Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16

Marcin Jamkowski
Dałem się olśnić, zdezorientować, zakręcić, wystrzelić z katapulty i odwirować. Dokładnie tak samo jak kandydaci na pilotów F-16.  No, ale ja jeszcze w tydzień rozbiłem trzy samoloty, więc w "polskim jastrzębiu" mógłbym być tylko pasażerem.


(dziennikarz Logo badania dla pilotów wojskowych przeszedł w 2007 roku)
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Jeszcze nigdy nie byłem tak ciężki

Ważę ok. 450 kg. Każda komórka mojego ciała naciska na inne z siłą, przy której pęd wodospadu działa jak niegroźna sikawka. Nogi wgniotło mi w fotel, żołądek przykleił się do jelit, a nienadążające pompować gęstej krwi serce gdzieś do kręgosłupa. Głowa trzyma się w pionie resztkami sił, a policzki zjechały mi prawie na szyję.

- No ładnie, wygląda pan tak, jakby przybyło panu 20 lat! - żartuje sobie ze mnie pułkownik doktor nauk medycznych Krzysztof Kowalczuk, który obserwuje mnie przez kamerę. - A postarzyliśmy tak ładnie pana w niecałe trzy minuty!

"Trzy minuty!" - dobre sobie! "Nie tylko te minuty, ale cały tydzień był niezły! Mało nie posiwiałem momentami!".

A wszystko odbyło się nie w lunaparku, lecz w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej w Warszawie. Przechodziłem badania medyczne mające wyłonić najzdrowszych pilotów, którzy usiądą za sterami naszych F-16.

Mój pierwszy raz: zakręcony na punkcie G, mój pierwszy raz, Kandydat podpisuje krwią cyrograf z WIML-em

Młode jastrzębie

Zaczęło się niewinnie. Igła, wkłucie, słoik, siku - analiza płynów ustrojowych tak klasyczna jak pozycja misjonarska. Tylko wydruk zaskakującej masy wyników zajmuje aż dwie strony drobnym maczkiem. - Interesuje nas wszystko, co dotyczy zdrowia kandydatów na pilotów - mówi płk dr Olaf Truszczyński, dyrektor WIML. - Badamy ich na wszystkie strony i wybieramy najlepszych z najlepszych do służby na odrzutowcach - dodaje.

Muszą być zdrowi fizycznie i mentalnie, zdolni, inteligentni i gotowi do poświęceń. W zamian mają szanse na prawdopodobnie najciekawszą pracę, jaką oferuje Wojsko Polskie. Będą mogli zasiąść za sterami jednych z najnowocześniejszych odrzutowców na świecie: słynnych jastrzębi (falcon) F-16 i brać udział w prawdziwych misjach bojowych w ramach NATO i Unii Europejskiej.

Przeglądam moje wyniki, na razie jest nieźle - cholesterol w normie, wątroba jeszcze działa; z poziomu wskaźników nie widać nawet, że do Szkoły Orląt jestem o 20 lat za stary!

Werdykt: kandydat zdolny

1
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Bierność widzę, bierność!

"Kandydat na pasażera biernego naddźwiękowego pojazdu latającego" - na takie właśnie wzniośle brzmiące stanowisko przechodzę badania w WIML-u. - Czyli nalot ogólny na typie cywilnym - tłumaczy mi jeden z lekarzy.

Nazewnictwo wojskowe fascynowało mnie od zawsze. Te wszystkie sformułowania o "przeszkodzie terenowej o wilgotności 100 proc. bez znaczenia taktycznego" (chodzi o kałużę), czy podchwytliwe pytania "ilolita jest lufa karabinu" (jednolita), które dawno już przeszły do kanonu wojskowego humoru, odbierałem zawsze jako twórcze połączenie precyzji z poezją.

Co właściwie oznacza bycie "pasażerem biernym"? To, że gdybym był 20 lat młodszy i rzeczywiście chciał być żołnierzem, mógłbym po przejściu takich badań starać się o przyjęcie do słynnej dęblińskiej Szkoły Orląt, by zostać np. nawigatorem albo strzelcem pokładowym. Choć i pasażerem zostać niełatwo, to dla pilotów te normy są jeszcze bardziej wyśrubowane.

