Ktoś powiedział, że Mille Miglia to "największe muzeum samochodów w ruchu". Pojechałem w tym legendarnym rajdzie i teraz już wiem, że to muzeum całkiem szybko się rusza. Brak snu, zmęczenie, awarie - to wszystko nie ma żadnego znaczenia. Start w Mille Miglia to spełnienie moich marzeń. Wiem, że muszę tu wrócić.

 

 

Byłem w samochodowym raju

 

Niesamowity był już początek rajdu. W strugach deszczu przejechaliśmy naszym jaguarem przez Brescię do hali targowej. A tam stało 375 aut. Nie, co ja mówię, to nie były auta, to było 375 samochodowych dzieł sztuki. W Polsce są pojedyncze egzemplarze takich cacek, a tu była ich pełna hala. Rozejrzeliśmy się z Pawłem, moim pilotem: bmw, bugatti, alfy romeo, jaguary, ferrari, mercedesy, maserati, wszystkie z lat 1927-1957. I proszę sobie wyobrazić, ten moment kiedy ich kierowcy uruchamiają silniki, dodają gazu... Ten ryk silników w moich uszach brzmiał jak najpiękniejsza symfonia. Czułem się jak mały chłopiec w fabryce zabawek. I dopiero po chwili do mnie dotarło, że nie jestem widzem, tylko częścią tego niesamowitego spektaklu.

 

Pogoda była zupełnie nie włoska. Na zmianę deszcz i słońce. Jedziemy między zwykłymi samochodami, bo Mille Miglia to rajd po drogach otwartych. Ale Włosi mają hopla na punkcie samochodów i rajdów. Ustępowali miejsca, przepuszczali, jeszcze bili brawo.

 

Sam rajd zaczął się 6 maja po południu. Wystartowaliśmy z Brescii późnym popołudniem i od razu zaczęły się problemy. Okazało się, że grzeją się hamulce. Przed nami włoskie serpentyny; góra, dół, zakręt, góra, dół. Przecież to pierwszy etap, nie po to się przygotowywaliśmy, żeby nie dojechać. Więc jedziemy w nerwach - czy hamulce wytrzymają? I znowu pod górę i w dół, silnik wyje tak, że zagłusza głos mojego pilota. Cały czas kombinujemy z Pawłem, co z tymi hamulcami, ale bez wozu serwisowego niewiele możemy zrobić.

W dodatku nasz jaguar to kabriolet, a pogoda jest zupełnie nie włoska. Na zmianę deszcz i słońce. Jedziemy między zwykłymi samochodami, bo Mille Miglia to rajd po drogach otwartych. Ale Włosi mają hopla na punkcie samochodów i rajdów. Ustępują miejsca, przepuszczali, jeszcze bili brawo.

 

 

Tak jak kibice przy lokalnych dróżkach. Przed gospodarstwami, na ławkach i krzesełkach siedziały całe rodziny. Wszyscy sączyli wino przy stołach zastawionych jedzeniem i pozdrawiali kierowców. Niektórzy specjalnie na tę okazję wyciągnęli z garażu swoje stare auta, żeby pokazać je nam, kierowcom. Wtedy poczułem, dlaczego ten rajd jest taki wyjątkowy.

 

 

Gazem po mechanika

 

Pierwszy etap z Brescii do Bolonii to była tylko czterogodzinna przygrywka, uwertura do prawdziwego wyzwania. Następnego dnia jechaliśmy ponad 10 godzin do Rzymu. Na szczęście nagle hamulce zaczęły normalnie działać. Niektórzy się śmieją - co to za rajd, w którym średnia prędkość nie przekracza 50 km/h. Proszę pamiętać, że ta średnia to też przejazdy przez małe miasteczka. W punktach kontrolnych trwa w najlepsze typowo włoska fiesta. My wjeżdżamy z trasy, owiani wiatrem, a tu nagle trzeba nogą ostro nacisnąć na hamulec i powolutku przejechać między szpalerami ludzi, między kawiarnianymi stolikami. Kibice nas pozdrawiali, czasami wrzucali nam do samochodu słodycze, ciasto czy napoje. To się przydawało, bo na trasie trzeba było jeść, a czasu na wizyty w restauracjach nie było.

 

 

A potem po wyjeździe z takiego miasteczka znowu na trasę i gazu. Nie usłyszycie ode mnie, że łamaliśmy przepisy. Powiem tylko, że na koniec specjalna nagroda trafiła do drogówki. I wszyscy uczestnicy rajdu bili policjantom brawo.

