Wyścigi gruchotów: aż poleje się olej

Wojciech Brzeziński, Polsat News
Grzeję, ile fabryka dała. Hopka, dołek, hopka. Rozsiewam dookoła części silnika. Drobiazg. Jestem w transie. Ta zabawa ociera się o ekstazę. To jest to!
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Co to było?!

Tylny zderzak forda fiesty, którego ścigam od dwóch okrążeń, jest już tuż-tuż. Jeszcze parę metrów i zrównam się z nim. Samochód wyskakuje w powietrze, a potem ryje przodem w błocie. W górę lecą jakieś kable i śruby - więcej niż w ciągu całego dotychczasowego przejazdu.

- Co to było?! - krzyczę do pilota.

- Nie wiem. Silnik pracuje. Dawaj dalej! - wydziera się Robert. Ledwie go słyszę poprzez kask, wycie silnika i huk kół wgryzających się w grunt.

Jeszcze jeden zakręt. Wchodzę w niego ostro po grząskim, rozjeżdżonym wewnętrznym pasie. Rywal jest już mój. Nie ma najmniejszych szans na ucieczkę! Walę bokiem w fiestę i nagle... cisza. Silnik gaśnie. Toczymy się na pobocze.

- Cholera! Koniec - uderzam wściekle w kierownicę.

1
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Zginąć z podniesionym czołem

Raz na kilka miesięcy ze spokojnej łąki na peryferiach Łasku znikają spacerowicze i dzieciaki ćwiczące w skateparku. Ich miejsce zajmują weekendowi wojownicy dosiadający stalowych rumaków. Nie ma lancerów, focusów czy citroenów takich jak w wyścigach WRC. Tu walczą maszyny rodem z "Mad Maks" - poskręcane, zespawane, zlepione taśmą. To tutaj wiekowe fiesty, swifty, corsy dokonują swojego żywota. Ale robią to z klasą w blasku rajdowej chwały, w obłokach dymu z pękających wydechów, przy dźwiękach urywanych kół i wyginanych blach. To Parszywa Wrak Race.

Aż do sierpnia tylko słyszałem o wyścigach gruchotów, teraz miałem nie tylko zobaczyć je na żywo, ale również wziąć w nich udział.

- To najtańszy sport motorowy, jaki możesz sobie wyobrazić - śmieje się Michał, nasz sąsiad z boksu nr 21. Szykuje swojego potwora, a robi to profesjonalnie. Na dobrą sprawę trudno się domyślić, jaka to marka. Na oko suzuki swift. Identyfikację utrudnia to, że właściciel usunął wszystko, co podczas wyścigu mogłoby się stłuc lub urwać, a to, co zostało, poobwijał solidnie taśmami. Zbiornik paliwa w jego chyba-swifcie wylądował na miejscu tylnych foteli, chłodnica na szczycie silnika.

Takich wynalazków pojawiło się w Łasku kilkanaście. Jedne przyjechały prosto z komisów (raczej najtańszych) lub - nie bójmy się tego słowa - złomowisk. Te właściciele zdążyli tylko ozdobić szybkim graffiti. Inne "wyścigówki" to rezultat dni czy tygodni dłubania w warsztacie, wzmacniania, dopieszczania, dostosowywania do ekstremalnych warunków panujących na łaskiej łączce.

My postąpiliśmy tak, jak robi wielu nowicjuszy - skorzystaliśmy z jednego z aut, które wypożyczają organizatorzy Parszywa Wrak Race. Płacisz kilka stów za wynajem i możesz startować.Nam dali peugeota 309 SX. Rocznik 1993, silnik 1,6. Chyba białego, full opcja z szyberdachem, radiomagnetofonem i szybkami na korbkę. W zestawie kaseta "Kolorowe lata 60.". W poprzednim życiu mógł być całkiem wygodną taksówką. Jego bracia stoją pewnie teraz na złomowiskach. Smutny koniec. Co innego nasz egzemplarz. On umrze z podniesionym czołem.

