Robert Żołędziewski: za wysoki dla Polańskiego

Angelika Swoboda, Piotr Hykawy-Zabłocki
Dzięki swojemu wzrostowi dostał rolę w "Tajemnicy Westerplatte", ale stracił w "Pianiście". Były skoczek wzwyż, technik obróbki skrawaniem i trener biznesu.
fot. Michał Mutor fot. Michał Mutor

Robert Żołędziewski

Urodził się w 1972 roku w Gorzowie Wielkopolskim, ale wychowywał się w Świebodzinie. Ukończył aktorstwo w PWSFTviT w Łodzi (1997 r.). Zagrał główne role w "Los Chłopakos" i "RH+". Ma na koncie epizody w "Szamance", "Przedwiośniu", "Powiedz to, Gabi". Grywał w serialach (m.in. "Plebania", "Na Wspólnej", "Lokatorzy", "Tygrysy Europy"). W "Skorumpowanych" (filmie i serialu) nie tylko grał, ale był również współautorem scenariusza (film) i producentem towarzyszącym (serial).

W głośnej "Tajemnicy Westerplatte" wcielił się w rolę kapitana Franciszka Dąbrowskiego, u boku Michała Żebrowskiego, za którą zebrał bardzo dobre recenzje.

Podając rękę na powitanie, długo patrzy w oczy. Potem zaskakuje: na podstawie ubioru i zachowania rzuca szybką analizę osobowości. Trafia, choć widzimy się drugi raz. Jasnowidz? - Prowadzę szkolenia z komunikacji, a to jeden z elementów kursów, umiejętność analizy rozmówcy - wyjaśnia szybko. Rzeczywiście, świetnie się z nim rozmawia, choć umiejętnie omija niewygodne tematy. Rzuca anegdotami, miesza wątki, trudno go przyprzeć do muru.

Na spotkanie przyszedł z kartką papieru. - Kiedyś w "Logo" były takie kwestionariusze - mówi. - Ostatnio kupiłem... kije golfowe. Powinienem... więcej ćwiczyć. Gdybym mógł... robię, co mogę. Mój zawód... moja pasja. Chcę... więcej - czyta. - Widzicie, jak się przygotowałem? - uśmiecha się.

 

Barany, uważajcie!

Na premierze "Tajemnicy Westerplatte", w której zagrał kapitana Franciszka Dąbrowskiego, dziwiono się, kim jest ten wysoki facet obok Michała Żebrowskiego. - Cóż za świeża twarz! Kto to? - szeptano na bankiecie.

- Skąd się wziąłem? Z horoskopów - żartuje. - Trzy razy dziennie pojawiałem się programie telewizyjnym i zdradzałem, co mówią gwiazdy. Mówiłem: barany, uważajcie, dzisiaj nie jest wasz dzień - dodaje. Grał epizody w serialach, m.in. w "Na Wspólnej", "Lokatorach", "Plebanii", "Przeprowadzkach". Określa to innym rodzajem pracy, bo w fabule jest więcej czasu na przygotowanie roli, jest też więcej czasu na planie. - A ja miałem to szczęście, że zaraz po studiach trafiłem do filmu. I dostałem od razu dość duże role. Grałem na przykład Konrada Duszę w niskobudżetowej produkcji "Los Chłopacos", Szymona w "Rh+" czy Lowę w "Skorumpowanych" - wspomina.

Choć wzrost kilka razy odebrał mu szansę na rolę, to akurat przy "Tajemnicy Westerplatte" mu pomógł. Reżyser Paweł Chochlew powiedział, że gdyby był niższy, to by jej nie dostał. Długo i skrupulatnie przygotowywał się do roli kapitana Dąbrowskiego. Chodził, ćwicząc żołnierski krok, rozmawiał ze swoją postacią. Zastanawiał się, co kapitan mógł wtedy czuć. - Spotykałem się z ludźmi, którzy mogli mi opowiedzieć o zachowaniu przedwojennego oficera. Sam do nich docierałem, na swój koszt jechałem do Gdańska, Kielc, Krakowa - mówi. Podczas przerwy w zdjęciach odwiedził nawet córkę kapitana, Elżbietę. Pokazał jej fotografie z planu i zapytał, czy jest podobny do jej ojca, bohaterskiego żołnierza z Westerplatte. Uśmiechnęła się wyrozumiale. - Panie Robercie, chciałby pan, prawda?... - odparła.

