El Gouna to taka egipska Wenecja. Pośrodku niczego egipski miliarder Onsi Sawiris zbudował sobie miasto. Koparki przeorały pustynię, tworząc sieć lagun i kanałów, nad którymi położone są

luksusowe (jak na Egipt) hotele. Są bungalowy z bezpośrednim zejściem do lagun, są łódeczki sunące cicho po kanałach i położone kilkaset metrów od brzegu platformy do opalania.

O ile sama El Gouna przypomina klimaty weneckie, o tyle jej okolice zdecydowanie przywodzą na myśl kieleckie. Tu po prostu - wybaczcie słowo - piździ. Przez 360 dni w roku. Przez pozostałych pięć tylko wieje. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do kitesurfingu. Tym bardziej że nie tylko wiatr jest tu niemal idealny - przy brzegu jest bardzo płytko (podczas przypływu płycizna sięga nawet na kilkaset metrów w morze) i zupełnie spokojnie, bez fal. W dodatku brzeg jest płaski jak brzuch Angeliny Jolie, jak okiem sięgnąć nie ma żadnych przeszkód. Obojętnie z której strony by wiało, nie trzeba się martwić o turbulencje.

Nic dziwnego, że ten rejon upodobali sobie kitesurferzy. Na Mangroovy Beach przycupnęły jak kury na grzędzie, jedna obok drugiej, aż trzy bazy. Są Egipcjanie, są Niemcy, jest też prowadzona przez poznaniaków Red Sea Zone.

To tu biorę udział w przygotowaniach do nowego sezonu kite'owego. To znaczy: najlepsi polscy zawodnicy przygotowują się do sezonu, a ja robię z siebie durnia, usiłując nauczyć się obsługi wielkiego latawca. O przyczepieniu do nóg deski na razie nie myślę.

 

 

Dzień 1. - w pekińskim parku

 

Naszym nauczycielem jest Petr "Pechi" Pecháeek, pół-Czech pół-Słowak z Frýdka-Mi´stka niedaleko polskiej granicy. Pechi ma: a) długie blond dredy, b) doskonałą znajomość polszczyzny, c) zabawny czeski akcent, d) zazdrosną dziewczynę (trudno jej się dziwić - Pechi to przystojny chłopak, a do naszej grupy trafiła śliczna Monika Mrozowska z polsatowskiego serialu "Rodzina zastępcza" i energiczna piosenkarka Patrycja Kazadi), e) ironiczny uśmiech, kiedy coś sknocimy, np. poplączemy linki, f) poważne podejście do obowiązków oraz g) zdumiewające umiejętności, zważywszy na trzyletnie tylko doświadczenie kitesurfingowe.

- Dziś w ogóle nie będziemy wchodzić do wody - zapowiada, wyciągając z magazynu latawiec. Kiedy go rozwija, mina mi rzednie. Miałem tu się uczyć ekstremalnego sportu, a nie ulubionej rozrywki chińskich dzieci. Latawiec ma najwyżej półtora metra rozpiętości i naprawdę wygląda jak zabawka z pekińskiego parku.

 

Ta sflaczała czarno-czerwono-biała szmata to nasz latawiec. Kiedy ją napompujemy, będzie wyglądała jak skrzydła Batmana.

 

Ale Pechi wie, co robi. Zostajemy przecież na brzegu, który nie przypomina polskich piaszczystych plaż Bałtyku. Wygląda raczej jak "parking" na nowo budowanym osiedlu - ubita ziemia, tu i ówdzie kamienie i jakieś śmieci. Dziecięcy latawiec to gwarancja przyzwoitego wyglądu przez resztę pobytu w Egipcie. Gdybyśmy tu dostali normalny kite i nagle stracili nad nim kontrolę, skończyłoby

Dmuchawce, latawce, wiatr...

 

się solidnym peelingiem. Solidnym aż do kości.

