Gwiazda Logo: Wojtek Mazolewski

Michał Karpa
Wojtek Mazolewski to jazzman młodszego pokolenia, który w cyfrowych czasach tęskni za analogową przeszłością.
fot. Maciej Zienkiewicz fot. Maciej Zienkiewicz

Dossier: Wojtek Mazolewski

Rocznik 1976. Naukę gry na kontrabasie rozpoczął w 1991 r. u prof. Leszka Kaufmana. Z wykształcenia jest również pracownikiem socjalnym. Żadnej pracy się nie boi - zanim profesjonalnie zajął się muzyką, dorabiał w stoczni i na budowach. Z uśmiechem na twarzy powtarza: chcieć to móc. Debiutował jako nastolatek w punkowych kapelach, dziś jest jedną z najważniejszych postaci sceny jazz-rockowej i improwizowanej. Koncertował w Europie, Ameryce Północnej i Południowej, Afryce i Azji.

Dyskografia

Iwan Groźny, Inaczej, Inżynier Kaktus, Niebieski Lotnik, Arhythmic Perfection, Paralaksa, Bassisters Orchestra, Freeyo... Lista zespołów, w składzie których pojawia się nazwisko Mazolewski, zdaje się nie mieć końca. Zanim jednak dotrzesz do nagrań tych nieco zapomnianych grup, zapoznaj się z dyskografią najważniejszych projektów artysty: Pink Freud, Wojtek Mazolewski Quintet oraz - po prostu - Wojtek Mazolewski.

PINK FREUD

2001 - Zawijasy

2002 - Live in Jazzgot (album koncertowy)

2003 - Sorry Music Polska

2005 - Jazz fajny jest (remiksy oraz zapis koncertu)

2007 - Punk Freud

2008 - Alchemia (album koncertowy)

2010 - Monster of Jazz

2012 - Horse & Power

WOJTEK MAZOLEWSKI QUINTET

2011 - Smells Like Tape Spirit

2011 - Wojtek w Czechosłowacji

WOJTEK MAZOLEWSKI

2008 - Grzybobranie

Poza tym napisał muzykę do filmów, spektakli teatralnych, a ostatnio ścieżkę dźwiękową do audiobooka "Blade Runner" w reż. Krzysztofa Czeczota. Jak sam mówi, lepiej operuje gitarą niż słowem, dlatego po przeczytaniu tego wywiadu odwiedź strony internetowe www.mazolewski.com oraz www.pinkfreud.art.pl, żeby posłuchać muzyki!

1
fot. Maciej Zienkiewicz fot. Maciej Zienkiewicz

Kilka słów o... modzie

Mówi się, że jesteś najlepiej ubranym człowiekiem w polskim jazzie.

Ubrania dobieram naturalnie i spontanicznie. Miło, że mój styl sprawia innym przyjemność. Ale z szacunku dla kolegów raczej tak o sobie nie myślę. Po prostu chcę, żeby osoby w moim otoczeniu czuły się komfortowo - zarówno publiczność, dla której gram, jak i znajomi, którzy odwiedzają mnie w domu. Od najmłodszych lat lubię obserwować świat i lubię, kiedy wygląda dobrze. Fascynuje mnie malarstwo, kiedyś nawet myślałem, żeby kształcić się w tym kierunku. Życie potoczyło się inaczej, robię muzykę.

Firma odzieżowa Rage Age chwali się, że jesteś jej stałym klientem. Nie protestujesz, kiedy marka podpiera się promocyjnie twoim nazwiskiem?

Protestowałbym, gdyby robiła to bez mojej wiedzy. Jeśli mogę komuś pomóc na uczciwych zasadach, z chęcią to robię. Znam stojącego za Rage Age Rafała Czapula, warto wspierać go słowem i pozytywną energią. Mam namacalne dowody, że jego ubrania to światowy poziom. Wiele osób za granicą pytało o skórę, którą noszę, zaprojektowaną właśnie przez Rafała. Miło odpowiedzieć, że to polska marka.

Cieszy mnie, że nasza moda awangardowa odnosi coraz większe sukcesy. Fajnie, że można ją kupić w concept store'ach, design shopach czy po prostu w internecie. Powinniśmy bardziej doceniać projektantów, by rynek się rozwijał. Tworzenie autorskich kolekcji to ciężki kawałek chleba. Znam ludzi, którzy projektują od lat, a nadal funkcjonują w głębokim offie. Zresztą od najmłodszych lat przerabiałem ubrania, co nasiliło się w punkowych czasach, kiedy jeszcze ciężko było o ciuchy.

