolizją podczas włoskiej imprezy.

Pisząc o najwybitniejszych kierowcach z okresu dwudziestolecia międzywojennego, nie sposób nie wymienić Nuvolariego, wspominanego już przy okazji edycji Mille Miglia z 1930 roku. Również wygrał bresciański wyścig dwukrotnie, również ścigał się w Alfa Romeo. Włosi, zwłaszcza z Lombardi, wciąż opowiadają o nim z wielkim szacunkiem, nazywając wręcz najlepszym kierowcą w historii kraju. Szczególnie dobry okazał się dla niego rok 1933, kiedy nie tylko tryumfował w Mille Miglia, ale także - w konkurencyjnym Le Mans. Włoski magazyn "Motorsport" nazwał go "gościem, który nie wie, co to strach". Pewnie dlatego, że gdy w latach 20. uczestniczył w bardzo groźnym wypadku, media podały informację o śmierci sportowca. Ale on przeżył i po długiej rekonwalescencji wrócił na tor jako "syn diabła", podporządkowując sobie świat włoskiego motosportu. Zmarł dopiero w wieku 60 lat, na raka płuc. Italia pogrążyła się w żałobie.

Można domniemywać, że Mille Miglia nigdy nie zdobyłby tak wielkiej popularności, tak prestiżowego statusu, gdyby nie uczestnictwo wybitnych jednostek. Czwórka młodzieńców z Lombardii wpadła na pomysł rajdu, ale koniec końców na starcie liczył się warkot silnika oraz charyzma zawodników. A tych nie brakowało.

Do czasu aż nadszedł 1939 rok...