Pode mną Mazowsze, które z tej wysokości przypomina raczej mapę Mazowsza w sporej skali. Białe plamy rozrzucone tu i ówdzie to nie świadectwo braku wiedzy kartografa, tylko warstwa chmur, która oddziela nas od ziemi.

 

Najbardziej bałem się właśnie tego momentu. We wszystkich moich dotychczasowych doświadczeniach z różnymi skokami z wysokości (najwyższy bungee jump na świecie, cliff diving w Szwajcarii) trudności sprawiało mi właśnie samo oderwanie się od krawędzi. To chwila, w której lęk zaczyna obezwładniać, pętać nogi i czyścić umysł z wszelkich racjonalnych myśli. Raz nawet strach przeważył, a ja nie znalazłem w sobie odwagi do skoku na bungee.

Tym razem jednak to nie ja podejmuję decyzję, ale facet, który siedzi mi na plecach.

Nie tyle siedzi, co jest do nich przyczepiony. To Banan, który w powietrzu spędził więcej życia niż ja w łóżku. Wytrawny skoczek, z blisko sześcioma tysiącami skoków na koncie, występami w filmach oraz rekordami i tytułami mistrza Polski (był też w 102-osobowej formacji, która w sierpniu pod Włocławkiem pobiła rekord Europy), organizuje skoki tandemowe, czyli najprostszy sposób na skydiving - bez drogich szkoleń, badań i własnego sprzętu. Mnie właśnie na tym zależy. Nie chce mi się robić pełnego kursu, i tak nie poświęcę się później temu sportowi. Chodzi tylko o to, by raz w życiu przeżyć skok spadochronowy, choćby w tandemie. Tu instruktor i klient połączeni są uprzężą, a ten pierwszy ma na plecach spadochron zdolny utrzymać obu.

Usiedliśmy więc na progu i szybko się okazało, że Banan nie podziela mojej niepewności. Niezdecydowanie trwało dużo krócej niż zajęła wam lektura tego wstępu. Ledwo zdążyliśmy usiąść, poczułem jak instruktor wypycha nasz tandem na zewnątrz. Runęliśmy w dół, najkrótszą drogą do wsi Chrcynno.

 

 

Skoczkowe mrowisko

 

W samym Chrcynnie, niewielkiej wiosce opodal Nasielska na północnym Mazowszu, stawiłem się kilka godzin wcześniej. Miejscowość o nazwie niemożliwej do wymówienia przez jakiegokolwiek obcokrajowca jest obecnie jedną ze stolic polskiego spadochroniarstwa. Lotnisko wieś zawdzięcza Niemcom, którzy zbudowali tu betonowy pas startowy podczas drugiej wojny światowej. Dziś z tego pasa już się nie korzysta, samoloty odrywają się i lądują na trawiastej drodze startowej. Obiektem zarządza Aeroklub Warszawski.

Kompletnemu laikowi (takiemu jak ja), który zjawia się na tym lotnisku, trudno z początku się zorientować, o co tu właściwie chodzi. Pośród kilku hangarów uwijają się dziesiątki ludzi. Jedni w kombinezonach z plecakami na ramionach biegają tam i z powrotem, bo ich samolot lada moment oderwie się od płyty. Inni w cywilnych strojach i w ciemnych okularach spacerują z godnością, by w odpowiednim momencie zadrzeć głowę ku górze. Jeszcze inni nie wychodzą z przerobionego na bar hangaru w głębi lotniska. Wszystko sprawia wrażenie nieogarniętego chaosu. Całkowicie mylne wrażenie, o czym szybko się przekonam. Tu każdy zna swoje miejsce, wie, co robić i w którą stronę iść.

Mam tu umówione spotkanie z Jackiem "Dzikim" Jeleniem, jednym z najbardziej znanych polskich kaskaderów z imponującą filmografią (na koncie ma m.in. "Psy 2. Ostatnią krew", "Ekstradycję", "Wiedźmina" i "Pana Tadeusza").

Ile to kosztuje?

Skok z Bananem (www.skokitandemowe.pl) kosztuje 600 zł. Jeśli chcesz mieć z niego dodatkową pamiątkę w postaci zdjęć i filmu, musisz dopłacić 250 zł. Skoczyć może prawie każdy, Banan zabierał już pasażerów 6-letnich, ale też 86-letnich. Jest tylko limit wagowy - cały tandem wraz ze sprzętem nie powinien przekraczać 200 kg, więc dla pasażera zostaje ok. 100-110 kg zapasu. Nie mogą skakać osoby z chorym sercem, epilepsją i schorzeniami umysłowymi. Inne dolegliwości nie uniemożliwiają zabawy - ostatnio klientką Banana była kobieta sparaliżowana od karku w dół.

