Mój pierwszy raz: lot wiatrakowcem

Aleks Kłoś
Królem przestworzy możesz zostać już za równowartość bardzo dobrego samochodu. Ultralekki wiatrakowiec kosztuje "tylko" 50 tys. euro. Plus VAT oczywiście. Warto? Alex Kłoś specjalnie dla was przeleciał się takim wiatrakowce. I ten pierwszy raz w takiej maszynie bardzo mu się podobał!

Przymiarki z kałachem

Miejsce: byłe lotnisko wojskowe w Modlinie. Przyjeżdżamy w trakcie oblotu xenona, kupionego przez telewizyjnego magnata Johana Stemmeta z RPA.

Po odbiór zjawił się osobiście. Wyraźnie zafascynowany, filmuje wyczyny swojej nowej zabawki. Xenona z zainteresowaniem oglądają też czarnoskórzy delegaci jednego z państw Afryki Centralnej. Testują europejskie wiatrakowce. Byli już w Hiszpanii i Niemczech. Z Polski lecą do Włoch. Na moich oczach przymierzają atrapę kałasznikowa do schowków w xenonie.

1

Wirnik: start!

 W kierowaniu wiatrakowcem pomagają wskaźniki na ekranie pokładowego komputera, który jako żywo przypomina komputerowe symulatory lotu. Konserwatyści mogą jednak zamówić wersję z tradycyjnymi, analogowymi wskaźnikami. Maszyną steruje się za pomocą dźwigni (m.in. przepustnica), drążka sterowego i pedałów.

 

Wiatrakowiec jest znacznie tańszy (także w eksploatacji) od helikoptera. Potrzebuje około stu metrów na start. Wylądować może na pięciu. Nie potrzebne jest mu lotnisko, zadowoli się trawiastym lądowiskiem. Może latać przy wietrze dochodzącym do 60 km/h, kiedy ultralekkie samoloty stoją na ziemi. Wirnik kręci się na tyle szybko (350-370 obrotów na minutę), że nie ulega oblodzeniu. Xenon waży 265 kg, dopuszczalna masa startowa wynosi 495.

Wsiadam do maszyny, którą kupił gość z RPA. Za sterami zasiada Wiesław Jarzyna. Były wojskowy pilot oblatywacz, lata samolotami, helikopterami, szybowcami, od kilku sezonów wiatrakowcami.

Maszyna lśni nowością. Pełny hi-tec. Uwagę przykuwa duży ekran pokładowego komputera, choć tradycjonaliści mogą wybrać wskaźniki analogowe. Zapinamy czteropunktowe pasy bezpieczeństwa, zakładamy słuchawki i przechodzimy na intercom. Zapadam się w fotel.

Wiatrakowiec, choć przypomina helikopter, jest jego przeciwieństwem. Śmigłowiec można porównać do wentylatora. Odpycha się powietrzem tłoczonym przez napędzany silnikiem wirnik. Zaś w wiatrakowcu wirnik odłączony jest od napędu i kręci się sam dzięki pędowi powietrza powstającemu w trakcie ruchu do przodu. Całą maszynę popycha samolotowe śmigło umieszczone z tyłu.

- Brzmi skomplikowanie, ale w praktyce wszystko jest proste. Zaraz się pan przekona - mówi pan Wiesław. Uruchamia silnik. Na początku trzeba rozkręcić wirnik, do około 210 obrotów na minutę. To najniebezpieczniejsza faza całej zabawy, bo głowica, na której osadzony jest wirnik, jest ruchoma. Przy rozkręcaniu trzeba ją utrzymać w pozycji pionowej, a dopiero na pełnych obrotach wirnik robi się stabilny jak koło roweru w ruchu albo żyroskop. Po osiągnięciu wymaganej rotacji napęd wirnika zostaje odłączony. Wtedy pilot przechyla głowicę wraz z wirnikiem lekko do tyłu. I tak ustawiony wirnik zamienia się w skrzydło, a pełna moc zostaje przekazana na śmigło. Xenon zaczyna się toczyć do przodu.

2

Wiatrakowiec w korkach nie stoi

Nie ma tu zbyt wiele miejsca, ale w końcu nie o to chodzi. W BMW serii 5 albo Mercedesie SLK za te same pieniądze byłoby wygodniej, ale bmw i mercedes stoją w korkach tak samo jak lanos. A wiatrakowiec nie.

 

- Lecimy! Widzi pan, jakie to fajne? Pilotuje się to jak samolot. Drążek, góra i dół. Dwa pedały do skręcania - mówi pan Wiesław, wyraźnie rozradowany. Kabina jest przestronna i mocno przeszklona. Mam wrażenie, że ziemia jest w zasięgu ręki. Pan Wiesław przyciąga mocno drążek sterowy do siebie. Wznosimy się ostro w górę. Wtedy naciska szybko lewy pedał i odpycha drążek. Zakręcamy bardzo ciasno, pod sporym kątem i lecimy stromo w dół. To tzw. zawrót bojowy. Wyrównujemy. Lecimy nisko nad ziemią, wprost na hangar. Ściana szybko rośnie w oczach.

Pilot podrywa dziób do góry. Ale czad!

- Trochę można poszaleć, ale to nie jest sprzęt do akrobacji. Maksymalny przechył wynosi 60 stopni. Jest za to bezpiecznie. Nie da się wpaść w korkociąg. Skorupa kabiny wytrzymuje przeciążenie do 15 G. W przypadku awaryjnego lądowania maszyny zaczyna toczyć się jak jajko. Wszystko odpada, podwozie, wirnik. Ale zawartość jest nienaruszona. Mieliśmy taki przypadek. Ludzie od razu się zgłosili, żeby naprawić maszynę - mówi pan Wiesław.

Wylatujemy znad lotniska. Nisko nad polami, wzdłuż lasu. Mijamy stadko sarenek. Aż chciałoby się polecieć gdzieś dalej. Prędkość przelotowa xenona w zależności od warunków wynosi 100-140 km/h (maksymalna 179 km/h), 120-konny silnik firmy Rotax spala 18 l zwykłej, samochodowej benzyny na godzinę. Na jednym tankowaniu 80 l maszyna potrafi przelecieć aż 500 km. Można wzbić się nią na wysokości ok. 4,5 tys. m. Jak na życzenie nagle wzbijamy się bardzo ostro.

3

Bez spadochronu też bezpiecznie

wirolot, samolot, latanie

- Panie Wiesławie, a jeśli wysiądzie nam silnik? Przecież nie mamy spadochronów - zauważam.

- To jest nasz spadochron - odpowiada pilot. Ustawia głowicę z wirnikiem pionowo. Redukuje gaz do minimum. Robi się cicho. Opadamy. Kilkanaście metrów na ziemią pilot znów pochyla drążek. Wciąż lecimy w dół, ale też łagodnie do przodu, szybując na wirniku.

- Można wylądować jak szybowcem - pan Wiesław dodaje jednak troszkę gazu i ostatecznie lądujemy jak samolot.

W Polsce lata jeden wiatrakowiec Xenon, kolejny jest w trakcie rejestracji, a następne są zamawiane.

- Dziś wystarczy zgłosić swój kawałek pola do Urzędu Lotnictwa Cywilnego jako lądowisko i można latać - zachęca pan Wiesław Jarzyna.

Jest małe ale. Uprawnienia do pilotowania wiatrakowca (honorowane w Polsce) można zdobyć tylko za granicą. Na Węgrzech, w Czechach, w Austrii, a nawet na Ukrainie.

4

Bardziej eko od helikoptera

wirolot, samolot, latanie, Xenon

O co lata?

Wiatrakowiec, tak jak helikopter, należy do rodziny wiropłatów. Nie potrafi jednak zawisnąć, latać w bok czy do tyłu. Pierwszy sprawny wiatrakowiec skonstruował w 1919 r. Hiszpan Juan de la Cierva. 15 lat przed zbudowaniem śmigłowca! Złotą erą wiatrakowców było dwudziestolecie międzywojenne. W trakcie II wojny światowej wiroszybowce wykorzystywane były do funkcji obserwacyjnych na niemieckich U-bootach. Po wojnie projektowano duże konstrukcje, ale ostatecznie zainteresowanie wiatrakowcami spadło. Dziś znów wracają do łask jako ekonomiczna i ekologiczna alternatywa dla helikopterów. Najwięcej lata ich w Australii, USA i Afryce.

 

Tekst: Aleks Kłoś

Zdjęcia: Tomasz Wawer (montaż)

5
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz