Sto kilometrów na nartach

Barbara Suchy, Jacek Grzędzielski
Sześć dni, trzy kraje, ponad sto kilometrów. Na nartach. Przez przełęcze Haute Route - najsłynniejszej skiturowej trasy w Alpach. Ekstremalna podróż na setne urodziny tego szlaku.

Przymiarki

Haute Route, alpy,narty

92..., 93..., 94... Jeszcze tylko kilka kroków i zrobię przerwę na wyrównanie oddechu - obiecuję sobie. Kryzys dopadł mnie trzeciego dnia na wysokości 2900 m n.p.m. Zostało już tylko parę zakosów, ale po sześciu godzinach wspinania się na nartach w słońcu czerwone okiennice schroniska Valsorey zdają się odsuwać z każdym moim krokiem.

 

Przymiarki

Haute Route (dosłownie Wysoka Droga), alpejska klasyka, skończyła w ubiegłym roku sto lat. Po raz pierwszy ten słynny trawers Alp pokonał na nartach Marcel Kurz w styczniu 1911 r., choć poszukiwanie optymalnego przejścia zaczęło się kilkadziesiąt lat wcześniej. Chodziło o znalezienie górskiej drogi pomiędzy dwiema miejscowościami: Chamonix i Zermatt, bez konieczności schodzenia zbyt często do doliny. Udało się coś więcej: zaprojektowano wówczas ponoć najbardziej malowniczą trasę przez Alpy francuskie, szwajcarskie i włoskie, którą da się pokonać na nartach (podejściami i zjazdami).

Samochody zostawiamy w Zermatt - na mecie naszej przygody. Bus dowozi naszą 14-osobową grupę do Argentiere, tuż obok Chamonix. Przejazd zajmuje niecałe dwie godziny. Na powrót słynną Haute Route będziemy potrzebować sześciu dni.

W Zermatt zostaje też wszystko, co przez następne dni byłoby zbędnym balastem. Dalej ruszamy w butach skiturowych (od zwykłych narciarskich różnią się wibramową podeszwą; są też dużo bardziej "ruchome", gdy rozepnie się je do chodzenia), wyposażeni już tylko w narty z fokami (naklejanymi pasami z włosem ułożonym w jedną stronę, po to by narta nie ześlizgiwała się przy podchodzeniu) i 40-litrowe plecaki, a w każdym poupychane: uprząż, raki, czekan, lawinowe ABC (detektor, sonda i łopata), termos, drobne zapasy jedzenia, puchówka.

To, co spakować, jak spakować, a z czego zrezygnować, okazało się głównym przedwyjazdowym problemem. Ostatnie godziny przed wyruszeniem na wyprawę zamiast na pakowanie, poświęcaliśmy raczej na wyjmowanie z plecaków rzeczy, bez których można się obejść. Mimo to wydawały się za ciężkie, a miejsca wciąż było mało. O tym, że w tej kwestii musimy się jeszcze sporo nauczyć, przekonał nas dobitnie Zbyszek, nasz przewodnik, gdy w schronisku wyciągnął z plecaka (dużo mniejszego od naszych) spory kawałek koziego sera i... pomidorki koktajlowe kupione na targu w Chamonix.

1

Entuzjazm

Haute Route, alpy,narty

Rano wyjeżdżamy gondolą do najwyższej stacji popularnego ośrodka narciarskiego Grandes Montets. Tam ubieramy uprzęże, włączamy detektory, by pożegnać się z wyciągami i uklepanymi trasami. Zjeżdżamy kilkaset metrów w dół lodowcem Argentiere, a przed nami wyrasta stroma ściana. Ot, trochę śniegu w skalnym żlebie. Z boku ciągnie się morena dawnego lodowca (od 1850 r. cofnął się o kilkaset metrów), kawałek wyżej spod śniegu wyrastają bryły lodu.

Nie, no, bez żartów! Ale przewodnicy nie żartują - to pierwsze podejście. Na narty naklejamy foki, uwalniamy pięty z wiązań i ruszamy w górę. Łatwo nie jest. Podejście jest strome, śnieg zmrożony, gdzieniegdzie wystają kamienie. Idziemy powoli, mocno przy tym tupiąc. Ten ruch sprawia, że krawędź narty i zęby harszli (noży lodowych mocowanych do nart) mocniej wbijają się w śnieg, zmniejszając ryzyko niekontrolowanego lotu w dół. Od połowy jest już łatwiej. Wreszcie docieramy na samą górę, przełęcz Chardonnet na wysokości 3321 m (po drugiej stronie powitają nas już Alpy Szwajcarskie). Wcale nie było tak strasznie - stwierdzamy, patrząc w dół.

Na przełęczy spotykamy grupę Francuzów. Stoją w pełnej gotowości w rakach z nartami zamocowanymi po bokach plecaków. Po kolei przypinają się karabinkiem do liny, a przewodnik opuszcza ich w dół. Nasza kolej. Robię pierwszy krok i od razu szarpie mnie w tył. To nie to samo, co zjazd na linie na ściance wspinaczkowej. Trzeba wziąć pod uwagę dodatkowy balast na plecach.

Na dole następne przeorganizowanie. Znów narty na nogi; po to, żeby po kilkuset metrach zatrzymać się, nakleić na nie foki i odblokować buty do chodzenia w celu pokonania kolejnych dwustu metrów. Potem narty wracają na plecak, a w ręce łapiemy czekany, bo droga na przełęcz Fenetre de Saleina jest zbyt stroma, aby podejść na fokach.

Taki tryb działania z każdą kolejną przepinką stopniowo staje się nawykiem, a im szybciej udaje się wszystko poodpinać, odkleić, złożyć, tym więcej czasu zostaje na odpoczynek. Inaczej trzeba się liczyć z tym, że gdy po wszystkich zabiegach będziemy wreszcie gotowi do kolejnego etapu i sięgniemy po termos, przewodnik da komendę: "No, to idziemy!?

2

Bezsenność

Haute Route, alpy,narty, skitouring, Cabane du Trient

Do pierwszego schroniska na naszej trasie - Cabane du Trient (3170 m n.p.m.) - docieramy około godziny 15. Upychamy czternaście par przemoczonych wkładek z butów przy i tak dość już obłożonym piecyku (jedynym w schronisku!), rozwieszamy foki i rozsiadamy się w jadalni.

Z ciekawością przyglądamy się, jak w olbrzymim aluminiowym garnku powoli topi się śnieg. Wreszcie biała wystająca kopuła znika, a nad naczyniem unosi się para. Niedługo będzie gorąca zupa! W szwajcarskich schroniskach sprawa jest prosta. Nie ma wody, za to wszędzie są zasypane śniegiem okna. Zamiast kranu. Dwa ruchy łopatą i już.

Choć przyjemnie byłoby się na chwilę położyć, do pokoju na górze nikt się nie pcha. Tam ciepło zrobi się dopiero wieczorem, gdy ponad 20 lokatorów wspólnymi siłami ogrzeje go swoimi oddechami.

Ale wcale nie to okazuje się najgorsze. Po całym dniu intensywnego wysiłku wydaje się, że wystarczy przyłożyć głowę do poduszki, by zapaść w głęboki, regenerujący sen. Nic z tego. Serce wali jak oszalałe, pozostaje przewracanie się z boku na bok w poszukiwaniu pozycji, w której uda się zasnąć. - Jak to ma tak wyglądać, to daleko nie zajdę - myślę sobie, zakładam czołówkę i schodzę na dół. Drewniana ławka i pozycja siedząca okazują się dużo przyjemniejszym sposobem na odpoczynek. Co chwilę w drzwiach pojawia się światełko. Każdy, kto wybrał się do toalety, po drodze wnikliwie ogląda wszystkie wiszące na ścianach obrazy i suszące się pod sufitem liny. Kilka razy czyta prognozy pogody. Zawsze to 10 minut mniej do rana.

Na szczęście drugiego dnia dostajemy taryfę ulgową. Na tym jednym etapie klasycznej wersji Haute Route trzeba zjechać do wioski Champex i busem przedostać się do odległego o kilkanaście kilometrów Bourg-St-Pierre. Stąd można ruszyć dalej na nartach. Dla nas to dodatkowa okazja na porządny odpoczynek i prysznic, który będzie musiał wystarczyć na kolejne cztery dni.

3

Zmęczenie

Haute Route, alpy,narty

Po odprawieniu porannego rytuału: napełnieniu termosu, założeniu detektora, krótkiej szamotaninie z poplątaną uprzężą i naklejeniu fok, ruszamy w stronę masywu Grand Combin.

To rozległy, mający trzy wierzchołki czterotysięcznik. Nasz cel na dziś: schronisko Valsorey na 3037 m n.p.m. - baza dla atakujących szczyt. Do pokonania mamy 1400 m przewyższenia.

Pierwsza część trasy przypomina podchody z obozu harcerskiego. Co chwilę czeka na nas kolejne zadanie. A to trzeba pokonać na nartach drewnianą kładkę przełożoną przez potok, a to podejść stromym lawiniskiem czy przedostać się przez krzaki, brnąc przy tym po kolana w śniegu. Brakuje tylko strzałek.

Po zaliczeniu tego naturalnego toru przeszkód wchodzimy w białą, malowniczą dolinę. Od razu rzuca się w oczy górujące nad nią schronisko Vélan. Potężna, czteropiętrowa budowla przypomina statek zacumowany wysoko na skale, którego srebrny kadłub lśni w słońcu. My idziemy dalej, w stronę trzech wierzchołków Grand Combin. Słońce jest coraz wyżej i zaczyna bezlitośnie grzać. Podejście w gruncie rzeczy nie jest trudne, ale pogoda robi swoje i trasa do pokonania wydaje się coraz dłuższa. Wprowadzam system "stu kroków" i wolno posuwam się, noga za nogą. Po stu takich przesunięciach następuje przerwa na kilka głębszych oddechów. W końcu muszę uznać swoją porażkę i na ostatnich metrach oddaję swój plecak życzliwemu koledze.

Wreszcie są! Mury z czerwonymi okiennicami. Gdy na górze odzyskuję trochę sił, dociera do mnie, co mam przed sobą: setki kamiennych piramid przykrytych białą pierzyną. W centralnym punkcie łopocze biało-czerwona flaga szwajcarskiego kantonu Valais.

4

Strach

Haute Route, alpy,narty

- Achtung, lawinen! - nagle ktoś krzyczy. Po butach przelatuje nam śnieżny pył. Jesteśmy w połowie podejścia na Plateau du Couloir, uznawanego za najtrudniejszy fragment Haute Route. Na przełęcz położoną na wysokości 3650 m n.p.m. prowadzi ze schroniska Valsorey wąski żleb o nachyleniu 40-50 stopni.

Idziemy w trzech grupach związani liną. Powyżej nas wspina się ekipa Francuzów, pod nami kilka zespołów niemieckich. Śnieg nie przestaje padać od poprzedniego wieczoru, a środkiem żlebu zjeżdżają kolejne warstwy puchu. Odbijamy w prawo; tam stok jest poprzecinany wystającymi kamieniami, więc i ryzyko zejścia poważnej lawiny znacznie mniejsze. Zostało około stu metrów. Nasi przewodnicy decydują, że najlepiej iść dalej w górę. Pozostałe ekipy zawracają, podcinając w żlebie kolejne lawinki. - Achtung! Achtung! - słyszymy co chwilę z dołu.