Przejeżdżaliśmy nie tylko przez małe miasta. Wjechaliśmy na przepiękny plac Il Campo w Sienie, gdzie normalnie wstęp mają tylko piesi i - dwa razy w roku - jeźdźcy na koniach startujący w wyścigu palio. Przejechaliśmy obok katedry we Florencji.

Ostatni dzień był najcięższy. W Rzymie spaliśmy może cztery godziny, a musieliśmy przejechać trasę do Brescii - tyle samo kilometrów, ile przez dwa pierwsze dni. W dodatku nawalił nam system chłodzenia. Ledwo ruszyliśmy, a wskaźnik temperatury poszedł w górę jak szalony. Zamiast w trasę pojechaliśmy szukać mechanika. Takiego najzwyklejszego zakładu. Błądzimy po jakichś uliczkach, a zegar tyka. Przed nami cały dzień jazdy, a silnik coraz bardziej się grzeje. Ogarnia nas wściekłość i rozżalenie. Tyle przygotowań na nic? Przez głupi wyciek nie uda nam się skończyć rajdu?

 

Polska załoga

 

 

Paweł Nawrocki

Pilot. Uczestnik m.in. rajdu samochodów zabytkowych Copa Milano Sanremo 2010. Kolekcjoner zabytkowych samochodów. Obecnie kończy restaurację Mercedesa 280 SL "Pagoda" z 1969 r. Wyremontował także samochód, o którym marzył od dzieciństwa - Mercedesa 230 SL "Pagoda". Związany z branżą motoryzacyjną od 30 lat. Dyrektor w polskim oddziale jednego z koncernów motoryzacyjnych.

 

Tadeusz Wesołowski

Kierowca. Startuje w wyścigach historycznych samochodów od 2003 r. Brał udział m.in. w kilku edycjach Międzynarodowego Królewskiego Rajdu Samochodów Zabytkowych, Copa Milano Sanremo 2010, a także próbach wyścigowych na różnych torach. Inwestor giełdowy oraz aktywny inwestor w spółkach z branży nowych technologii.

 

Zaciskamy więc zęby i dalej szukamy tego zakładu. Nie odpuszczę! No i się udało! W końcu trafiamy na jakiegoś mechanika. Jak Włosi zobaczyli, że my jedziemy w Mille Miglia, to zwariowali ze szczęścia, że mogą nam pomóc.

I ja, i Paweł jesteśmy inżynierami, ale całe auto trzeba było podnieść, żeby znaleźć wyciek. Czas leci, a my z tymi Włochami szukamy nieszczelności. Przeglądamy wszystko centymetr po centymetrze, nagle mechanik krzyczy radośnie: Patrzcie, to tu!

Okazało się, że to woda, a nie olej. Zalepiliśmy tę dziurę i w drogę. Musieliśmy nieźle gonić, żeby się zmieścić w czasie. No, i jakby przygód było za mało, źle wyliczyliśmy odległości i do Brescii późno w nocy wjeżdżaliśmy na oparach paliwa. Cud, że starczyło benzyny i nie musieliśmy jeszcze szukać stacji.

 

Rajd Tysiąca Mil

 

Oryginalny Mille Miglia rozgrywany był w latach 1927-1957. Rajd został wymyślony przez lokalnych patriotów z Brescii, którzy nie mogli przeboleć, że w 1922 Grand Prix Italia zostało przeniesione na tor Monza. Mille Miglia miało pokazać, że to Brescia jest nadal stolicą automobilizmu we Włoszech.

Nazwę - Tysiąc Mil - wymyślił ponoć książę Franco Mazzotti, pilot i kierowca, jeden z pomysłodawców nowego rajdu. Miał spojrzeć na mapę i zapytać kolegów, ile kilometrów ma trasa Brescia-Rzym-Brescia. Ponieważ właśnie wrócił z podróży do USA, przeliczył 1600 km na mile i tak powstała nazwa. Sam Mazzotti zresztą wystartował w Mille Miglia w 1928 r. i zajął drugie miejsce. W rajdzie mogły startował tylko seryjne auta, a opłata startowa wynosiła 1 lira.

Wyścig tak jak dzisiaj odbywał się na drogach otwartych, ale kierowcy mniej zważali na bezpieczeństwo. W 1938 r. zginęło kilku gapiów i Mussolini odwołał rajd w 1939 r. Rekord szybkości ustanowił w 1955 r. Stirling Moss, który przejechał całą trasę - otwartymi drogami! - w 10 godzin i prawie 8 minut - ze średnią ponad 157 km/h!

 

Rok wcześniej niemiecki kierowca Hans Hermann przeszedł do historii iście filmowym zdarzeniem. Szlaban na przejeździe kolejowym zaczął się zamykać w ostatnim momencie przed przejazdem pociągu, tuż przed porsche prowadzonym przez Hermanna. Kierowca nawet nie ryzykował hamowania, tylko przecisnął się pod szlabanem i przejechał tuż przed nadjeżdżającym pociągiem.

W 1957 r. brawura kierowców doprowadziła do kolejnej tragedii. Ferrari prowadzone przez Hiszpana Alfonsa de Portago wyleciało z trasy. Zginął kierowca, jego pilot i dziewięcioro widzów, w tym piątka dzieci. To był koniec oryginalnego Mille Miglia.

W 1977 r. Rajd Tysiąca Mil jednak powrócił jako Mille Miglia Storica - wyścig dla kierowców zabytkowych samochodów. Auta muszą być wyprodukowane między 1927 a 1957 r., najchętniej widziane są modele, które brały wtedy udział w rajdzie.

 

 

 

Spełnione marzenia

 

Kiedy późno w nocy wjechaliśmy do Brescii, chciało nam się spać. Kilkanaście godzin za kierownicą, stres związany z awariami i brak snu dały nam w kość. A ponieważ w Brescii dojeżdżaliśmy do mety grupami, więc czekaliśmy gdzieś pół godziny. I naprawdę zamykały nam się oczy. Nagle obok nas jakiś Belg zaczął się kłócić z Niemcem. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi, więc Paweł wyszedł z auta mediować. Wtedy się okazało, że Belg wydziera się na Niemca, że ten nie wyłączył swojego silnika i smrodzi. Słysząc to, Paweł po cichu wrócił do samochodu. My też - przez kłopoty z odpalaniem - mieliśmy uruchomiony silnik.

Ta awantura nagle uzmysłowiła nam, że to już koniec stresu. Dojechaliśmy, ukończyliśmy legendarny Rajd Tysiąca Mil. Nie dały nam rady ani hamulce, ani awaria chłodzenia, ani górskie serpentyny - jako pierwsi Polacy dotarliśmy do mety. Natychmiast zapomnieliśmy o zmęczeniu i poczuliśmy... sam nie wiem co. Pewnie mieszaninę szczęścia i euforii, rajdowego spełnienia.

Przypomniałem sobie, jak przed startem od załogi z Wielkiej Brytanii usłyszałem, że w czasie Mille Miglia człowiek jest szczęśliwy, a po jego zakończeniu zaczyna marzyć o następnym starcie. Teraz wiem, że to prawda. Bo po zakończeniu rajdu jeszcze nie wysiadłem z auta, a już wiedziałem, że muszę tu wrócić.

 

Notoryczny zwycięzca

 

 

W tym roku rajd Mille Miglia Storica wygrała włoska załoga prowadząca legendarne BMW 328 Mille Miglia Coupé z 1939 r. Za kierownicą siedział Giuliano Cané, pilotem była Lucia Galliani.

BMW 328 to pierwszy samochód w historii Mille Miglia, który wygrał zarówno historyczny wyścig (w 1940 r. ze średnią prędkością 166,7 km/h; ten jedyny raz Mille Miglia została jednak zorganizowana na torze), jak i współczesny rajd Mille Miglia Storica (po raz pierwszy w 2004 r.).

"328" było produkowane w latach 1936-1940. Z fabryki w Eisenach wyjechało tylko 464 sztuk tego auta. Właśnie ten model ugruntował pozycję BMW jako producenta samochodów sportowych. W 1999 r. BMW 328 głosami dziennikarzy motoryzacyjnych trafiło - obok 25 innych samochodów - do finału konkursu "Samochód stulecia". 

 

 

Poszukam auta w Argentynie

 

Muszę tylko znaleźć specjalny samochód na rajd Tysiąca Mil. We Włoszech zobaczyłem kilka aut, które mi się spodobały. Będę się jednak musiał wybrać do Ameryki Południowej. Takim zagłębiem starych modeli jest Argentyna, tam można znaleźć prawdziwe skarby. Na Mille Miglia widziałem choćby bmw 507 - auto produkowane w latach 50., ale bardzo krótko. Na drogi wyjechało niewiele ponad 250 egzemplarzy, do dziś zachowało się 202. To wspaniały wóz, ale wtedy był po prostu za drogi i BMW prawie zbankrutowało z jego powodu. Chciałbym poszukać w Argentynie czegoś takiego, znaleźć idealne auto na Mille Miglia.

 

 

W tym roku pojechaliśmy z Pawłem jaguarem XK 140 z 1955 r. Sprowadziłem go z USA osiem lat temu. Piękne auto, ale wtedy było w strasznym stanie. Pamiętam, że skrzynia biegów leżała na siedzeniu pasażera. Jego restauracja trwała dwa lata. Bo takie auto musi być wyremontowane przy użyciu oryginalnych części, musi być takie jak 50 lat temu.