Mój pierwszy raz: zakręcony na punkcie G, mój pierwszy raz, USG, czyli co w brzuchu piszczy

Podroby na ekranie

- Pali pan?

- Nie. A jakbym palił, to co?

- To byśmy panu zamontowali popielniczkę w F-16 - żartują sobie lekarze.

Wałkują mnie na wszystkie strony. USG jamy brzusznej trwa ze trzy razy dłużej niż zazwyczaj. - No wie pan, dokładność przede wszystkim - opowiada dr Donat Czernicki, radiolog. - Nim wynaleziono te gadżety do oglądania wnętrzności, pewien student się dopiero na czwartym roku w szkole lotniczej dowiedział, że ma tylko jedną nerkę - opowiada.

Cierpliwie na ekranie oglądam po kolei wszystkie swoje podroby: wątrobę, trzustkę, śledzionę, jelita. Stan osobowy zgodny.

Werdykt: kandydat zdał

2
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Kręgosłup pilota

Jeszcze tego samego dnia pełny rentgen kręgosłupa - każdy fragment oddzielnie, każdy z przodu, z tyłu i z profilu. Maszyneria huczy na całego, fotony śmigają przez ciało, a ja słyszę, jak za ołowiową szybą lekarze dywagują o moim kręgosłupie.

- O, o! Klocki luzem, pani Marzenko.

- Tu na dole to coś się chyba rozsypało. Kręgi jak lego na dywanie.

- Czy pan czasem nie spędza życia za biurkiem? - pytają retorycznie.

Co tu kryć, jest się dziennikarzem, to się siedzi.

- A za młodu to pewnie pan w szkole zamiast chodzić na basen, to na WF-ie biegał z szarfą po woreczki z grochem?

Ano prawda.

Na werdykt czekam kilka dni. Z uwagi na wysoką sprawność ogólną "proponuje uznać za zdolnego" - wnioskuje chirurg. - Gdyby miał pan zostać pilotem wysokomanewrowych aparatów latających, zaleciłbym dodatkowe badania rezonansu jądrowego - dodaje.

- Na pasażera to jeszcze się ten pana przetrącony kręgosłup nadaje - zgadza się dr Marian Pawlik, lekarz orzecznik cywilnego personelu lotniczego WIML. - Ale pilot bojowy jest narażony na większe przeciążenia. Podczas lotu siła mogłaby połamać taki kręgosłup - mówi.

Dziennikarz z przetrąconym kręgosłupem - to nie brzmi najlepiej. Dobrze, że nie moralnym - myślę sobie.

Werdykt: kandydat zdał, ale ledwie i z poprawką

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, A teraz zajmiemy się pana szanownym mózgiem

Migają mi migi

- A teraz zajmiemy się pana szanownym mózgiem - mówi Małgorzata Kamela, starszy technik medyczny zgrabnym ruchem zakładając mi na głowę gustowny czepeczek z siecią elektrod. Mam przejść zaawansowane badanie EEG.

Siadam w wyciszonej i zaciemnionej kabinie, przed nosem mam ekran monitora migający w różne wzorki, a w ręku dżojstik z czterema przyciskami. Początkowo wygląda to jak klasyczne badanie bioelektrycznej aktywności mózgu - urządzenie nagrywa sygnały wysyłane przez mózg w stanie spoczynku i zapisuje jego reakcje na różne bodźce.

Ciekawie zaczyna się robić, kiedy na ekranie pokazują się... różne rodzaje myśliwców. Ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu muszę rozpoznać, czy to F-16 (jak to się fachowo mówi "ef szesnasty"), Mig-29, czy Su-7. Zadanie nie jest łatwe, bo wszystkie samoloty bojowe pokazują się tylko na ułamek sekundy, zdjęcia są zrobione z góry nad identyczną pustynią, a żeby było mi jeszcze trudniej, wszystkie maszyny mają wymalowany ten sam kamuflaż.

