Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli

Zbigniew Pendel
- Gdzie są moje nogi!? - ta myśl pomieszana z odrobiną strachu kołatała mi się w głowie gdzieś
koło 75. tyczki. A miałem do przejechania jeszcze 13 bramek najdłuższego slalomu giganta w Europie. Przejechałem jeszcze parę metrów siłą rozpędu. Wyrżnąłem o stok i wpadłem w pomarańczową siatkę zabezpieczającą trasę. A meta wciąż była przede mną.
fot. Tomasz Wawer fot. Tomasz Wawer

Prawie alpejczyk

Kiedy zaproponowano mi kilkudniowy wyjazd na włoskie stoki, pomyślałem, że to będzie fajna, bezbolesna wyprawa. Na nartach szusuję od małego (choć przez ostatnie sezony na jednej desce). Stoki alpejskie - od Francji przez Szwajcarię po Austrię - mam zaliczone. Głównie niebieskie i czerwone trasy, choć czasem orałem też półpługiem czarne.

Zawodnicy przez całą trasę zgięci wpół, odbijające się od czubków nart i rąk tyczki, bryzgi śniegu spod nart przysypujące kibiców.

Od dziecka uwielbiałem oglądać w telewizji zawody narciarskie. I miałem dwóch idoli: geniusza zjazdu na krechę Pirmina Zurbriggena ze Szwajcarii i Marca Girardellego, Austriaka jeżdżącego w barwach Luksemburga, mistrza wszystkich narciarskich odmian.

Tak to już jest w tym wieku, że jedni chcą być gwiazdami rocka, inni znanymi aktorami. Ja w latach 80. chciałem być Girardellim - choć na osiedlowych górkach jeździło się wtedy na reglach 18, a buty Kasprowe mocowało się do nich przedpotopowymi wiązaniami Junior ze specjalną sprężyną z tyłu.

We Włoszech dotknąłem marzenia. A już chwilę potem przekonałem się, jak bardzo jest ono nieosiągalne. O tym, że pojadę w niemal profesjonalnym slalomie gigancie, dowiedziałem się jeszcze przed wyjazdem. Raz kozie śmierć, w telewizji nie wygląda to groźnie.

Trochę teorii: slalom gigant to jedna z konkurencji narciarstwa alpejskiego. Trzeba przejechać trasę wyznaczoną bramkami. W gigancie składają się one z dwóch par tyczek, między którymi, na wysokości 1 m, rozpięta jest płachta. Każda bramka ma płachty tego samego koloru, na zmianę: czerwone i niebieskie. Charakterystyczny jest układ bramek, który wymusza skręty o długim i średnim promieniu. Aha, klasyczny slalom gigant musi być przeprowadzony w dwóch przejazdach. Mnie czekał tylko jeden. Na papierze łatwizna.

Miało być tak. Czwartek: wyłączam komputer w pracy. Piątek rano: ładujemy sprzęt i lecimy do Włoch. Poniedziałek: powrót. Lekko, łatwo i przyjemnie. Zamierzony efekt? Zadowolony, opalony, wyjeżdżony i wypoczęty wracam do komputera. Ten mało misterny plan prawie udało się zrealizować. Ale prawie robi różnicę.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Gardenissimafot. Tomasz Wawer

Tyrolska mekka

Włoskie Dolomity to góry po prostu ładne. Słońce i śnieg nadają im brązowo-białe barwy. Lekkie i zgrabne, ale potężne. My zmierzaliśmy do Południowego Tyrolu - Südtirolu, zwanego także Alto Adige (Górną Adygą). Dwie nazwy? Tam to nic szczególnego. Na ulicy ludzie rozmawiają po niemiecku i włosku. Rzadko usłyszymy tu niemieckie Guten Tag czy włoskie Buongiorno. Tu się wita ladyńskim Benuni Gherdeina. Taki dwunarodowy tygiel, bo cały Południowy Tyrol to kultura, kuchnia i architektura powstała z wpływów germańskich i romańskich z domieszką własnego, lokalnego charakteru. Stąd jest najsłynniejszy himalaista, pierwszy zdobywca 14 ośmiotysięczników Reinhold Messner. Pytany kiedyś, czy czuje się Austriakiem czy Włochem, uznał kwestię za absurdalną. On przecież pochodzi z Południowego Tyrolu!