- Wszyscy na lewo. Wbijcie mocno czekany - krzyczy do nas Zbyszek. Sam podchodzi pod nawis i trzema praśnięciami kijka powoduje, że cała wierzchnia, niestabilna warstwa śniegu zjeżdża w dół. Potem ostrożnie przechodzi przez nawis, wycinając dla nas przy okazji wygodne stopnie. - OK, możecie iść! - pozwala wreszcie. Czuję szarpnięcie liny. Kilkadziesiąt metrów po nawisie niemal przebiegamy, potykając się o własne raki, byle być już na górze. Dopiero tam jest moment, żeby się zatrzymać i odetchnąć z ulgą.

Z mgły wyłania się blaszany barak. Ten schron stanął tu kilkadziesiąt lat temu, jeszcze gdy pierwotna trasa Haute Route prowadziła w przeciwnym kierunku: z Saas-Fee w Szwajcarii do Chamonix. Pogoda często godzinami więziła narciarzy na przełęczy i nie pozwalała zejść do schroniska. W środku do dziś leży więc 600 m liny poręczowej, którą w razie problemów można wykorzystać do asekuracji.

W okropnej mgle przejeżdżamy na nartach przez środek lodowca Mont Durand. Śnieg nie przestaje zacinać, a gdzieś obok co chwilę słychać huk. Czasem to przelatujący samolot, czasem śnieg odrywający się z któregoś z otaczających zboczy.

Jak na ironię, w Charmontane (2236 m n.p.m.), do którego docieramy po pokonaniu 10 km niemal po omacku, wychodzi przepiękne słońce. Stąd do schroniska Chanrion (2462 m n.p.m.) mamy jeszcze kilometr łagodnego podejścia. Ostatnie kroki tego parszywego dnia stawiamy wśród wspaniałych widoków. Na przeciwległych stokach zauważamy swoje ślady. Jedyne tego dnia na lodowcu.

5

Determinacja

Haute Route, alpy,narty

Znajome ekipy, które wycofały się z Plateau du Couloir, spotykamy dopiero następnego dnia w schronisku Vignettes (3160 m n.p.m.). Gdy wpadamy tam po południu przemoczeni, po rutynowych już zmaganiach z pogodą, przyglądają się nam badawczo, sącząc piwo. Sami musieli zjechać na dół i taksówką przedostać się do miejscowości Arolla, by stamtąd podejść do schroniska, omijając dwa etapy trawersu.

W takich momentach w człowieka wstępuje poczucie niezniszczalności, które każe myśleć: pokonamy tę trasę w całości, choćby nie wiem co!

Z Chanrion do Vignettes prowadzi łagodne, ale za to niekończące się podejście lodowcem Brenay. Na jednym tylko odcinku robi się stromo. Od przewodników dowiadujemy się, że jeszcze w ubiegłym roku dało się ten fragment pokonać na nartach. My musimy wdrapać się w rakach po zastygłym lawinisku - jedynym śnieżnym płacie pomiędzy skałami. Po prawej zostawiamy onieśmielający widok ściany seraków (fragmentów popękanego lodowca). Na samym jej środku obryw wielkości domu jednorodzinnego. Jeszcze kilka takich lawin i po kolejnym fragmencie lodowca niewiele pozostanie.

Słońce odbijające się od białych połaci znów zaczyna palić i wysysać z nas energię. Dochodzimy do najwyższego punktu Haute Route - przełęczy Brenay na ponad 3600 m. Zanim zaczniemy zjazd do schroniska, chcemy jeszcze wdrapać się na szczyt Pigne d'Arolla (3790 m n.p.m.). Stąd do pokonania został zaledwie kilometr w górę. Pogoda postanowiła jednak pokrzyżować nasze plany. Na przełęczy nagle zaczyna zacinać śnieg, a niebo zachodzi mgłą. 50 metrów przed szczytem zawracamy. Dalsza wspinaczka po grani byłaby głupotą. Góry powiedziały nam: "Wyżej nie". Nie ma co z nimi dyskutować.

6

Satysfakcja

Haute Route, alpy,narty,Matterhorn, Zermatt

Wieczorem w schronisku spoglądamy na mapę. Na papierze ten etap wygląda jeszcze bardziej imponująco. Duma jednak pryska, gdy tylko przewodnicy wyciągają mapę kolejnego odcinka. Do pokonania zostało jeszcze 26 kilometrów. Jednego dnia przeprawić mamy się przez trzy przełęcze.

Na trasie robi się spory tłok. Wszystkie grupy, które musiały się wycofać z poprzednich miejsc ze względu na pogodę, teraz wróciły. Puszczamy je przodem. Niech torują drogę, miały kiedy odpocząć.

Ostatni etap, mimo że najdłuższy, jest też najbardziej malowniczy. Również pogoda wreszcie dała za wygraną, jakby wszystko było dokładnie wyreżyserowane. Pomiędzy przełęczami dwukrotnie przejeżdżamy na terytorium Włoch.

Za ostatnią - Col de Valpelline (3557 m n.p.m.) - dla wszystkich pokonujących legendarną Haute Route ukryta jest sowita nagroda: niesamowita panorama dwudziestu alpejskich czterotysięczników, z zębem Matterhornu na pierwszym planie, i jeszcze wspaniały 16-kilometrowy zjazd lodowcem rozlanym wokół zboczy tej skalnej piramidy.

W końcowym odcinku nasza droga łączy się z nartostradą prowadzącą do Zermatt. Tu, na dole wstępuje w nas nowa energia. Po ogromnym wysiłku na dużej wysokości teraz nie ma na nas mocnych. Tuż przy trasie mijamy knajpiany taras, wypełniony po brzegi. Gra głośna muzyka, a wraz z nią rozbrzmiewa brzęk kufli z piwem. Ludzie podrygują wesoło na drewnianych ławach. Gdyby tylko wiedzieli, jak wiele można jeszcze wycisnąć z narciarstwa...

7

Haute Route

Haute Route, alpy,narty

Przez lata powstało mnóstwo wariantów tego alpejskiego trawersu, ale klasyczna Haute Route jest jedna: z Argentiere przez Aiguille du Chardonnet do Champex, i dalej z Bourg-St-Pierre przez Plateau du Couloir i Col de Valpelline do Zermatt. Dzienne etapy to ok. 6-10 godz. Na dojście do Saas Fee potrzebne są dwa dodatkowe dni.

Na trasę chodzić można do 10 maja. Potem schroniska są zamknięte, chociaż warunki wciąż dobre, więc zdeterminowani narciarze sypiają w tzw. pomieszczeniu zimowym i gotują we własnym zakresie.

By pokonać trasę, potrzebna jest dobra kondycja, umiejętność sprawnego poruszania się w rakach po lodowcu i technika pozwalająca bezpiecznie zjeżdżać w każdych warunkach śniegowych. Przed wyjazdem w Alpy warto wybrać się na kurs w Tatrach.

Haute Route ma też swoją wersję letnią - łatwiejszą, ale równie malowniczą (dzięki górskiej roślinności i zwierzętom).

Koszt wyjazdu (przy 5-osobowej grupie) to około 4 tys. zł - opłacić trzeba przewodnika, noclegi w schroniskach, kolejki i przejazdy busem.

 

Rekordziści

8 kwietnia 2011 r. francuski zespół: Sébastien Baud, Jean-François i Alain Premat, pokonał tę najsławniejszą drogę Alp w czasie 18:50:29. Rok temu używając nart skiturowych, biegowych i nartorolek, pokonali również w 23 godziny i 10 minut 110-kilometrową trasę prowadzącą od Jeziora Genewskiego na wierzchołek Mont Blanc.

 

Tekst i zdjęcia: Barbara Suchy, Jacek Grzędzielski (montaż)

8
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz, narty, podróże