Dlatego, mimo że jestem inżynierem mechanikiem, renowację jaguara powierzyłem fachowcom. Nie będę oszukiwał, że przykręcałem śruby, ja po prostu chciałem nim jeździć.

Jaguary w latach 50. jeździły w Mille Miglia, ale największe sukcesy odnosiły w 24-godzinnym wyścigu na torze Le Mans. To świetne samochody. Mój jaguar może pędzić nawet 190 km/h. Na niemieckich autostradach nie ustępuje nowym autom!

 

Ile kosztuje start

 

Oczywiście największy koszt to kupno i odrestaurowanie zabytkowego samochodu. Ale sam start też kosztuje. Auto trzeba przygotować do wyścigu. Polska załoga wynajęła też ciężarówkę, która zawiozła jaguara do Włoch. Do tego dochodzą koszty wpisowego (ponad 6 tys. euro; organizatorzy gwarantują wikt i zakwaterowanie załogi). W sumie udział kosztuje ponad 50 tys. zł. Dlatego wiele ekip ma swoich sponsorów. Polskiej załodze pomagała firma Castrol.

 

 

Ja tu jeszcze wrócę!

 

Moja przygoda z rajdami zaczęła się, bo pomyślałem, że samo posiadanie zabytkowego auta to zmarnowana przyjemność. Samochód nie jest po to, żeby stać. I dlatego zacząłem jeździć w rajdach. Z każdym startem podobało mi się to coraz bardziej. Z jeżdżeniem jest jak... jak ze smakowaniem whisky. Znawca spojrzy na etykietę i potrafi opowiadać o aromatach, smaku, historii trunku. Miłośnik rajdu godzinami może rozprawiać o trasach, samochodach i kierowcach. A start w rajdzie to jak otwarcie butelki dobrej whisky. Koniec gadania, prawdziwa radość jest w smakowaniu.

Kiedy połknąłem bakcyla, usłyszałem o Mille Miglia. To jest ukoronowanie rajdów. Każdy, kto się tym interesuje, wie o rajdzie Tysiąca Mil. Zacząłem marzyć o starcie. To nie jest jednak proste. Po pierwsze, trzeba mieć zabytkowe auto, odrestaurowane według rygorystycznych zasad, co sprawdza specjalna komisja FIVA [Międzynarodowa Federacja Pojazdów Zabytkowych - przyp. red.]. Po drugie, kierowca musi mieć doświadczenie i pewne osiągnięcia w rajdach zabytkowych samochodów. Ja startowałem w Polsce w Rajdach Królewskich i m.in. w Coppa Milano. To jednak też nie wystarczy. Mille Miglia to impreza elitarna, wraz ze zgłoszeniem musiałem wysłać - nie przesadzam - swoje CV. A w nim podać wykształcenie, osiągnięcia, pozycję zawodową. Jakbym starał się o pracę.

 

Udało się. Zajęliśmy z Pawłem 237. miejsce na 375 załóg. Tak sobie myślę, że gdyby nie awaria, to miejsce byłoby wyższe. Następnym razem będzie lepiej, obiecuję!

  

  

Opowieść spisał: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: Tomasz Wawer (montaż)

 

Zobacz też na Logo24:

 

 
 

3,5 sekundy do setki, ryk silników, hostessy, gadżety, autografy, sztaby obserwujące każdy centymetr trasy, armie mechaników, sponsorów, zapach benzyny i ponad 100 tysięcy kibiców na trasie. Witamy w World Rally Championship.

 

Jeśli widzieliście kiedyś przedłużoną limuzynę, to na pewno widzieliście lincolna. Jeśli mówią wam coś inicjały JFK, to wiecie, jak mocno związane są z marką Lincoln. A jeśli kochacie tylko i wyłącznie cadillaki - to wiecie, że lincolny to ich odwieczni rywale.

 

Ostra jazda z Kuzajem

Kibice kochają Leszka Kuzaja, bo jeździ na maksa, nie oszczędza siebie ani samochodu. Ale oni patrzą na niego z pobocza drogi. Ja miałem usiąść w fotelu obok i przejechać odcinek specjalny na pełnym gazie.

 

9000 km na stojaka 

Gdy gruchnęła wiadomość, że rajd Dakar - zamiast w Afryce - odbędzie się w Ameryce Południowej, wielu zawodników przecierało oczy ze zdumienia. Po 30 latach legendarna impreza miała zmienić swoje miejsce? I to impreza, której nazwa pochodzi od stolicy Senegalu?