- Jezu... to Amerykaniec czy Ruski - przebiega mi przez myśl, a sinusoidy na ekranie EEG wyginają się, jakby je ktoś spierwiastkował w Brukseli. Strzelam że to Su. Za chwilę "nadlatuje" następny - tu mam pewność: F-16. Za nim chyba pół Pikniku Lotniczego w Góraszce. Kiedy wychodzę z kabiny, czuję się, jakbym cały dzień latał o własnych skrzydłach.

- Ale pan te myśliwce pomieszał - żartuje potem spotkany na korytarzu lekarz. Jak na laika to w porządku, ale gdybym po pierwszym roku w Dęblinie zrobił tyle pomyłek, tobym wyleciał, zamiast polatać.

Werdykt: mózg kandydata w normie, zdolny

3
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Pląsanie w oczach

Niebieskie ściany, niebieski sufit, niebieskie drzwi - czy to już niebo dla pilotów? Nie, tak wygląda Pracownia Diagnostyki Narządu Słuchu i Układu Równowagi w WIML-u. Siedzę sobie wygodnie w obrotowym fotelu, kręcę się w prawo i w lewo, kiwam głową zgodnie z uderzeniami taktometru, a przed oczami ganiają mi na monitorze czarno-białe szachownice. Po co to wszystko?

- Musimy sprawdzić, czy u kandydata na pilota nie występuje zjawisko oczopląsu samoistnego - opowiada dr Zbigniew Kaczorowski. To byłoby niesłychanie niebezpieczne - pilot myśliwca z takimi skłonnościami mógłby mieć bowiem problem ze skupieniem wzroku na przyrządach pokładowych i wrogim samolocie podczas lotu równocześnie.

Badania w tej pracowni są postrachem wśród przyszłych asów przestworzy - tu na testach odpada aż jedna trzecia chętnych do Dęblina. Mniej więcej tyle samo wylatuje na badaniach kręgosłupa. Postrachem jest też okulista.

Wyhuśtałem się w bujanych fotelach za wszystkie czasy. Na koniec dr Kaczorowski zrobił mi tzw. próbę Coriolisa. - To badanie skłonności do choroby lokomocyjnej przez wyzwolenie objawów wegetatywnych - tłumaczy naukowiec. Mówiąc prościej, jeśli z odpowiednią częstotliwością pochyla się głowę na boki, a jednocześnie w zgranym rytmie cały czas obraca się fotel, to delikwent czuje, jakby bujał się na wielkiej huśtawce. Całe szczęście, że nie miałem jeszcze w życiu choroby morskiej, bo bym się chyba porzygał - tak kiwało!

Werdykt: kandydat nadaje się na pasażera biernego, a nawet na pilota


Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz,

Golizna na klacie

- Proszę się rozebrać - powiedziała długowłosa brunetka w stroju pielęgniarki i bez ceregieli zaczęła golić mi klatę. Ani pianki, ani kremu, tylko jedzie mi jednorazowym bikiem po kudłach. - Ała! - protestuję. - Elektroda musi się trzymać - wyjaśnia.

Bycie pilotem boli, kolejne badania wyglądają na coraz dotkliwsze. Teraz będzie rejestrowany obraz pracy serca podczas wysiłku. - Po co? Będę sam skrzydłami machać? - pytam. - No, jeszcze mamy gdzieniegdzie silniki! - żartuje major lekarz Rafał Wójcik. A już całkiem poważnie tłumaczy, że latanie "wysokomanewrowymi samolotami odrzutowymi" to nie zwykła przejażdżka, tylko kawał solidnej fizycznej pracy. Wkrótce się o tym przekonałem w wirówce. Na razie bieżnia pomału przyspiesza i zaczyna się wznosić. Z minuty na minutę coraz trudniej. Po półgodzinnym joggingu urządzenie osiągnęło maksa, a ja jeszcze dycham (choć ledwie).

 

- Nie zabiegaliśmy pana!

- Do zabiegania jeden krok - odpowiadam zdyszany.