Val Gardena to miejscowa mekka narciarstwa. Ponad 80 wyciągów i 175 km tras daje szansę poszaleć, pokręcić się i zabawić. Ale też poczuć prawdziwy smak narciarstwa. I nic dziwnego, skoro co roku na tutejszych stokach ścigają się zawodowcy - uczestnicy narciarskiego Pucharu Świata.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Gardenissimafot. Tomasz Wawer

Jest w tej miejscowości jeszcze coś specyficznego - słynna Sella Ronda, czyli górska "karuzela" z zapierającymi dech w piersiach widokami. To kompleks wyciągów i tras, który otacza górski masyw Sella. Jak masz chęci i siły, możesz objechać go na nartach dookoła. Wjeżdżasz wyciągiem i zjeżdżasz stokiem, wjeżdżasz i zjeżdżasz... I to w obie strony.

Ci, którzy próbowali, mówili, że wrażenia są piekielne. Obierasz kierunek, jedziesz, szusujesz, kręcisz deskami i po kilku godzinach znajdujesz się w miejscu startu. Tyle że kompletnie wyzuty z sił. Na całej Sella Rondzie do wyboru są trasy łatwiejsze i trudniejsze, można ją polecić niemal każdemu. Nam starczyło czasu i sił na mały fragment karuzeli - program pobytu w Val Gardenie był napięty, a stres przed zawodami robił swoje. Z każdą godziną przybliżającą start mniej się chciało jeździć.

Ceny? Zależy od miejsca i ośrodka. Dobowy karnet dla 1 osoby kosztuje 37 euro. Za ski-pass na 6 dni jazdy zapłacisz maksymalnie 187 euro.

1
fot. studiogi/Shutterstock fot. studiogi/Shutterstock

Trening treningiem, ale ten Speck!

Speck, czyli szynka sprzed pół roku

W sobotni poranek nadszedł czas, najpierw na próbę. Od organizatorów dostaliśmy narty. I tu niespodzianka: wolę narty krótkie, mocno carvingowane, a te, które otrzymałem, były raczej race'owe, z szerszą talią, dłuższe i mniej zwrotne. To były zresztą specjalne deski, produkowane w serii limitowanej, całe czarne z delikatnymi białymi ornamentami i nazwą regionu wypisaną na czubach i tyłach.

Tak wyposażeni dostaliśmy się na popularny stok Seceda. Najpierw kolejką, a potem wyciągiem dotarliśmy do górnej stacji. Pięknie. Pierwsze szusy. Nadal pięknie. Narty prowadzą się nieźle, tną śnieg łukami nieco szerszymi, niż lubię, ale mam je pod kontrolą. Wciąż jest pięknie.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Dziko i słodko - stek z jeleniafot. Tomo Jesenicnik /Shutterstock

Po kilku zjazdach obiad w górskiej chacie Daniels Hutte. Pycha! Kuchnia Val Gardeny, tak jak cała kuchnia Południowego Tyrolu, zawdzięcza swój smak - nietrudno zgadnąć - gastronomicznej mieszance. Dania są po niemiecku sycące, ale jednocześnie z włoska wyrafinowane. Sztandarową potrawą jest Speck - wędzona, niezbyt słona szynka. Uwaga! Dojrzewa ponad 22 tygodnie w krystalicznie czystym powietrzu Dolomitów.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Schlutzkrapfen - pierożki po tyrolskufot. Joe Gough/Shutterstock

Albo Schlutzkrapfen - rodzaj pierogów podobnych do ravioli, najczęściej wypełnionych nadzieniem ze szpinaku, ziół, twarożku lub ricotty. Robi się je z mąki pszennej i razowej lub żytniej. Najlepiej - choć nie najzdrowiej - polać je obficie masłem i posypać parmezanem. Palce lizać! Na stołach królują też sery, włoskie pasty i gnocchi. Kubeczki smakowe szaleją. Do tego wino lub piwo - ale nie w trakcie jazdy na nartach, dopiero po zejściu ze stoku!

Najedzeni, pędzimy na odprawę zawodników i pobranie numerów startowych. Dostałem numer 156. Za nic nie byłem w stanie dostrzec w tych trzech przydzielonych mi cyfrach jakiejkolwiek symboliki czekającego mnie sukcesu. Potem kolejny tyrolski posiłek - już z dużą ilością wina - w kolejnej uroczej knajpce. I sen, dużo snu przed pierwszym w życiu tak poważnymi zawodami narciarskimi.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Szlak potu i łez - trasa GardenissimyObudźcie mnie za tydzień

Gigant Gardenissima organizowany jest w Val Gardenie od 16 lat (w 2013 roku odbędzie się 6 kwietnia). To "najdłuższy slalom nowoczesnej Europy". Trasa ma 6 km (profesjonalny gigant jest zwykle cztery razy krótszy!), co roku bierze w nim udział kilkuset zawodników (amatorów i profesjonalistów). Różnica wysokości to ponad 1000 m, a każdy uczestnik musi pokonać 88 bramek. - Te zawody to zwieńczenie sezonu, dla niektórych to najbardziej oczekiwana impreza każdej zimy - mówi Ambros Hofer, dyrektor organizacji turystycznej w Val Gardenie.

Te wszystkie liczby na papierze wyglądają niewinnie - 6 km z górki, 88 bramek, jakoś się zjedzie - myślałem.

W niedzielny poranek wyczuwało się napięcie. Na pewno znacie to uczucie - takie samo towarzyszyło nam wszystkim tuż przed maturą, przed pierwszą randką, czy egzaminem na prawo jazdy. Żeby tylko się nie zbłaźnić, żeby mieć to już za sobą, żeby się obudzić jutro, a najlepiej za tydzień.

No więc jeszcze w hotelu dopadł nas właśnie ten dziwny ścisk w gardle i żołądku. Śniadanie już tak nie smakowało, rozmowy się nie kleiły, myśli biegły na stok i układały się w jedno pytanie: Jak to będzie? Po chwili wszyscy zmierzali z nartami na Secedę. Panie i panowie, dziennikarze i kucharze, profesjonaliści i totalni amatorzy.

Każdy skupiony, gotowy do walki na śmierć i życie - trochę w tym wszystkim pozy, trochę stresu, a trochę prawdziwej rywalizacji.

Wśród nas zawodowcy, którzy startują w PŚ: Austriak Christoph Gruber i Włosi Christof Innerhofer, Peter Fill czy Werner Heel. - OK, z takimi przegrać to nie wstyd - pocieszałem się.

Rzeczywistość okazała się bardziej dołująca

2
fot. Tomasz Wawer fot. Tomasz Wawer

Daję radę...

Numer 150 - poszedł. Po nim 151, 152 Wszystkie zabiegi motywacyjne przestają działać. Ogarnia mnie strach, a ciśnienie strzela w górę. Zwłaszcza że pierwsza część trasy to ostra ścianka, na której bramki ustawione są blisko siebie, trzeba będzie mocno krawędziować. Z czasów fascynacji Girardellim pamiętałem, żeby atakować tyczki barkiem, ręką, ale jeszcze przed startem zdałem sobie sprawę, że tylko w telewizji wszystko wygląda tak łatwo.

Ostatni pik stopera, odpycham się kijkami i tłum zawodników oraz publiczności zostaje za mną. Do pierwszej bramki myślę o ciszy i ogromnej białej przestrzeni, która się przede mną otworzyła - w życiu nie miałem tak pustego stoku przed sobą! Ale już za chwilę koniec myślenia. Pierwsza z 88 bramek.

Mijam ją trochę niezgrabnie, ale nie jest tak źle. Napawam się swoim pięknym wejściem w tyczkę, a tu kolejna bramka. Zaspałem, muszę przykrawędziować. Ledwie się pozbierałem, a już muszę celować w trzecią i czwartą.

Ogarnia mnie euforia. Ten ostry początek trasy wcale nie był aż tak trudny. Przeciwnie, prędkość jakoś pomaga mi wyjść z "zaspanych" sytuacji przed każdą bramką. Bo najgorsze dopiero ma nadejść - czyli wypłaszczenie trasy. Po kilkudziesięciu metrach stok przechodzi w klasyczną beskidzką nartostradę. Spuszczam tyłek niżej, jakbym siedział na krześle. I zaczyna się piekło. Kto nie jeździ na nartach regularnie, nie ma wytrenowanych mięśni ud, nie posiedzi sobie tak za długo. Krew buzuje, myśli skaczą jak na muldach. Powoli uświadamiam sobie, że trudnością nie będzie trafienie między tyczki. Najtrudniejszą rzeczą w Gardenissimie jest przeżyć, wytrzymać fizycznie!

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Gardenissimafot. Tomasz Wawer

Po przejechaniu mniej więcej jednej trzeciej trasy nogi zaczynają lekko drżeć - nie z emocji, po prostu kończą się baterie. Staram się nie myśleć, że przede mną jeszcze większa część tego "paskudnego" giganta. Mniej więcej po 20 bramce wiem, że cuda się nie zdarzają, nie dojadę "o własnych nogach" do bramki 88.

Usiłuję odpoczywać. To chyba naturalny odruch. Mijam bramkę, lekko się unoszę, przysiadam i znów unoszę (każda zmiana pozycji jest dla nóg złudnym odpoczynkiem, jakby dostawały ekstra dawkę tlenu). Po 40. bramce nawet ten trik przestaje działać.

Od tego momentu moja jazda wygląda tragicznie! Już nie zależy mi na prędkości. Zamykam na mikrosekundy oczy, staram się łapać głębsze oddechy. Gdzieś w okolicy 55. bramki jakiś "mistrz świata" mija mnie, jakbym był jedną z jego tyczek. Ma stosześćdziesiątyktóryś numer. Nienawidzę go. Jedyne pocieszenie, że zanim minął mnie, zrobił tę przykrość jeszcze kilku innym osobom. Potem wyprzedza mnie jeszcze kilku zawodników i zawodniczek.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Gardenissimafot. Tomasz Wawer

...i daję ciała

Koszmar trwa, a końca trasy nie widać. Czasami jest bardziej stroma, czasami się wypłaszcza - wtedy znowu zwalniam, a uda kompletnie nie wytrzymują tego zmiennego tempa. Gdzieś na 70. bramce trafiam między tyczki jedynie siłą bezwładności. - Boże, gdzie moje nogi - przychodzi mi na myśl, kiedy błędnym wzrokiem spoglądam na czubki nart. Czuję się tak, jakby między nimi a moim tyłkiem była pustka.

Nagle, po szóstej minucie takiej jazdy, widzę baner z napisem "Meta". Daleko. Wchodzę w 75. bramkę i kompletnie nie kontroluję nart. Delikatnie wyhamowuję i - jak uczą w szkółkach narciarskich - padam na bok. To zbawienie - zatrzymuję się na pomarańczowej siatce bezpieczeństwa. Nareszcie mogę złapać oddech, a tymczasem mija mnie następny zawodnik.

Pozbierałem się dość szybko, tych kilkadziesiąt sekund bezwładnego leżenia sprawiło, że choć na chwilę odzyskałem czucie w nogach. Odpycham się i piknikowym tempem pokonuję ostatnich 13 bramek.

Za linią mety znów leżę. Nie mogę chodzić, zdjąć narciarskiego buta, utrzymać w ręku kubka gorącej herbaty. To koniec - giganta i mojej zawodniczej kariery.

Mój pierwszy raz: być jak Marc Girardelli, sport, mój pierwszy raz, narty, Gardenissimafot. Tomasz Wawer

Co tu dodać? Niech przemówią liczby. Najlepszy - Włoch Christof Innerhofer - 88 bramek przejechał w 3 minuty 42 sekundy i 41 setnych sekundy. Ja w szarym ogonie z czasem 7:22,52. Było kilku gorszych: np. Włoch w grupie seniorów między 48. i 52. rokiem życia i Austriaczka w seniorkach 78-87 lat. Niezłe pocieszenie.

Na rozdaniu nagród już nic nie bolało, wszyscy oklaskiwaliśmy najlepszych, a wieczorem podczas kolacji (przepyszny stek z jelenia) śmialiśmy się z naszych osiągnięć. Przygotowałem się, formułka: "gdybym się nie przewrócił, miałbym co najmniej o minutę lepszy czas", była często w użyciu. Ale czy ktoś uwierzył?

A jednak warto było, to najfajniejsza przygoda, jaka mogła mi się przytrafić. Teraz rozumiem, co znaczy zawodnicza jazda na nartach, ile wymaga pracy, treningu i umiejętności.

Herr Girardelli, kolego Marcu, szacunek dla ciebie!

Ty też możesz wystartować w gigancie Gardenissima (w tym roku 6 kwietnia). Zgłoszenia przyjmowane są na stronie Gardenissima. Opłata wynosi 50 euro.


Artykuł powstał w 2009r. i został zaktualizowany w 2013r.

3
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz, narty, sport