Z roli w "Tajemnicy Westerplatte" jest zadowolony. Obcy ludzie podchodzą do niego i mówią, że zachowaliby się tak samo jak jego bohater. Gratulują. Ale najbardziej był wzruszony na pokazach filmu i spotkaniach z Polonią. - To było niesamowite, dziękujemy - mówili widzowie. Wśród nich również młodzi ludzie. - Aktor słyszący takie komentarze czuje ogromną satysfakcję - nie ukrywa.

 

Aktorstwo i obróbka skrawaniem

Najpierw dzięki horoskopom, a teraz dzięki "Tajemnicy Westerplatte" ludzie rozpoznają go na ulicy. - Ale na szczęście to się nie zdarza często. Sądzę, że wcale nie jestem rozpoznawalny. A jak zaczynam być, zmieniam styl, fryzurę i mam spokój - mówi.

Nie od razu wiedział, że chce zostać aktorem. - W liceum sportowym byłem dobrze zapowiadającym się koszykarzem, z miejsca wsadzałem piłkę do kosza. Ale nauczyciel powiedział: będziesz skakał wzwyż, a ja się temu poddałem. Mój rekord to 190 cm. Biegałem też przez płotki na 400 metrów. Przez pewien czas w szkole wisiał mój rekord. Dzisiaj jako 40-latek miałbym kłopot z tym dystansem, dostałbym zadyszki - śmieje się.

- Żałujesz, że nie zostałeś sportowcem?

- Miałem kontuzję, zerwałem ścięgna. Mogłem iść co prawda do klasy pięcioboju i przeczekać to, ale tata powiedział: synu, zrób zawód, a potem będziesz robił, co będziesz chciał. I tak trafiłem do technikum mechanicznego w rodzinnym Świebodzinie, gdzie skończyłem kierunek obróbka skrawaniem.

- Jak ze szkoły sportowej przez obróbkę skrawaniem trafia się do aktorstwa?

- Miałem fantastycznych polonistów. I choć w życiu nie wygrałem konkursu recytatorskiego, powiedzieli, żebym spróbował zdać do szkoły filmowej w Łodzi. Zawiozłem dokumenty w ostatniej chwili - wspomina.

Jeszcze w pociągu uczył się do egzaminu tekstu "Pana Tadeusza". Udało się. Zdał za pierwszym razem.

1

Za wysoki dla Polańskiego

Uważa, że aktorem się nie jest, tylko bywa. - Ten zawód jest moją pasją i kocham go, ale nie chciałbym być od niego uzależniony. Nie chciałbym czekać i patrzeć, czy telefon zadzwoni, czy będzie jakaś propozycja czy nie - przyznaje. I dlatego ma również drugi zawód. Prowadzi szkolenia z komunikacji w Instytucie Nieinwazyjnej Analizy Osobowości w Łodzi. Uczy autoprezentacji, mowy ciała, analizy drugiego człowieka na podstawie wyglądu, stylu ubierania się. Nie ukrywa, że sprawia mu to satysfakcję. I pozwala zarabiać pieniądze. - Daje mi to wolność wyboru, robienia tego, co się chce - mówi.

W aktorstwie poznał też gorycz porażek. Przez swoje 196 centymetrów nie dostał roli w "Quo vadis" Jerzego Kawalerowicza. Miał zagrać ukrzyżowanego. Reżyser zapytał o wzrost. - Wiłem się jak piskorz i żartowałem, że rano więcej, ale pod wieczór zawsze mniej - opowiada. Na wszelki wypadek odjął sobie 4 centymetry. - A ile pan waży? - nie ustępował Kawalerowicz. Zaniżył wagę o parę kilo. - Nie, za duży - uciął Kawalerowicz i roli mu nie dał.

Wzrost pozbawił go również roli w "Pianiście". Robert dostał epizod, miał być niemieckim oficerem. - Ucieszyłem się, ćwiczyłem już niemiecki akcent - opowiada. Ale gdy pojawił się w garderobie, kostiumolog krzyknęła: - Jezus Maria! - Co się stało? - zapytał zaskoczony Żołędziewski. A ona: - Nikt pana o wzrost nie zapytał? Nie mamy dla pana munduru!

Przekonywał, że do zdjęć jeszcze kilka dni, że można coś uszyć. - Nie, bardzo mi przykro - usłyszał. - I nie zagrałem. To było dla mnie duże rozczarowanie. Zagrać u Polańskiego to byłoby coś, szkoda - mówi zamyślony.

Teraz chciałby zagrać szaleńca. Miał taki epizod w "Kuracji" Smarzowskiego. - Fajnie byłoby zagrać niezrównoważonego. Lubię wyzwania - marzy.

 

Nie walczyć z przeznaczeniem

Rok temu - całkiem przypadkowo - kupił w Stanach kije do golfa. I ku własnemu zaskoczeniu polubił tę grę. - Teraz kiedy tylko mogę, kiedy u nas jest zima, jadę tam, gdzie jest ciepło i gdzie mogę pograć - opowiada. Mówi, że jest zachłanny na życie, jest ciągle w biegu, ma problemy z punktualnością, choć bardzo nie lubi się spóźniać. Wkurza go głupota i obrażanie ludzi. Czasami brak mu konsekwencji i miewa problem z ustaleniem priorytetów. Ale pracuje nad tym. Ostatnio kolega powiedział mu, że za szybko je. No to postanowił zwolnić. Postawił na stole zegarek i przeznaczył na śniadanie 20 minut. - Gdy zjadłem dwa jajka i kanapki, byłem tak zmęczony tym przeżuwaniem, że pomyślałem: no to się najadłem - śmieje się.

Z rozrzewnieniem wspomina swój pierwszy samochód, który dostał od ojca, fiata ritmo super 85.

- Rozbiłem go doszczętnie.

- Motocykle?

- Jeździłem, ale sprzedałem swoja yamahę virago 250, gdy koledzy śmiali się, że to motorynka.

- Gadżety?

- Jak każdy facet, ale bez przesady. Mam elektryczny otwieracz do wina. I iPhone'a, ale czwórkę. Nie mam hopla na punkcie żadnej marki, ale lubię markowe rzeczy, bo są trwalsze, lepiej wykonane.

- Kobiety?

- Są bardzo ważne w życiu - lawiruje z uśmiechem.

Jest maniakiem kina. Najczęściej wraca do "Ojca chrzestnego". Gdyby mógł cofnąć się w czasie, chętnie by w nim zagrał. Mówi, że w tym filmie jest bliska mu filozofia życiowa. - Człowiek ma jedno przeznaczenie. Kiedy zdaje sobie z tego sprawę, płynie z nurtem rzeki. Kiedy walczy z przeznaczeniem, jest mu ciężko. Męczy się. Miota - mówi powoli.

- Gangsterzy ucieszą się z twojej analizy. Oni nie walczą z przeznaczeniem..

- Dobra, to był niezbyt szczęśliwy przykład, ale wiecie o co mi chodzi - odpowiada ze śmiechem.

 

Blondynki czy brunetki?

Na koniec przyciskamy i znowu pytamy o kobiety. - Ważne jest wnętrze, osobowość, a nie powierzchowność. Kobieta musi mężczyźnie imponować, muszą mieć o czym rozmawiać. Piękne ciało masz dzisiaj, a jutro możesz już nie mieć. Poza tym ja najpierw muszę komuś w oczy spojrzeć...

- A której najchętniej popatrzyłbyś w oczy? Dodzie, Natalii Siwiec, Annie Musze?

- Myślę, że każdej raz. Żeby poznać.

- A której najdłużej? I jeszcze drugi raz?

- A to wiedziałbym po tym pierwszym spojrzeniu - miga się.

- No dobrze, jaki status masz na Fejsie? W związku?

- Długo nie miałem Facebooka. Ale powstało kilka kont z moimi zdjęciami i z moim nazwiskiem, nawet przekręconym. Znajomi mówili, zaprosiłem Cię. Byłem zdziwiony. Mnie? Jak to? Nie ma mnie. No więc w końcu założyłem konto i jestem. Ale mało aktywnie.

- Dzięki, czytelnicy "Logo" zapewne czekali na Twoje rady, jak zabezpieczyć się przed fałszywym kontem na Facebooku. A masz dziewczynę?

 

 

Robert ma na sobie smoking Rudolf & Co, krawat  Rudolf & Co, koszulę Emanuel Berg, zegarek Timex

2
Więcej na ten temat: logotyp