Werdykt: może latać

4
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Dobrze być trochę psychopatą

Nim udało mi się wreszcie położyć ręce na najciekawszych "zabawkach dla dorosłych chłopców", czyli wirówce przeciążeniowej i symulatorach lotu, musiałem jeszcze przejść badania neurologiczne, dentystyczne, okulistyczne (z topografią rogówki i reakcją na olśnienie włącznie), ortopedyczne, laryngologiczne i audiologiczne. Werdykty - OK.

Gdy pewnego dnia trafiłem do zamkniętych hermetycznie komór: niskiego ciśnienia oraz nagłej dekompresji, gdzie sprawdzano reakcję mojego organizmu na rozhermetyzowanie się kabiny (mówiąc wprost: jakby mi na wysokości 7000 m pękła owiewka w F-16), analizując poziom utlenowania hemoglobiny w krwi obwodowej, pomyślałem sobie, że droga do bycia pilotem jest nie tylko drogą przez mękę, ale przypomina 12 prac Asteriksa, gdzie codziennie trzeba się wykazać maksymalną sprawnością, zręcznością, pomysłowością, refleksem i opanowaniem.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Badanie reakcji na niedotlenienie organizmu po hipotetycznym rozhermetyzowaniu się kabiny odrzutowca na wysokości 7000 m

Chyba najbardziej oryginalna z prac przypadła Asteriksowi do wykonania w pokoju dr Alicji Kamińskiej, psychologa pracy i stresu, która sprawdzała, jak funkcjonuję psychomotorycznie, poznawczo i osobowościowo. Po ponad godzinie rozwiązywania testów na inteligencje, szybkość reakcji, spostrzegawczość oraz odpowiadaniu na liczne podchwytliwe pytania dowiedziałem się, o sobie prawdy:

- Brak zaburzeń osobowości, brak fobii. Typ męski charakterystyczny - rzutki i aktywny ekstrawertyk. Lubi się pokazywać, choć nie ma potrzeby podciągania swojego wizerunku. Nie przewrażliwiony na swoim punkcie. Brak tendencji nerwicowych - mówi mi prosto w oczy filigranowa lekarka.

- Czyli nadawałbym się na pilota F-16? - pytam.

- Raczej tak. Musiałabym jeszcze sprawdzić, czy nie jest pan zbytnio altruistyczny, oraz jaką ma pan odporność i chęć dominacji. Bo prawdę mówiąc, dobry pilot myśliwca powinien być troszkę psychopatyczny. Potrafić zdecydowanie wygrywać i zawsze dostać to, czego chce.

Werdykt: pasażer na medal!

5
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

W sekundę do setki

Drzwi do kapsuły wirówki zamknęły się za mną z metalicznym brzękiem.

- Jestem gotowy.

- Odczyty tętna i oddechu w normie. Daję zgodę na start.

Półtonowa kapsuła wirówki wyrwała jak z procy. To najlepszy "wózek" w mieście! Dwa silniki po 816 koni każdy rozpędzają kabinę do 100 km/h w sekundę. Czuję, że siła odśrodkowa wgniata w fotel. Siedzę sobie elegancko, lekko odchylony do pozycji półleżącej, jak nie przymierzając w Porsche Carrera i czuję się prawie jak pilot. Pod lewą ręką mam manetkę przepustnicy (czyli gaz), w prawej przypominający dżojstik drążek myśliwca. Cały czas muszę trzymać przycisk "fire" - jeśli go puszczę, to znaczy, że zemdlałem - wirówka automatycznie zatrzyma się po kilku sekundach dzięki potężnym hamulcom elektrodynamicznym. Na razie przeciążenie jest symboliczne - 1,5 G, więc raczej mi to nie grozi.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Normalnie wszyscy na ziemi podlegamy działaniu 1 G. Ale w myśliwcach przeciążenia rosną w zawrotnym tempie.

Normalnie wszyscy na ziemi podlegamy działaniu 1 G. Ale w myśliwcach, kiedy niesłychanie szybko się przyspiesza, zwalnia, a w czasie pojedynków z wrogimi samolotami ostro bierze zakręty, przeciążenia rosną w zawrotnym tempie. Około 5 G w czasie lotu bojowego nie jest niczym niezwykłym. Przy ciasnych zakrętach branych z naddźwiękowymi prędkościami dostępnymi dla "efa szesnastego" zdarzają się i przeciążenia 9 G.

Wytrzymać je można tylko dzięki wykonywaniu tzw. manewru przeciwprzeciążeniowego polegającego na napinaniu mięśni w odpowiedniej sekwencji od łydek, przez uda, pośladki, po mięśnie brzucha. Wtedy krew jest zatrzymywana w górnej części ciała i nie odpływa z mózgu. Pomaga w tym też specjalny kombinezon z pompowanymi komorami. Inaczej utrata przytomności jest więcej niż pewna, a niesterowany myśliwiec może uderzyć w ziemię lub stać się łatwym celem dla wrogich rakiet powietrze-powietrze. Większe przeciążenia zdarzają się rzadko - w czasie katapultowania się z F-16 na pilota przez ułamek sekundy działa przeciążenie 20 G. Podobno Robert Kubica, kiedy uderzył w bandę toru w Montrealu, doznał przez mgnienie oka przeciążenia na poziomie 75 G! No, ale kto by chciał wyglądać jak bolid Kubicy.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Wirówkowe ewolucje kandydata pod czujnym okiem płk. Krzysztofa Kowalczuka

- Jak samopoczucie? - pyta przez słuchawki płk Krzysztof Kowalczuk, kierownik Zakładu Szkolenia i Treningu Lotniczo-Lekarskiego.

- Super!

- To jedziemy do 3 G.

Wirówka przyspiesza, a wewnątrz kabiny momentalnie rośnie przeciążenie. Siła wgniata mnie w fotel tak, że czuję, jakby mnie przyspawało do siedzenia. Nie mogę ruszyć ręką ani nogą. Moje ciało ma w tej chwili ciężar ok. 250 kg. Serce pompuje krew jak oszalałe, żeby tylko nie stracić przytomności. Choć przy 3 G to jeszcze nie jest konieczne, zaczynam delikatnie robić manewr przeciwprzeciążeniowy. Na wielkim ekranie plazmowym dla spotęgowania efektu wyświetlana jest scena lotu za drugim myśliwcem. Co zakręt, to rośnie przeciążenie. Wyjście na prostą i przeciążenie spada.

- Lądujemy - słyszę w słuchawkach. Przeciążenie natychmiast spada, a ja czuję, jakby mnie miało wystrzelić z fotela. - Wow! - okrzyk euforii wyrwał mi się w urzędowym języku pilotów F-16.

Pokręcamy tempo

Krótka inspekcja na postoju, czy pacjent żyje, i startuję jeszcze raz. Teraz celem jest osiągnięcie 5 G. Przy takim przeciążeniu często dochodzi już do zaburzeń wzroku (zawężenia pola widzenia - jak w narkozie azotowej zwanej ekstazą głębin). Żeby stwierdzić, kiedy będę odlatywał, płk Kowalczuk puszcza mi na ekran obrazek z trzema kółkami - mam patrzeć w środkowe, a ilekroć dwa boczne zamienią się w kwadraciki dać salwę z działka pokładowego. Jak przestanę reagować na kwadraciki, to znaczy, że odlatuję. Wtedy koniec kręcenia i pora do domu.

Start bez sensacji, cały czas utrzymuje łączność ze sterówką. Lekarze sprawdzają odczyty tętna i oddechu, a na obrazie z kamery oglądają, jak napinam mięśnie i jak bezwiednie pod wpływem przeciążenia rozlewają mi się policzki. Przeciążenie rośnie liniowo, więc z każdą sekundą na każdą komórkę mojego ciała działają coraz większe siły. Cały czas klikam "fire", gdy tylko z kółek robią się kwadraciki.

Przekraczam 3 G. Zaczynam robić manewr przeciwprzeciążeniowy. Z każdą sekundą coraz trudniej złapać oddech. Serce coraz bardziej musi się wysilać, żeby pompować krew do głowy. Puls rośnie jak kurs akcji w czasie hossy. Czuję, jak nierówno poukładane kręgi naciskają na siebie, jak zaczyna mi ciążyć łokieć i obojczyk. Spinam się w sobie, napinam mięśnie tak, że mam nawet względny komfort.