Jacek jest również świetnym skoczkiem i jak przystało na człowieka z branży specjalizuje się m.in. w filmowaniu i fotografowaniu skoków spadochronowych. Dlatego to nie on będzie moim uzbrojonym w spadochron bliźniakiem syjamskim - zamiast tego wyskoczy niemal równocześnie z nami, pofrunie tuż obok i zarejestruje aparatem moje przerażenie i ewentualnie wszelkie kompromitujące reakcje fizjologiczne.

 

Banan leci

 

Zostajemy więc przedstawieni Bananowi. Dariusz Banaszkiewicz jest tu jednym z najbardziej doświadczonych skydiverów, ale ponieważ nikt nie ma na czole wypisanej liczby skoków, wyróżnia się z tłumu skoczków jasnoniebieskim kombinezonem w... wielkie białe grochy. To jego znak rozpoznawczy i, jak się później na własnej skórze przekonam, również barwy jego klientów (jest również wariant biały w niebieskie grochy).

Partnerem Banana jest Bravos, czyli Artur Ceran, fachowiec od fotografowania i filmowania skoków. On również zabierze się z nami na górę, dzięki czemu mój skok będzie nagrany z każdej możliwej strony.

Na razie jednak Banan ciągnie mnie do kontenera, który wraz z nadbudówką stanowi wieżę lotniska w Chrcynnie. To tu na tablicy wisi rozpiska wszystkich lotów zaplanowanych na dany dzień. - Lecisz w 12. turze, więc masz jeszcze sporo czasu - informuje mnie instruktor. Bo w Chrcynnie, a właściwie nad nim, panuje ruch jak na lotnisku Heathrow w Londynie. Samoloty odrywają się co kilka, kilkanaście minut, wynoszą skoczków na wysokość czterech kilometrów, wyrzucają ładunek nad lotniskiem i z powrotem na nim lądują, by zabrać kolejnych śmiałków. Za każdym razem zabierają kilkanaście osób, a takich lotów jest tu w weekendowe dni nawet 25, więc przerób jest naprawdę spory.

- Muszę lecieć - rzuca Banan, a jego słowa nabierają w tym miejscu nowego znaczenia. - Usiądź sobie w barze, znajdę cię, kiedy przyjdzie pora na twój skok - dodaje i idzie się zająć jakimś tandemowcem.

 

skydiving

 

Siadam przed hangarem barowym i obserwuję to spadochroniarskie mrowisko. Nad głowami co chwilę przelatuje nam samolot, kręcąc kolejne kółka i wspinając się na odpowiednią wysokość. Kiedy już tam się znajdzie, trudno go zobaczyć, bo niebo mniej więcej w połowie spowite jest chmurami. Od czasu do czasu jego sylwetka pojawia się na niebieskim tle, ale jest zbyt wysoko, żeby dostrzec wysypujących się z niego skoczków. Tych zauważam, dopiero kiedy po jakichś 40 sekundach swobodnego spadania otworzą się czasze ich spadochronów. Wtedy rozkwitają na niebie jak jakieś kolorowe kwiaty i powoli szybują w dół. Dotarcie na ziemię zajmuje im jeszcze około pięciu minut. Niedługo później na niebie pojawia się następny bukiet spadochroniarzy.

Za pierwszym, drugim i trzecim razem patrzę na to z fascynacją. Potem fascynacja ustępuje miejsca skurczom karku wykręconego od zadzierania do góry głowy. Zanim zdążę się znudzić kolejnymi grupami skydiverów, przy naszym stoliku zjawia się Banan. Czas na suchą zaprawę przed skokiem.

 

 

Powietrzny arlekin

 

Najpierw jednak muszę się przygotować. W należącej do Banana i Bravosa przyczepie kempingowej zrzucam więc portki i bluzę, a instruktor podaje mi biało-błękitne zawiniątko. To oczywiście kombinezon w grochy, taki sam, w jakim występuje Banan. Tyle że on, o czym wszyscy wiedzą, jest doświadczonym skoczkiem i w jego przypadku kolorowe grochy są zabawną konwencją. Ja zaś wyglądam w nich po prostu idiotycznie i czuję się obciachowo. Jak to będzie wyglądać na zdjęciach w miesięczniku? Trudno, mogę jedynie się modlić, by ze strachu nie zrobić na kombinezonie jakichś dodatkowych plam, bynajmniej nie w niebieskim kolorze. To dopiero popsułoby zdjęcia.

Banan zakłada mi też uprząż, dzięki której później na górze będziemy mogli połączyć się w jeden tandem. Ten sprzęt przypomina trochę asekurację wspinaczkową, ale w odróżnieniu od niej ma również dwie taśmy przebiegające zza pleców, przez barki do klatki piersiowej. Jak się później okaże - bardzo przydatne w momencie otwarcia spadochronu.

Nieopodal przyczepy stoi coś w rodzaju metalowej klatki z podestem. To w niej ćwiczymy wyjście z samolotu i dalsze kroki. Szybko się orientuję, że skok tandemowy może sobie nawet zafundować zramolały analfabeta. Jako klient mam właściwie tylko dwa zadania. - Będziemy spadać swobodnie aż do wysokości 1700 metrów - wyjaśnia Banan. - Wtedy klepnę cię w ramię, a ty powinieneś chwycić się obiema rękami za te taśmy na klatce piersiowej. Wówczas otworzy się czasza spadochronu - tłumaczy.

Drugi istotny moment nastąpi tuż nad ziemią. Na dany przez Banana znak muszę podkurczyć wysoko kolana. Odpowiednie wylądowanie i amortyzacja zeskoku wymaga jednak odrobiny doświadczenia, więc ten element weźmie na siebie instruktor. Mówiąc wprost, ja mam po prostu nie przeszkadzać i nie dać sobie połamać nóg.

- I to już wszystko? - pytam nieco zawiedziony, bo spodziewałem się, że powierzona zostanie mi nieco bardziej fachowa wiedza i jakaś minimalna chociaż odpowiedzialność. - Wszystko, reszta należy do mnie - uśmiecha się Banan, zakładając na plecy solidny pakunek, który przed chwilą przyniósł z jednego z hangarów. W tym hangarze urzęduje licencjonowany mechanik spadochronowy,

Sprzęt

Spadochron tandemowy różni się od solowego głównie powierzchnią. Ten do podwójnego skoku ma 365 stóp kwadratowych powierzchni. Banan sam skacze na spadochronie o powierzchni 96 stóp kw. Sprzęt tandemowy ma też specjalny spadochron hamujący, który nie pozwala ciężkiej parze skoczków rozwinąć zbyt dużej prędkości (potem wyciąga czaszę główną). Więcej jest też elementów uprzęży, rączek i uchwytów.

Jak w każdym spadochronie bezpieczeństwo skoczkom zapewnia specjalny automat. To urządzenie, które kalibruje się na ziemi według aktualnego ciśnienia atmosferycznego. Ustawiony na granicę bezpieczeństwa (ok. 500 m w przypadku tandemu, 220 m w przypadku spadochronu solowego) automat zareaguje, jeśli przekroczy się tę granicę z dużą szybkością. Wtedy sam odpali spadochron zapasowy.

facet, na którego barkach spoczywa bezpieczeństwo wszystkich skoczków. W pakunku są odpowiednio złożone dwie czasze - główna i zapasowa. Ta druga może być otwarta ręcznie, ale ma też dodatkowe zabezpieczenie w postaci automatycznego aktywatora.

 

skydiving

 

I tyle. Dostaję jeszcze od Banana dziwne gogle ze zwiniętych w stożek kawałków przezroczystego plastiku i ruszamy do samolotu.

 

 

Podróż karawanem

 

Na rozległej łące aeroklubowego lotniska stoi cessna 208B, nieduży (ale większy od klasycznej awionetki) samolot pasażerski o nieco złowieszczej nazwie Grand Caravan. W myślach zmawiam cichą modlitwę, by podróż tym karawanem nie okazała się ostatnią posługą. Ładuję się do przestrzeni pasażerskiej. Są tu dwie ławeczki, ustawione równolegle do osi kadłuba. Siadamy na nich wszyscy "na łyżeczkę", ja na tej prawej, położonej bliżej wejścia zakrytego roletą z pleksi. Za mną siedzi Banan, który wykorzystuje ten moment do spięcia naszych uprzęży. Od tej pory stajemy się jednym i przez ułamek sekundy zastanawiam się, czy linia życia Banana ma tę samą długość co moja.

Przede mną siedzi Bravos, poobwieszany sprzętem foto jak regał w markecie rtv. Gdzieś z tyłu jest też Dziki. Obok mnie do swojego pierwszego całkowicie samodzielnego skoku przygotowuje się jakiś facet w średnim wieku. Z tyłu są też jeszcze inni skoczkowie. W całej kabinie jest nas chyba dziesięciu (mieści się tu do 16 skoczków).

 

skydiving

 

Cessna rozpędza się po trawie i spokojnie odrywa od ziemi. Za lotniskiem skręca w lewo i lecąc po kole, rozpoczyna mozolne wspinanie się na 4 tys. metrów. W kabinie panuje atmosfera trochę jak w męskiej szatni - padają dowcipy, żarty, wzajemne docinki. Ja też się uśmiecham i rechoczę ze wszystkimi, ale w głębi zaczynam się robić trochę spięty. Przypominam sobie wszystkie moje wysokościowe przygody i ile nerwów kosztowała mnie każda z nich.

 

skydiving

 

Zanim jednak zdążę się rozmyślić i poprosić o bilet powrotny na ziemię, światełko nad wyjściem zmienia kolor z czerwonego na zielony. Ktoś unosi roletę i skoczkowie wysypują się z samolotu. Jako pierwszy wyskakuje debiutant ze swoimi instruktorami. Zaraz potem ku otworowi w kadłubie pełza czworonogie i czterorękie stworzenie - ja z Bananem. Siadamy w progu...

 

 

Aż się ślinię

 

...i nim strach zdąży mnie w tym wejściu dopaść, Banan wypycha nas na zewnątrz. Przez kilka chwil nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Tym bardziej że świat wiruje jak bielizna w ostatniej fazie prania. A może to ja kręcę się wokół własnej osi, gubiąc orientację? Na szczęście lecę w tandemie, orientacja w powietrzu to zadanie tego gościa, który przyczepił mi się do pleców. I Banan szybko wywiązuje się ze swojego zadania. Wyrównujemy lot, ustawiając się twarzą do ziemi. Pomny wskazówek udzielonych mi jeszcze na płycie lotniska, rozkładam szeroko ręce i nogi. Przyjmuję taką pozycję, jakbym chciał utrzymać się na bardzo kruchym lodzie.

 

skydiving

Przez kilka chwil nie wiem, co się wokół mnie dzieje. Tym bardziej że świat wiruje jak bielizna w ostatniej fazie prania.

 

W uszach szumi, jakby ktoś przyłożył mi do nich włączone na pełen regulator suszarki. Tyle że suszarki na ogół dmą gorącym powietrzem, a to, które z impetem owiewa mi twarz, jest lodowate. Dzięki Bogu jednak na razie nie czuję tego zimna. To emocje rozgrzewają mnie jak przyzwoity termofor. Przerażenie miesza się z euforią, agorafobia i lęk wysokości z poczuciem całkowitej wolności. O, święty Michale Archaniele, patronie spadochroniarzy, to jest boskie!

 

skydiving

 

Nagle tuż przede mną staje jakiś facet. No dobrze, nie staje, bo przecież lecimy w dół z prędkością, która lada chwila osiągnie 200 km na godz., ale ni stąd ni zowąd, jak mawia klasyk - automagicznie, pojawia się przed moimi oczami. No tak, to przecież Bravos, który filmuje mnie i robi zdjęcia.

 

skydiving

Po nas z samolotu wyskakuje Dziki, który też fotografuje i filmuje nasz skok.

 

To jest coś niesamowitego. Lęk już minął, teraz mam naprawdę czystą radochę. Przykładamy sobie z Bravosem piątki, wymieniamy się żółwikami i chwytamy za ręce. Uśmiecham się - do niego, do kamery, do siebie samego... Pęd powietrza wypełnia mi usta - jak wtedy, gdy jako dziecko wystawiałem głowę przez okno pociągu. Jest jednak ze dwa razy silniejszy. Po chwili się orientuję, że z mojej otwartej gęby wyciekają bokiem strumyczki śliny. Robi mi się głupio, kiedy wyobrażam sobie oplutego przeze mnie nieświadomie Banana za moimi plecami.

 

skydiving

Uprząż spadochronu tandemowego różni się od zwykłej, bo musi spiąć razem dwóch skoczków.

 

Zamykam paszczę i resztę swobodnego spadania kontempluję już z zaciśniętymi ustami. I zaczyna mi się, szczerze mówiąc robić zimno, zwłaszcza w dłonie, zmarznięte jak po godzinnym oczekiwaniu na autobus w grudniu. Nie mam pojęcia, ile to jeszcze trwa, bo zupełnie straciłem poczucie czasu. Wreszcie Banan klepie mnie w ramię, do ziemi został nam jeszcze kilometr z hakiem. Zgrabiałymi dłońmi chwytam mocno taśmy uprzęży, która po chwili mocno mnie szarpie, wyrównując do pionu. To otworzyła się czasza spadochronu.

 

 

Lewitacyjna nirwana

 

W miejscu ogłuszającego szumu nagle pojawia niemal zupełna cisza. Mogę teraz rozejrzeć się w spokoju. Widoki z góry są po prostu niesamowite. Jak na dłoni widać niemal cały powiat nowodworski. W pobliżu unosi się na swoim spadochronie Bravos, gdzieś po drugiej stronie opada też Dziki, który również robił mi zdjęcia, choć do tej pory go nie widziałem.

 

skydiving

Po ustabilizowaniu pozycji otwiera się mały hamulec, który potem wyciągnie główny spadochron z plecaka.

 

O ile faza skydivingu napełniła mnie adrenaliną, to teraz wszystkie emocje upływają ze mnie wąskim strumyczkiem. Jeśli swobodne spadanie było intensywną ekstazą, to teraz przepełnia mnie harmonia, spokój i coś na kształt nirwany. Jest upojnie, tylko wciąż, cholera, marznę. Chyba po prostu nie zdążyłem odtajać, bo przecież im niżej opadamy, tym cieplejsze robi się powietrze.

 

skydiving

 

Wreszcie ziemia zaczyna przybliżać się w sposób zauważalny, co oznacza, że jesteśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów nad nią. Na trawie lądowiska widzę już pierwszych skoczków z naszego transportu. Opadamy coraz niżej, a Banan daje mi znać, żebym przygotował się do lądowania. Tuż nad ziemią podciągam kolana do brody. Cały czas trochę zapominam o instruktorze za moimi plecami, więc czuję się teraz, jakbym miał tyłkiem przygrzmocić w grunt. Banan jednak sprawnie amortyzuje upadek i po chwili siadam na ziemi jak na atłasowych poduchach.

 

skydiving

 

Instruktor błyskawicznie odpina uprzęże, a ja wstaję, choć kolana mam jeszcze mocno zmiękczone emocjami. Gdzieś z boku podbiega Bravos, by nagrać pierwsze wrażenia po skoku. Jestem tak oszołomiony euforią, że nie jestem w stanie wydusić z siebie nic sensownego. To było jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć w moim życiu. To może jednak zrobię ten kurs...?

 

 

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Artur "Bravos" Ceran, Jacek "Dziki" Jeleń, Tomasz Wawer

skydiving

 

 

Czytaj też na Logo24:

 

Moja lele kawa - cliff diving

Trzy sekundy - tyle czasu na wykonanie skomplikowanych ewolucji mają śmiałkowie skaczący do wody z wysokich, 26-metrowych klifów. Kto nie rzucił się z choćby dwukrotnie mniejszej wysokości, ten nie ma pojęcia, jak wielkiej odwagi wymaga ten sport.

Dorównałem Jamesowi Bondowi. Tak jak on skoczyłem  na elastycznej linie z wysokiej na 220 m zapory.

Przy czym Bond jest sławnym na cały świat agentem Jej Królewskiej Mości, a ja jedynie redaktorem "Logo".

To było dawno temu. Siedzieliśmy z kumplami z podwórka pod trzepakiem i godzinami roztrząsaliśmy, czy Godzilla pokonałaby King Konga. Gigantyczny goryl jest potwornie silny i zręczny. Godzilla potrafi za to ziać ogniem i jest odporna na ciosy. Co przyda się bardziej?

Po 34-kilometrowym stromym podjeździe wyjeżdżam na równinę. Na asfalt i wprost pod czołowy wiatr.

Robi się ciężko, zaczyna mnie boleć biodro. Przypominam sobie zdanie, że w wietrze jest Duch Święty. Moje ego zostało znokautowane.

Płaczę i jadę dalej.