A ta zabawka to taki kite w miniaturze. Jest skrzydło, są linki długości dwudziestukilku metrów i - przede wszystkim - jest bar, czyli poprzeczka służąca do sterowania latawcem. Sterowanie jest banalnie proste. Przyciągasz prawy koniec bara, latawiec skręca w prawo. Przyciągasz lewy, całość idzie w lewo. Tylko że to wszystko tak banalnie tylko brzmi. Latawiec reaguje bowiem z drobnym opóźnieniem. Niecierpliwie szarpię za bar, skrzydło wykręca się w szalonym piruecie i... ryms! z całej siły w ziemię. - Nie kręć barem! To nie jest kierownica! - strofuje mnie Pechi.

Po kilku minutach tej zabawy zaczynam rozumieć, o co chodzi, a latawiec jakby mnie słuchał. Skrzydło może poruszać się po półkolu, w zakresie porównywanym przez kitesurferów do tarczy zegarka między godz. 9 a 3. Największą siłę ciągu ma na godz. 12, ale, co ciekawe, tylko podczas przejścia przez tę strefę, zwaną powerzone. Kiedy spokojnie spoczywa sobie nad głową, utrzyma go nawet dziecko. Ale jeśli chcesz przeprowadzić latawiec z godz. 1 na 11, punktualnie w południe szarpnie cię jak mustang.

 

 

 

Dzień 2. - ciałociągi

 

To właśnie tę cechę wykorzystamy już nazajutrz, podczas trenowania tzw. bodydragów. Taki w każdym razie termin obowiązuje na całym świecie. - W polskiej bazie w Egipcie mówimy: "ciałociągi" - śmieje się Maciek "Mike" Zimowski, właściciel Red Sea Zone. Ciałociągi to ćwiczenie kontroli latawca w wodzie. Ale najpierw trzeba przygotować sprzęt do użycia.

W bazie RSZ korzysta się właściwie wyłącznie z latawców pompowanych, co jest istotne szczególnie w przypadku początkujących surferów. Kite komorowy, czyli taki, który sam wypełnia

się powietrzem, działa bowiem tak długo, jak długo nie wpadnie do morza. Wtedy komory wypełniają się wodą i skrzydło jest bezużyteczne.

Dostajemy więc profesjonalny sprzęt. Najpierw kombinezon piankowy, bo choć woda jest ciepła, to po kilku godzinach każdy zmarznie. Potem kapok połączony z uprzężą oraz hełm. Uprząż to jeden z najważniejszych elementów tego sportu. Na wysokości pępka wyrasta z niej metalowy hak (pod lycrową koszulką wygląda idiotycznie, jakby "coś" sterczało nam z brzucha). Do tego haka przyczepia się linki łączące uprząż z latawcem. Dzięki temu trzymanie kite'a podczas jazdy nie wymaga wysiłku - latawiec po prostu ciągnie cię w pasie.

 

Za ten hak ciągnie latawiec. Przykryty koszulką wygląda jak... no, głupio wygląda.

Najpierw trzeba linki przymocować do samego latawca. To piekielnie ważne zadanie, bo od niego będzie zależeć nasze bezpieczeństwo. Siły wiatru nie wolno lekceważyć; nieposłuszny latawiec, nad którym utracimy kontrolę, zrobi z nami, co zechce, a splątane linki mogą nawet obciąć rękę.

Generalna zasada przypomina trochę dobre rady chirurga z sagi o wiedźminie Sapkowskiego: "Zszyj czerwone z czerwonym, białe z białym i żółte z żółtym". Tak jest i tu, przy czym trzeba pamiętać, że ten bardziej jaskrawy, alarmowy kolor (najczęściej czerwony, rzadko żółty) jest zawsze po lewej stronie. Linki, połączone z barem, trzeba rozwinąć na całą długość (dwadzieścia kilka metrów), pieczołowicie rozplątać i przyczepić do latawca.

 

Czerwone z czerwonym, białe z białym. Trzymaj się tej zasady, a na pewno nic nie zepsujesz.

 

Kiedy jesteśmy gotowi, jeden z arabskich beachboyów pomaga podnieść kite. Latawiec błyskawicznie frunie ku górze i, kontrolowany precyzyjnie przez Pechiego, staje równo na godz. 12.

Ruszamy za nim do wody i znajdujemy odpowiednie miejsce.