Cały czas małym palcem trzymam jeden klawisz (ten od wykazywania, że jeszcze żyję), a drugim klikam, gdy zmieniają się kształty kropek. "Boże, jakbym miał jeszcze kogoś gonić, zajmować się nawigacją i uważać na obronę przeciwlotniczą, tobym zginął w pierwszym locie" - przechodzi mi przez myśl.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Karuzela marzeń

- Uwaga, lądujemy - słyszę i czuję, jak wirówka zwalnia, a moje ciało traci na wadze prawie 400 kg w ciągu sekundy.

- Jak było?

- Wspaniale!

Ja chcę jeszcze raz

Krótka narada lekarzy z dowódcą i dostaję zgodę. Startujemy jakby raźniej niż poprzednio, przeciążenie z miejsca rośnie jak wściekłe.

Tym razem przed oczami zamiast kropek i kwadracików mam prawdziwą scenerię Dzikiego Zachodu. To "symulowana walka powietrzna" - mój F-16 goni wrogą maszynę przez wijące się kaniony, między górami i rzadkimi lasami. Żadna "Mission Impossible", żadne podniebne wyczyny Gibsona i Schwarzeneggera nigdy nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ten trzyminutowy "lot" z prawdziwymi przeciążeniami nad terytorium stworzonym z grafiki komputerowej w pogoni za wrogą maszyną. W końcu drania nie dopadłem - uciekł mi, kiedy trzeba było zrobić skręt tak ciasny, że przeciążenie wyniosłoby 9 G - a zgodę dostałem tylko do 5 G.

Po wyjściu z gondoli wirówki już wiem, że przegapiłem w życiu coś niezwykłego - że nigdy nie wpadłem na to, żeby zostać pilotem.

- F-16 to pan już nie poprowadzi, ale za jedyne 100 tys. zł można po prywatnej szkole zostać pilotem cywilnym. Nawet boeingów - mówi płk. Kowalczuk.

6
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Zakręcony i wystrzelony

Na razie trenuję na symulatorach lotu, które są dostępne w WIML. Na początek (oczywiście!) lecę

F-16. Jest absolutnie realistycznie. Wnętrze żywcem z myśliwca, tylko zamiast widoków przez owiewkę widok na plazmowy ekran.

- Gotowy?

- Jasne!

- Daję zgodę na start.

Manetkę gazu przesuwam maksymalnie do przodu, zwalniam hamulce i "ef szesnasty" wyrywa jak z procy. Po sekundzie odrywam się od ziemi, chowam podwozie i klapy. Na "pełnym palniku" robię świecę - lecę pionowo do góry aż na 5 tys. m. Tu wypłaszczam lot, zmniejszam gaz na 80 proc. i zaczynam ewolucje. Po krótkim instruktażu wychodzi mi beczka i pętla (prawie).

Najtrudniejsze jest jednak coś, co dla laika wydaje się najłatwiejsze - lot po prostej na stałej wysokości i po zadanym kursie. Co chwila znosi mnie, jakby wiał huragan, a ja leciał kukuruźnikiem. Po kwadransie jako tako zaczynam sobie radzić i z tym. Przychodzi czas na najważniejsze - lądowanie. Wysokość podejściowa w porządku, kurs OK.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Pewny start, twarde lądowanie w kartoflach - tak wyglądała symulacja lotu Irydą

Wypuszczam klapy, wypuszczam podwozie i nagle samolot zaczyna się kompletnie inaczej zachowywać. Próbuję kontrować "na drążku", sterem statecznika tylnego, ale nic mi nie wychodzi. - Za nerwowe ruchy! - słyszę w słuchawkach, ale to ostatnie co usłyszałem - walę w dół jak kłoda i rozbijam samolot i siebie. - Och, jaka piękna katastrofa - pociesza mnie z humorem płk Kowalczuk.