2
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Nie przywiązuj się do toru

Chcę otworzyć maskę, ale rączka otwierania odpada. - No, ładnie. Co za sztuka - kręcę głową.

- Piękny nie jest, ale daje radę - rzuca na pocieszenie przechodzący obok facet. - Tylko mógłby być trochę mniejszy, bo takim łatwiej się wcisnąć.

Niezrażeni przyklejamy z Robertem numer startowy. Do drzwi, nie na szyby, bo te mają tendencję do wypadania. W zasadzie jedyny warunek, jaki musi spełniać samochód, który startuje w tym wyścigu, to napęd na jedną oś. Terenówki nie mają tu wstępu. Po prostu psują zabawę, bo połowa frajdy bierze się z rycia w błocie.

- Macie mechanika? Nie? Wy tak całkiem z marszu? - dziwi się Roman Miller, nasz anioła stróż z Parszywa.pl. - Przynajmniej zorganizujcie sobie sznurek lub taśmę i koniecznie przymocujcie akumulator. Na wybojach może wypaść.

Do startu pozostała godzina. Jak każdy szanujący się rajdowiec idziemy zapoznać się z trasą. Pełna profeska.

Tor to serpentyna wijąca się między palikami i beczkami rozstawionymi na łące. Ograniczona taśmą trasa nie powinna sprawiać większych problemów. Tak się nam przynajmniej wydawało.

- Wy tu pierwszy raz? Nie przyzwyczajajcie się do tego widoku - rzuca nam drobny chłopak robiący obchód w przeciwną stronę (szedł we właściwą, od startu do mety, my pod prąd). - Wystarczy jeden, dwa wyścigi i wszystko wygląda zupełnie inaczej. Trochę szkoda, że nie pada, to dopiero byłaby zabawa - rozmarza się.

3
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Wio, mój demonie szybkości

Zawody rozgrywane są przy dość skromnych prędkościach, kierowcy rzadko mają okazję wrzucić trzeci bieg. Ale prędkość 30-40 km/h z perspektywy kokpitu podskakującego, trzeszczącego, wyjącego samochodu, który nie był projektowany do takiego traktowania, a teraz dogorywa, wygląda zupełnie inaczej. Przy pięćdziesiątce czujesz się, jakbyś przekraczał barierę dźwięku. O tym mieliśmy się przekonać już kilka minut później.Kaski na głowach.

Przed nami pierwszy wyścig. Precyzyjniej - kwalifikacje. Dwa samochody zderzak w zderzak na krętym torze. Tu najważniejszy jest czas. To on decyduje, do którego z trzech wyścigów zasadniczych wejdziemy. To tam będzie się toczyła prawdziwa walka o finał.Toczymy się na start, a tu kolejna niespodzianka - peugeot w zasadzie nie ma hamulców...

Gdy wreszcie udaje się nam ustawić auto na linii, pada komenda naprzód. Nasz rywal, rozebrany do gołych belek swift, rwie do przodu jak wystrzelony z armaty. Przelatuje przed naszą maską, wybijając się wysoko na hopce. Od razu widać, że to jakiś wyjadacz. Tymczasem nas na starcie wstrzymuje skrzynia biegów, która za diabła nie chce pojąć, że chcę wrzucić jedynkę. Trochę szarpaniny i ruszam! Nos peugeocika opada, chyba coś nie tak z przednim zawieszeniem. Pasy ledwie trzymają, ale autko pędzi (jakieś 30 km/h) z pierwszej górki tylko po to, by po chwili wystrzelić w powietrze na kolejnej. Wpadam w pierwszy zakręt i widzę, że nasz rywal bokiem wchodzi już w kolejny. Ja jeszcze nie czuję auta, nie czuję toru. Jadę za spokojnie. W końcu docieram do połowy toru. Długi, łagodny zakręt w lewo, ścięcie krzaczka i prosta.

Obawy wreszcie znikają. Kilkaset metrów po wybojach wystarczyło, żebym zapomniał, że auto, którym jadę, zostało zaprojektowane, by wozić stateczne francuskie rodziny do supermarketu. Włącza się tunelowe widzenie - teraz liczy się tylko tor. Jego druga połowa jest nasza. Rywal, który jeszcze przed chwilą był hen, na horyzoncie, gwałtownie się zbliża. Łagodny lewy zakręt, prawy, piach, górka, krzak? i flaga z szachownicą. Minimalnie przegrywamy. Ale to nie koniec atrakcji tego przejazdu. Bo nagle, tuż za flagą wpadamy na hopkę, którą nieprofesjonalnie przeoczyliśmy.

Peugeot gracko wzbija się w górę i ku uciesze widowni z łomotem opada na ziemię. Mało brakowało, a zaliczylibyśmy pierwszą solidną kontuzję. Ale straty są. Robert, który przez cały wyścig trzymał się krawędzi szyberdachu... nie ma się już czego trzymać - szybka, która wcześniej nie chciała się otworzyć nawet po kilku solidnych kopniakach, teraz odskoczyła i wypadając przytrzasnęła mu palce.- O, kur...! - słyszę. Patrzę na kumpla, ale na szczęście nic mu się nie stało. Palce uratowały mu solidne motocyklowe rękawice.

4
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Odchudzanie to podstawa

Dotoczyliśmy się do boksów. Szacujemy straty. "Poległ" nie tylko szyberdach. Od ostatniej hopy wlekliśmy za sobą cały wydech. Przed nami prace ręczne.

Ale najpierw z wypiekamy na twarzach czekamy na wyniki. Patrzymy, jak w kwalifikacjach idzie innym. Okazuje się, że poszło nam nieźle. Niektórym wyścigówki odmawiały posłuszeństwa już w połowie trasy - rozsypywały się im silniki, urywały zawieszenia. Wreszcie są wyniki: jedziemy dalej! Z całkiem przyzwoitym czasem gdzieś w połowie stawki.Nieźle jak na pierwszy wyścig i spartolony start. Podekscytowani zabieramy się za wydech.

- Nie ma co, urywamy żelastwo - decyduje Robert. Łatwo powiedzieć, ale jak to zrobić? Przyjechaliśmy z zupełnie gołymi rękami. Na szczęście atmosfera w boksach jest fantastyczna. Nikt nie ma tu żadnych tajemnic, niczego nie skrywa przed konkurencją. Chłopaki, z którymi ścigaliśmy się w kwalifikacjach, biegną z podnośnikiem. Ktoś inny podaje łom, ktoś następny odlewa dla nas benzynę. Rywalizacja? Tak, na torze. A żeby rywalizować, trzeba mieć rywala, a żeby mieć rywala, trzeba mu pomóc w kłopotach. Dlatego ta pomoc to nieodłączny element wyścigów gruchotów.Przy tak licznej i chętnej pomocy odchudzamy samochód jeszcze o kilka elementów. Na ziemi ląduje maska, lewy reflektor, cały wydech z tłumikiem włącznie. Peugeot gra teraz w wadze lekkiej, ale... nie chce odpalić.

Możemy nie zdążyć na kolejny start! Ale od czego jest konkurencja. To dzięki jej pomocy autko odpala na pych. Jedziemy.

5
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

O rysy się nie obrażą

To już nie kwalifikacje, żarty się skończyły. Rozjeżdżony tor, na którym jeszcze rano rosła trawa, teraz jest piaskowo-błotną (ze wskazaniem na piaskową) pułapką. Obok już nie jeden, a 10 samochodów. I publiczność jakby większa.

Ruszamy. Tym razem o wiele ostrzej. Z prawej atakuje nas coś czerwonego. przed nami fiesta i chyba mégane. Ostry, lewy zakręt. Czerwone coś przytula się do nas na zakręcie. Haratany metal jęczy, ale koła wgryzają się ziemię i udaje się nam odskoczyć do przodu. Czuję jeszcze szturchnięcie z tyłu i rzucam auto w prawy nawrót. Pozycja obroniona. Teraz tylko dopaść fiestę.

Słabe hamulce, a właściwie ich brak, to nie problem, bo i tak najlepszym sposobem na pokonywanie zakrętów jest gwałtowne wrzucanie auta w kolejne skręty, co przy niskich prędkościach nie wymaga specjalnego hamowania. Zresztą zawsze można przy skręcie odbić się od rywali. Gwarantuję, że nie zrobią rabanu o zadrapany lakier.

Wyścig trwa pół godziny. O kolejności decyduje liczba ukończonych okrążeń. To bardziej 24 godziny Le Mans w pyle niż Grand Prix Formuły Łask. Dlatego nie warto zbytnio szarżować. Normą jest, że zawodnicy w połowie wyścigu zjeżdżają do boksu i przymocowują to, co trzeba przymocować, odkręcają/odrywają to, co przeszkadza. Bo lepiej stracić 10 minut, niż się wycofać. W końcu rywalowi auto może za chwilę nawalić jeszcze bardziej.

A samochody wykruszają się błyskawicznie. Nie ma w zasadzie okrążenia, żeby ktoś nie stanął w kłębach dymu. Nieliczni potem wracają, ale to rzadkie przypadki. "Poległe" auta organizatorzy spychają na pobocze. Widok to nie byle jaki. Robią to za pomocą dwóch terenówek obłożonych grubymi oponami, które działają jak spychacze.

- Jeśli będą jechać was wypchnąć, trzymajcie się, bo szarpnie naprawdę mocno - uprzedzano nas na starcie.

Mieliśmy nadzieję na ukończenie wyścigu, więc kiedy nasz silnik zamilkł, nie skapitulowaliśmy. Robert wyskakuje i szybko szacuje straty.

- Nie mamy ssania. Nie widzę kabli od akumulatora! - melduje.

Szybkie poszukiwania i znajduje leżące w pobliżu kable.

- Królestwo za taśmę - ryczę.

Przychodzi niezawodna pomoc. Mocujemy taśmą kable. Kręcę i bohaterski peugeot odpala. Jesteśmy 2, 3 okrążenia za liderami, ale jedziemy. Lewy zakręt, błoto, prosta, długi lewy łuk, prosta startowa.

Wraca nadzieja, wraca adrenalina. Przed nami ktoś, dymiąc, skręca do boksu. Mijamy go jak demony prędkości. Wpadamy w zakręt i silnik eksploduje. Auto natychmiast traci fenomenalne 50 km/h i zwalnia do 10. Stoimy. Robert zaczyna grzebać w silniku i po chwili wyciąga kable z dyndającymi świecami zapłonowymi. Został nam jeden sprawny cylinder.

6
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Jeszcze pomszczę Peugeota!

Zrobiliśmy jedyne, co nam pozostało. Kaszląc, ustępując innym z drogi, turlaliśmy się w kierunku mety. Zakręty braliśmy szerokim łukiem, pozdrawiając przy tym publiczność. Cztery okrążenia później ostatni cylinder powiedział: "Do widzenia. Game over".

Pozostało nam przyglądać się kolejnym wyścigom. Ryk, pył, trzaski urywanych fragmentów aut - adrenalina i tak się udziela. Ale żałowaliśmy, bo szło nam naprawdę nieźle. Nie myślałem, że wyścigową żyłkę odkryję u siebie za kierownicą leciwego peugeota 309 SX w kolorze biały (?) metallic. Z welurowymi fotelami i słonikiem zawieszonym pod lusterkiem.

Spoczywaj w pokoju, daliśmy ci przynajmniej piękny ostatni wyścig. Wrócimy i pomścimy cię.

Koniecznie musisz zaopatrzyć się w kask, solidne rękawice (sprawdzają się motocyklowe), buty do brodzenia w błocie i... lawetę (jeśli startujesz swoim gruchotem).

7
Więcej na ten temat: parszywa, race, wrak