Pechi przepina kite do mojej uprzęży i każe mi trzymać go na godz. 12. Jasne, łatwo powiedzieć. Latawiec, który pod jego kontrolą był potulny jak wiejski koń zaprzęgowy, w moich rękach przypomina raczej narowistego rumaka na rodeo, któremu ktoś zacisnął popręg na klejnotach. Fruuu... i leci w lewo. Na co ja barem w prawo, ale za mocno. Kite gwałtownie przelatuje na godz. 2. Kiedy przechodzi przez powerzone, wyrywa mnie do przodu na jakieś dwa metry, choć z całych sił próbuję mu się oprzeć. Opanowanie go zajmuje mi dobrą chwilę. Po czym dowiaduję się, że właściwie to nieźle mi szło i mam to powtórzyć.

 

Bodydragi, czyli ciałociągi, pozwalają oswoić się z siłą kite'a. Właściwie sterowany latawiec ciągnie ucznia przez morze silnymi szarpnięciami, trochę jak w holowanym samochodzie.

 

Ciałociągi polegają bowiem właśnie na wymachiwaniu latawcem z lewa na prawo. Przy czym nie należy go powstrzymywać, ale położyć się głową do przodu i pozwolić, by przechodząc przez powerzone, pociągnął nas po wodzie. Wyśmienita zabawa - skrzydło wywija na niebie ósemki, z lewa na prawo i z powrotem, za każdym razem wyrywając mnie ostro do przodu. Słona woda wlewa mi się do nosa. Po kilku chwilach słyszę gwizd Pechiego. Zatrzymuję latawiec i odwracam się - ekipa stoi kilkadziesiąt metrów za mną. Ależ toto ma moc!

 

 

Dzień 3. - spadaj wybawco!

 

Dziś ma być wielki dzień - nauka stawania na desce. Podstawy już bowiem znamy: latawiec mniej więcej słucha naszych ruchów barem, potrafimy go uspokoić na godz. 12, potrafimy też nadać mu mocy, przepędzając go przez powerzone.

 

Samodzielne przygotowanie sprzętu. 

 

I na tym właściwie polega ruszanie z wody. Kite musi się najpierw uspokoić i zatrzymać dokładnie nad głową. Wtedy kładziemy się w wodzie i zakładamy deskę na stopy.

- Ustaw się równo, tyłem do wiatru i wysuń lewą stopę do przodu - komenderuje Pechi. Ale jak, do cholery, mam się obrócić, skoro unoszę się w wodzie i nie mam żadnego oparcia? Wiję się jak dżdżownica na haczyku, usiłując przyjąć odpowiednią pozycję. Pechi pokrzykuje na mnie, jakbym robił mu na złość. Ni stąd, ni zowąd słyszę: - No teraz dobrze! Daj latawiec na chwilkę na godz.?1 i zaraz potem na 10.

Robię, jak kazał, kite rusza lekko w prawo, po czym gwałtownie zawracam go w lewo. Sunie przez godz. 12, lekko mnie podnosząc, potem 11, 10 i z impetem ląduje w wodzie na godz.?9. Przez następnych kilka minut męczę się, żeby go podnieść. Szarpię za linki jak pijany woźnica za lejce, czeski instruktor znów mnie więc strofuje. Wreszcie mi się udaje, ale kolejne próby ruszenia z deską kończą się dokładnie tak samo. Zaczynam mieć dość i czuję, że zbliża się chwila prawdy. Albo za chwilę uda mi się wstać, albo przegryzę linki, połamię deskę i na zawsze pożegnam się z kitesurfingiem. Moją frustrację potęgują Karolina, Wiktoria, Janek i Victor, którzy śmigają niedaleko nas, co chwilę wyskakując kilka metrów w górę. Mam pełną świadomość tego, że to wyczynowcy zdobywający punkty w Pucharze Świata, od dawna uprawiający ten sport. Ale w tej akurat chwili jestem zdołowany: dzieciaki młodsze ode mnie o ponad dziesięć lat szlifują fale, jakby urodziły się z tymi deskami na nogach, jakby podczas ich porodu lekko zdziwiony lekarz odebrał najpierw latawiec, a dopiero potem dziecko.

I podczas którejś z kolejnych prób czuję, jak kite idealnie zatrzymuje się na godz. 10, wyciągając mnie z wody. W ułamku sekundy podnoszę się, stając na desce. I w tym samym ułamku sekundy w głowie pojawia się podszyta strachem myśl: - Co ja najlepszego zrobiłem? Przecież teraz muszę się jakoś utrzymać na nogach!

 

Udaje mi się wstać, ale zaraz potem przerażenie bierze górę i ściąga mnie do morza. Po chwili jedynym śladem po nieszczęsnym adepcie kitesurfingu jest deska unosząca się na powierzchni wody.

 

Ostatnim elementem tej sekwencji jest więc pójście głową w przód. Decha wyjeżdża mi spod nóg, a latawiec - tak jest, zgadliście - ląduje w wodzie. Przypadkiem się okazuje, że pompując go na plaży, nie domknąłem wentyla i z tub zeszło powietrze. Pechi wykorzystuje ten moment na lekcję self-rescue, czyli radzenia sobie w sytuacjach awaryjnych. Szczerze powiedziawszy, zapamiętuję z tego niewiele, głównie radę, co robić, gdy ktoś podpłynie do nas łódką z propozycją pomocy. - Jeśli nie będziecie mieli pewności, że to ktoś, kto zna się na kitesurfingu, każcie mu spadać - wyjaśnia Pechi. - Przynajmniej do czasu, aż sobie sami poradzicie i zwiniecie sprzęt. Inaczej może zrobić krzywdę sobie i wam.

 

 

 

Dzień 4. - dorównać babie

 

Czwartego dnia kursu są nie najlepsze prognozy (przyzwoite warunki to wiatr o sile co najmniej 15 węzłów), męska część grupy idzie więc ponurkować. Kiedy wieczorem trafiamy do bazy, okazuje się, że przez dwie godziny w ciągu dnia wiatr był wprost idealny, a cierpliwość dziewczyn została nagrodzona. Udało im się wystartować na desce i nawet przepłynąć spory kawałek.

Nazajutrz przystępuję więc do zajęć z męską dumą podrażnioną jak po obejrzeniu kobiecych finałów mistrzostw świata w piłce nożnej, jak zawsze, kiedy dziewczyny okazują się lepsze w sporcie od facetów. Kłopot w tym, że wiatru jak na lekarstwo, a to ostatni dzień naszego pobytu w Egipcie.

Zmuszam jednak Pechiego do wejścia ze mną do wody. Podziwiam tego faceta. Przy takim baranie jak ja nawet Matka Teresa zaczęłaby szybko bluzgać najgorszymi przekleństwami. Ale Pechi wznosi się na wyżyny cierpliwości i już po kilkunastu minutach staje się cud. Latawiec wyciąga mnie z wody, ja staję na desce i płynę. Jezu! Naprawdę płynę! Deska sunie po wodzie, ja nie bardzo wiem, co robić dalej, ale stoję na lekko ugiętych nogach, trzymam latawiec w tej samej pozycji i płynę. Zapominam o wszystkich chwilach zwątpienia, frustracji i wściekłości na samego siebie. Płynę! Jeszcze przed chwilą byłem dupą, nie kitesurferem. Teraz wciąż jestem dupą, ale

 

przynajmniej umiem stanąć na desce. I popłynąć! Nie skaczę w górę, nie potrafię zrobić żadnej ewolucji, ale płynę. To, co robię, to kite w wersji lajt, ale płynę! Może kiedyś jeszcze nauczę się zwrotów...  

 

 

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Łukasz Nazdraczew/Ford Kite Cup, Gabriel Bugajny/vipnews.pl

 

 

Zobacz też na Logo24

  

W ciągu kilku lat kitesurfing podbił świat. Polskich kajciarzy można spotkać na Helu, ale też u wybrzeży Brazylii. Jednym z ich ulubionych miejsc są okolice egipskiej Hurghady.

Kto się podniecał filmem "Na fali", niech natychmiast przestanie.

Naprawdę fajne rzeczy robi mistrz Polski w kitesurfingu Victor Borsuk.

Większy od mojego psa dorsz ląduje w skrzyni. Przed sekundą własnoręcznie wytargałem go z dna Bałtyku, a za chwilę go zjem. Na surowo!

 

Przez wiry i porohy Kaligandaki 

Oto opowieść o jednej rzece, trzech pontonach i kilkunastu bardzo mokrych osobach.