Jestem uparty, więc próbuje jeszcze raz: gaz, klapy, podwozie, nabieranie wysokości. Pętla za lotniskiem i spokojnie podchodzę w osi pasa. Znowu trochę za nerwowo, za dużo gazu i za duża prędkość opadania, siadam nieelegancko, ale się udało! Co prawda połamałem podwozie, ale wylądowałem i żyję!

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, ?Ewakuować Okęcie! Student leci Mewą w stronę pasa. Kraksa jest pewna!?

- Dobre lądowanie to takie, po którym pilot może wyjść z samolotu o własnych siłach. Bardzo dobre, to takie, po którym samolot może jeszcze polecieć - mówi płk Kowalczuk.

No, to trzecie podejście. Gaz, klapy, podwozie - wszystko ustawiam już niemal odruchowo. Podejście do lądowania dobre, utrata wysokości w normie, kierunek zgodny, "będzie dobrze" - myślę sobie i pewnym ruchem sadzam maszynę na pasie. Dotykam kołami do ziemi, a tu samolot jak mi nagle nie skręci! Znów coś pomyliłem. Ale jestem na ziemi, z całym podwoziem, choć wywaliło mnie z pasa na trawę. Uff - nawet samolot jeszcze by poleciał. No, trzeba go tylko umyć z resztek murawy...

Ten cholerny Coriolis

Startuję jeszcze raz, mam zobaczyć na czym polega "dezorientacja przestrzenna". "Rąsia, drążek, kółka, klapy" - mruczę sobie pod nosem, odpalam w górę i wchodzę dokładnie na kurs i wysokość zadane przez prowadzącego mnie płk. Kowalczuka.

- Proszę na transponderze ustawić 1, 1, 1, 1 i wcisnąć potwierdzenie - instruuje mnie.

Transponder to po prostu cztery gałki z cyferkami. Ustawiony kod ma pomóc w identyfikacji maszyny w powietrzu przez kontrolę lotu. Pochylam głowę, ustawiam, wysyłam - wszystko gra.

Zaczynam czuć się dość pewnie za sterami i nawet trochę chojrakuję - a to zrobię beczkę, a to ciasno skręcę raz za razem. Typowa pewność ruchów nowicjusza.

- Transponder na 7, 7, 7, 7 - słyszę w słuchawkach. Pochylam się do gałek, a tu jak mi się nagle nie zakręci w głowie! Ale jak! Gałki transpondera wirują przed gałkami ocznymi, samolot leci gdzie chce, a ja nie wiem, jak się nazywam i kiedy się tak upiłem! W słuchawkach słyszę salwy śmiechu.

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, ?Kto mi dał skrzydła? chciałoby się zapytać po zawrotach głowy w symulatorze F-16

- Zakręciło, prawda?

- Na cccałłego - dukam, jeszcze nie rozumiejąc, jak można tak odlecieć w ułamku sekundy bez żadnego drinka.

- To Coriolis - mówi enigmatycznie prowadzący o zwalającym z nóg efekcie.

Okazało się, że od kilku minut moja zamknięta na ślepo kabina symulatora kręciła się niczym samolot w podstępnym korkociągu. System dla zmyłki nie pokazywał tego na ekranie. Póki trzymałem głowę prosto, błędnik sobie radził i wszystko było w porządku - w ogóle nie czułem, że wiruję. Kiedy pochyliłem głowę, jeden z kanałów półkolistych błędnika został poddany działaniu "tajemniczej" siły Coriolisa powstającej przy ruchu obrotowym i błędnik zwariował!

- Takie rzeczy mogą się zdarzyć w powietrzu przy ciasnym skręcie na dużej prędkości. Tu uczymy pilotów, jak się przed tym bronić - mówi Kowalczuk.

7
fot. Marzena Hmielewicz fot. Marzena Hmielewicz

Pół granatu pod dupą

- A ja uczę, co zrobić, jak się wyjście z korkociągu nie uda - mówi Andrzej Majcher i sadza mnie nazajutrz w fotelu z katapultą.