Naszywki, agrafki, spreje i szablony?

Produkowaliśmy swoje koszulki, naszywki, kapsle... Nadal mam niektóre z tych rzeczy. Co ciekawe, ich jakość jest naprawdę niezła. Stara "papa", czyli skóra, w której wciąż chodzę, wygląda jak kilkanaście lat temu. Jest po prostu niezniszczalna (śmiech). W przeciwieństwie do ciuchów dostępnych w sklepach dzisiaj. Jeśli będę robił coś w tym kierunku w przyszłości, chciałbym, żeby miało to taką jakość.

Kiedy rozmawiamy, w Poznaniu trwa Art & Fashion Festival, podczas którego poprowadzisz warsztaty Fashion Sounds.

Moim zadaniem, o ile dobrze zrozumiałem, jest pokazanie związków między modą a muzyką. Ten romans trwa od dawna. Zamierzam podejść do tematu bardzo intuicyjnie. I pokazać, że oba światy zawsze na siebie oddziaływały - raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem, czego dowodzą choćby zmiany wizerunku Milesa Davisa. Były lata, gdy wyglądał naprawdę świetnie, jak spod igły, ale miał też moment, kiedy odleciał w "sindbady". Co najśmieszniejsze - wtedy sądził, że jest bardzo stylowy.

Lata 80. dobitnie uzmysłowiły, że bezrefleksyjne podążanie za sezonowymi trendami nie popłaca i bycie modnym może być niezdrowe. Oglądając przerysowane kreacje z przeszłości albo stare zdjęcia, trzeba mieć wiele litości. Dla siebie również (śmiech).

Jak po kilku latach odbierasz okładkę płyty "Grzybobranie", na której wyglądasz zupełnie inaczej niż obecnie [czarne tło, zbliżenie twarzy; wąsaty Wojtek spogląda zmęczonym wzrokiem - przyp. red]?

Wyglądam jak stary grzybiarz (śmiech). Ale dobrze, że o tym wspominasz. Zazwyczaj mam pomysł na graficzną oprawę albumu, jednak lubię korzystać z pomocy zaprzyjaźnionych, uzdolnionych artystów, takich jak Adam Kamiński, autor większości naszych okładek. To jedno z nielicznych zdjęć, do których - muszę przyznać - nie mam sympatii. Moja koncepcja była inna, chciałem ją oprzeć na barwach zielonej i niebieskiej. Pomysł zainspirowały kolory wygodnej bluzy, którą uszyła kiedyś dla mnie Joanna Werc. Ale jeszcze go zrealizuję, przy okazji reedycji albo drugiej części "Grzybobrania" - na pewno się ukaże! Swoją drogą, mniej wtajemniczonym podpowiem, że tytuł płyty nawiązuje do "Winobrania" Zbigniewa Namysłowskiego.

Takich nawiązań i gier słownych jest na twoich płytach mnóstwo. Wystarczy spojrzeć na dyskografię Pink Freud. Nazwa zespołu, tytuł albumu "Sorry Music Polska" albo poszczególne utwory, jak choćby "Dziwny jest ten kraj".

Odniesienia pozwalają wzbogacić naszą muzykę o twórcze interpretacje słuchaczy. Nazwy Pink Freud nigdy nie starałem się wyjaśniać, pozostawiając kreatywnym odbiorcom pole do popisu. To zaowocowało wieloma wspaniałymi pomysłami. I owocuje do dziś. Np. w wakacje graliśmy na festiwalu w Belgii. Zajmowała się nami wolontariuszka, na co dzień pracująca w policji. Kiedy odwoziła ekipę na lotnisko, zapytała, co oznacza Pink Freud. Poprosiliśmy, żeby sama spróbowała sobie odpowiedzieć. Po chwili usłyszeliśmy dwa słowa: filozofia miłości. To było piękne - cieszę się, że możemy tak inspirować. Czego chcieć więcej (śmiech)?

2
fot. Maciej Zienkiewicz fot. Maciej Zienkiewicz

O muzyce i podróżach

A co kryje się za hasłem "Sorry Music Polska"?

Tu mamy oczywiście kontekst bardziej lokalny: że niby tacy niezależni jesteśmy, że śmiejemy się z dużych wytwórni, z polskiej muzyki i samych siebie. O jego międzynarodowej sile przekonałem się podczas festiwalu w Portugalii. Ludzie przychodzili z egzemplarzem płyty, prosili o autografy i mówili, że choć nie znali naszej muzyki - kupili ten album, bo spodobał im się tytuł.

Jest jakaś magia w tym, że tak a nie inaczej dobieramy słowa. Ja to chyba miałem zapisane w gwiazdach. Kiedy podchodziłem do bierzmowania, wpadła mi w ręce książeczka opisująca znaczenie imion, z której się dowiedziałem, że Wojciech symbolizuje wojownika przynoszącego radość. Choć imienia nie wybierałem, identyfikuję się z nim w stu procentach. Wierzę w siłę słowa. Ale nie jestem jego mistrzem, wolę wyrażać się poprzez muzykę. Dlatego serdecznie zapraszam na nasze koncerty.

...I do sklepów płytowych, gdzie poza albumami Pink Freud można znaleźć dwie płyty kwintetu. Drugą nagraliście w ciągu trzech godzin. Dlaczego więc prace nad debiutem trwały aż trzy lata?

Długo kompletowałem zespół. Koledzy palili się do zarejestrowania materiału wcześniej, ale tonowałem ich zapał. Chciałem nagrać go na jak największym luzie. Żeby brzmiał naturalnie, jak swobodny oddech. Ten zespół miał otwierać nowy rozdział, stanowić wyraźny kontrapunkt dla muzyki Pink Freud. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że zadowala mnie ostateczny efekt, udało się uchwycić energię, która panowała w zespole w tamtym okresie.

Wspomniałeś o Belgii i Portugalii, ale grywaliście również poza Europą. Po powrocie z Japonii mieliście zamontować sobie podgrzewane deski sedesowe.

Ja nie dotrzymałem obietnicy (śmiech), a skończyłem już remont. Ale kolega z zespołu jest w trakcie, może kupi sobie takie cudo. W sumie to on pierwszy wybiegł z toalety z okrzykiem "Eureka!" na ustach.

O ile muzyka improwizowana w Japonii cieszy się estymą, o tyle Indie, gdzie też koncertowaliście, nie kojarzą się raczej jako mekka jazzu.

Muzyka jest uniwersalnym językiem obieranym na poziomie emocji i energii. Zrozumiałym w każdym zakątku świata. Pink Freud stale koncertuje poza Polską i jest bardzo dobrze przyjmowany. Wyjazd do Indii był zaś chrztem bojowym dla kwintetu. Promotorzy, którzy mieli doświadczenie w prezentowaniu tam kultury zachodniej, ostrzegali nas przed różnymi sytuacjami. Żebyśmy się nie dziwili, kiedy publiczność będzie wychodzić albo kiedy podczas recitalu fortepianowego ktoś poprosi pianistę, by grał głośniej. To wynika z innego rozumienia sztuki. Panta rhei - dla tych ludzi "wszystko płynie".

Zastanawiałem się, jak w tym kontekście wypadnie nasz koncert. Przyjęcie mieliśmy bardzo ciepłe, pojawił się filmik relacjonujący imprezę - rozpoczynała i kończyła go nasza muzyka. Niedawno przyszło kolejne zaproszenie. Zaproponowano nam współpracę z hinduskimi artystami w celu stworzenia czegoś na kształt uniwersytetu muzycznego. Bardzo lubię, kiedy owocem wyjazdów - poza wspomnieniami - jest trwalszy ślad. Cieszy mnie, że dotyczy to kraju, o który zahaczają moje poszukiwania duchowe.

Jakbym słyszał Johna Lennona.

(śmiech) Po wszystkich koncertach wynajęliśmy samochód i ruszyliśmy do Rishikesh w poszukiwaniu duchowych przygód, podobnie jak kiedyś Beatlesi.

To były hinduskie przyjemności dla ducha, a co z tymi dla podniebienia? Jeśli ja miałbym wrócić do Indii, to właśnie ze względu na kuchnię.

Mam bardzo odważny zespół, co przejawia się w działaniach artystycznych, ale i rock'n'rollowych przygodach na trasie, między innymi w gotowości do odkrywania nowych, ekstremalnych smaków. Wszyscy radzili nam unikać restauracji dla tubylców. Trzymaliśmy się tego może przez trzy dni. Potem zatrzymywaliśmy się w przydrożnych budach, gdzie jedli tylko miejscowi i higiena pozostawiała wiele do życzenia. Jeśli będziesz zwracał uwagę na niedomyte filiżanki, nie przeżyjesz prawdziwej przygody.

Prawdziwą przygodę możesz przeżyć chwilę później - w toalecie.

Okazało się, że jedynym efektem ubocznym była dobra energia w dużej ilości. Pozwoliła nam na długie wycieczki w Himalaje, granie i medytację.

Czego jeszcze uczą podróże?

Czuję, że każdy z takich wyjazdów uczy mnie czegoś o samym sobie. Umiejętności doświadczania, cierpliwości. Zrozumiałem to, kiedy z Pink Freud pojechaliśmy do Ameryki Łacińskiej. Ta podróż mocno mnie zmieniła. Poczułem, że muszę tam wrócić - i dwa lata później się udało. Zrobiliśmy miesięczną trasę, zahaczając o Meksyk, Peru, Chile i Argentynę. Wyłączyłem telefon, w ogóle wyłączyłem się z życia w pośpiechu. Przykład? Poszliśmy do restauracji, złożyliśmy zamówienie i przez 40 minut czekaliśmy na wodę, chociaż kelnerka przechodziła obok nas, wesoło się uśmiechając. Na początku takie rzeczy mnie irytowały, ale wrzuciłem na luz.

[W tym momencie zawiesił się dzwoniący iPhone Wojtka]

Odkąd umarł Steve Jobs, nic w iPhonie nie działa. Panta rhei...

Okoliczności same narzucają pytanie. Urządzenia mobilne przeszkadzają czy pomagają w pracy artysty?

Bardzo intensywnie wykorzystuję telefon i laptopa. Zawsze mam je pod ręką, bo nie wiem, kiedy jakiś ciekawy pomysł przyjdzie mi do głowy. Co roku zapisuję w komputerze kilkaset krótkich szkiców: zaśpiewaną melodie, motyw zagrany na basie, kiedy indziej bardziej rozbudowany fragment. Nie da się więc ukryć, że pomagają.

3
fot. Maciej Zienkiewicz fot. Maciej Zienkiewicz

O korporacjach i kaszy jaglanej

Twoją domeną jest jednak muzyka analogowa. Płytę "Smells Like Tape Spirit" nagraliście, korzystając z magnetofonu szpulowego i lampowej konsolety. Czy format MP3 jest w ogóle akceptowalny dla jazzmana?

Nowe technologie można kreatywnie wykorzystywać. Akceptuję empetrójki oraz inne formy nowego życia muzycznego. Jednocześnie kompetentnie informuję odbiorców, w jaki sposób, w jakich warunkach i formatach najlepiej zabrzmi moja muzyka. Chcę, żeby odpowiadała estetycznym oczekiwaniom współczesnych słuchaczy, a jednocześnie miała korzenie w tradycji. Inspiracje czerpię z "analogowego" okresu, bo wtedy muzyka była najbliżej ludzi - dosłownie i w przenośni. Doceniano artystyczne, wielominutowe kompozycje, o czym świadczą wysokie miejsca Pink Floyd czy Led Zeppelin na listach przebojów. Gdyby te zespoły debiutowały dziś, nie miałyby na szans się wybić. Również w aspekcie technicznym ich piosenki były najbliżej ludzi: nagrywano je na taśmę, w zwykłym stereo i normalnym studio, nie stosując wielu efektów. Wszystko było organiczne. A my za chwilę będziemy mieć swoje awatary.

Kupujesz empetrójki?

Tak, muszę się uderzyć w pierś. Jestem w gorącej wodzie kąpany i jeśli jakiś album, na który bardzo czekam, ukazuje się najpierw w formacie MP3, od razu go ściągam. Oczywiście za pieniądze. Kiedy następnie wychodzi na CD - nabywam płytę. A jeżeli jeszcze później pojawia się wersja na winylu, inwestuję również w czarny krążek. Nie obrażam się na fakt, że muzyka jest publikowana w wielu formatach. Jestem jednak przekonany, że rynek dystrybucji musi się zmienić.

W jaki sposób?

Zespoły będą bardziej samodzielne i nie będą potrzebowały wielkich wytwórni.

W pewnym sensie udowodnił to już Radiohead, udostępniając/sprzedając album i poszczególne utwory w sieci.

Nasza płyta "Smells Like Tape Spirit" na początku też została wydana bez pomocy wytwórni. Dopiero później uznaliśmy, że trzeba połączyć siły z labelem i zaoferować ludziom możliwość zakupu albumu na wszystkich nośnikach. Rozwój technologii zmienia rynek. Wielu muzyków ma domowe studia, może szybko przelać pomysły do komputera, a następnego dnia udostępnić je słuchaczom. Jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić, że odbiorca będzie jarać się muzyką swojego ulubionego artysty tuż po powstaniu utworu, niemal w czasie rzeczywistym.

Zresztą dotyczy to również pozamuzycznych poziomów, na których odbywa się bezpośrednia interakcja z fanami: portali społecznościowych czy limitowanych, robionych niekorporacyjnie gadżetów. Wytwórnie działają jak olbrzymie, powolne tankowce, a komunikacja z fanami wymaga zwrotności i prędkości łodzi motorowej.

A kiedy tak nie pędzisz, gdzie szukasz chwili oddechu? Na łonie natury czy potrafisz odpocząć, nie opuszczając miasta?

Uwielbiam kontakt z dziewiczą naturą - ładuję się energetycznie, a przy okazji wyciszam i koncertuję na najważniejszych rzeczach. Ale zazwyczaj odpoczywam w domu w Gdańsku. Wstaję rano, robię kaszę jaglaną - to druga po muzyce dobra rzecz, jaką dzielę się ze światem. Polecam ją zarówno kolegom rock'n'rollowcom, jak i spokojnym koleżankom. Tym pierwszym mówię, że działa jak najlepsza używka i daje mnóstwo energii, tym drugim - że pomaga kontrolować wagę i utrzymać talię osy (śmiech).

Po śniadaniu czytam, ostatnio pochłaniają mnie książki muzyczne, które obalają wiele mitów. Porównując biografie Franka Sinatry i Keitha Richardsa, mogę powiedzieć, że gitarzysta Stonesów wcale nie był takim ostrym zawodnikiem, jak mu się wydaje (śmiech).

Wspomniałeś o rodzinnym Gdańsku, czujesz się lokalnym patriotą?

Kocham Trójmiasto, uwielbiam żyć przy morzu. Dzięki temu zawsze mam poczucie, że mogę wsiąść na statek i odnaleźć nowy ład.

Ale Warszawę też lubisz. Przynajmniej takie mam wrażenie, słuchając numeru "Warsaw" z płyty "Monster of Jazz" Pink Freud.

Jestem jednym z niewielu artystów, którzy pokochali stolicę, kiedy była jeszcze brzydka i bardzo nielubiana. Poznałem wielu grafików, projektantów, muzyków, z którymi zacząłem współpracować ponad 10 lat temu. Bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem, poczułem jak w domu. Dziś to uczucie przyjemnie okrzepło.

Warszawa niesamowicie wypiękniała, przeżywa chyba najlepszy okres - przynajmniej od czasów, które ja pamiętam. I w końcu tętni życiem. To wspaniałe, że ludzie w końcu wyszli do siebie. Możesz wyskoczyć na plac Zbawiciela, Powiśle czy Chłodną i poczuć się jak w Lizbonie czy Londynie. W ciągu paru chwili dowiedzieć się, co się dzieje, nawiązać nowe znajomości.

Po "aferze koncesyjnej" może być trudniej.

To niedopuszczalne! Dlaczego jakiś krawaciarz, któremu nie podoba się imprezowe życie miejskie, ma decydować o zamknięciu działających uczciwie lokali, krzewiących przy okazji kulturę? Konsekwencje powinien ponieść na wyborach. Nawet jeśli wystartuje na kierownika przedszkola, bo rodzice będą mieli obawy, że zabierze dzieciom zabawki.

Artystyczna Chłodna 25 miała - i na szczęście jeszcze ma - inny profil niż hipstersko-imprezowe PKP Powiśle. Ale i na Powiślu toczy się życie twórcze, przychodzą ciekawi ludzie. Można wymienić opinie, nawiązać współpracę, dowiedzieć się wielu rzeczy, o których nie informują media. Wielokrotnie wpadałem tam, żeby pogadać, pijąc przy tym sok albo wodę...

Sok albo wodę?

Miałem czas, kiedy nie przyjmowałem żadnych używek, to było bardzo ciekawe doświadczenie (śmiech). Ale będąc muzykiem prowadzę rock'n'rollowy tryb życia. Potrafię rozkręcić niezłą imprezę i się dobrze zabawić. Zachowując oczywiście zdrowy rozsądek!

Dziękujemy salonowi muzycznemu Riff przy pl. Konstytucji 5 w Warszawie za użyczenie rekwizytów do zdjęć.

4