Strzelanie się, czyli katapultowanie z samolotu, jest ostatecznością. Oznacza utratę maszyny i konieczność przetrwania w przypadkowych warunkach do przybycia pomocy (a może to być morze, terytorium wroga, wysokie góry), ale też komplikacje zdrowotne - podczas odpalania przez ułamek sekundy na pilota działa przeciążenie 20 G! Jest tak potężne, że przyłbica na kasku opada sama (zasłaniając oczy przed odłamkami tłuczonego szkła owiewki albo kryształkami lodu rozpędzonymi do 1000 km/h), a kręgosłup zwija się w chińskie "rz".

- Pilot po katapultowaniu się na ogół żyje, ale rzadko lata - mówi płk Kowalczuk. Dlatego próbne strzelania prowadzone są przy przeciążeniu ok. 3,5 G. Siadam więc wygodnie w fotelu, zakładam kask za 60 tys. zł (!) i grzecznie słucham instrukcji. Przyjmuję prawidłową pozycję - głowa oparta o zagłówek, ręce skrzyżowane na piersiach, brzuch i plecy napięte - i krzyczę: "gotowy!". Nagle strzał, huk i wyrywa mnie z kabiny razem z fotelem w ułamku sekundy ze cztery metry w górę.

- O ja pierniczę - wyrywa mi się.

- Wrażenie, jakby pół granatu wybuchło pod dupą, co? - komentuje Andrzej Majcher.

- Nie. Jakby cały!

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Szkolenie obejmuje też zajęcia z latania w goglach noktowizyjnych i nocny trening nad makietami

Śmierć z ręki mistrza

W ciągu następnych kilku dni "latałem" jeszcze helikopterem w goglach noktowizyjnych (jak w dzień!) i rozbiłem odrzutową Irydę (piękna katastrofa, ale też raz posadziłem ją na pasie). Na koniec usiadłem za sterami symulatora Mewa - małego, zgrabnego dwusilnikowego samolotu turbośmigłowego. Przyzwyczajony już do startu odrzutowcami (jak to się łatwo przyzwyczaić do dobrego!) nie mogłem się doczekać, kiedy już mewka odklei się od pasa. Pierwsza próba lądowania i oczywiście dzwon na całego - rozmlaskałem się na pół Okęcia.

- To wyższa szkoła gotowania na gazie - próbuje mnie z humorem podtrzymać na duchu Majcher.

Druga próba i znowu kraksa (choć już naprawdę niewiele brakowało). Przy trzecim podejściu tak się napiąłem, że mimo dramatycznego majtania skrzydłami w ostatniej chwili jednak jakoś mi się tę awionetkę na Okęciu posadzić udało (choć prawie w poprzek pasa!).

- Uff! - sapnąłem i otarłem obfity pot z czoła. - Udało się.

- Taaa... - odparł Andrzej Majcher. - Ale proponuję nie otwierać drzwi do przedziału pasażerskiego. Mogą być rozruchy!

- Czy po takim lądowaniu w prawdziwych warunkach przeżylibyśmy - pytam go.

- Ja tak. Pan raczej nie. Zabiłby pana instruktor!

Mój pierwszy raz: prawie jak pilot F-16, mój pierwszy raz, Sięgaj gdzie wzrok nie sięga

Bardzo dziękuję kierownictwu i pracownikom Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej za możliwość przejścia badań dla pilotów

Informacje o badaniach lotniczych i treningu w WIML-u dostępne są na stronie www.wiml.waw.pl

8

Zobacz też na Logo24:

Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: skoczyłem z 220 metrów, Mój pierwszy raz. Skoczyłem z 220 metrów: "spadam, szumi, czas stoi. Skały coraz bliżej..."

Mój pierwszy raz: strzelałem z legendarnym snajperem Navy SEALs

broń, mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: strzelałem z legendarnym snajperem Navy SEALs, Chris pokazuje mi pozycję strzelecką Navy SEALs

Mój pierwszy raz: misja Rosomak

mój pierwszy raz, Mój pierwszy raz: misja Rosomak, Rosomaki

Ćwiczenie: w niewoli Talibów

survival, mój pierwszy raz, Ćwiczenie: w niewoli Talibów

9
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz