Mój pierwszy raz: ninjutsu

Alex Kłoś
Bruce Wayne wiedział, że aby pomścić swoich rodziców, musi zgłębić odpowiednią sztukę walki. Na Dalekim Wschodzie praktykował jujitsu i karate, dopiero jednak dzięki ninjutsu, sztuce wojowników cienia, stał się Batmanem.
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Sztuka Cienia

Jest prawie druga w nocy, jedziemy z fotografem Albertem Zawadą po starej kamienistej drodze zagubionej w głuchym lesie gdzieś w Lubuskiem. Światło reflektorów wyławia z mroku drogowskaz Nietoperek. Cel musi już więc być blisko! Parę kilometrów dalej, w Kęszycy, czeka na nas shidoshi Remigiusz Borda, piąty dan Bujinkan Ninjutsu, który sześć lat w tej malutkiej wiosce założył pierwsze w Polsce dojo ninjutsu.

Bujinkan po japońsku oznacza Świątynię Boga Sztuk Walki, a Remi nauczył się swego ninjutsu na ziemi wojowników teutońskich (przez wiele lat mieszkał i studiował sztuki piękne w Niemczech). Jest uczniem shihana Heinza Meyera, piętnastego dana, poważanego nawet w kraju Kwitnącej Wiśni, choćby za to, że płynnie mówi po japońsku. - W tradycji naszej szkoły są pewne aspekty treningu, których nie zdradza się od razu uczniom. Pewnego dnia, po wielu latach nauczyciel bierze cię na bok. "Muszę ci o czymś powiedzieć", słyszysz... I to są sprawy najważniejsze - tłumaczy Remi.

Zasypiamy spokojnie w jego gościnnym domu. Wokół bunkry i zapory przeciwczołgowe, pamiątka po Niemcach, którzy pobudowali tu gigantyczny rejon umocniony z sercem w pobliskim Międzyrzeczu. Remi i jego żona Tatiana wiodą żywot w poniemieckim domostwie. Kiedyś było takich domów w Kęszycy 150, po wojnie zniknęły, a w zamian pojawił się duży PGR, po którym dziś zostały tylko dwa mikre bloczki. Dzieci potrafią tu wypowiedzieć całe zdanie, używając tylko słowa "kurwa", a miejscowy turbopijak poszedł za kraty po tym, jak sąsiad, który stukaniem do drzwi próbował go obudzić, sam obudził się z siekierą w głowie.

Mnie śni się staw, jest zielony, głęboki i chodzi po nim ninja. Nawet śniąc, wiem, że ma przymocowane do nóg kosze działające jak pływaki. O takich sztuczkach dowiedziałem się już w podstawówce, czytając magazyn "Razem". W latach 80. anonimowy ninja obok Bruce'a Lee stał się jedną z ikon działających na wyobraźnię młodych adeptów sztuk walki, którzy tłumnie walili na treningi.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Docelowo stosuje się miecz krótszy od katany, ale naukę zaczyna się od?dłuższego, bo to wymusza płynność ruchów.fot. oorka/Shutterstock

Zimny chów ninja

Rano, po pysznym śniadaniu przebieram się w czarne kimono (gi) i maszeruję do dojo, które Remi zbudował w starym budynku gospodarczym. Remi jest postawny, ma brodę, 47 lat, jasno sprecyzowany kodeks etyczny i wesołe usposobienie. Wygląda trochę jak mnich. Jest malarzem z długa listą nagród, nad dojo ma duże atelier, w którym maluje przez kilka godzin dziennie. Wojownik płynnie przechodzi w artystę, tłumaczy, że to ta sama bajka. Ale jako malarz tchnie wrażliwością, w dojo emanuje energią, która budzi we mnie lęk. - Jeszcze nikomu nie zrobiłem krzywdy na treningu - uspokaja z dobrotliwym uśmiechem.

Dojo ma klimat, znać rękę plastyka. Pod ścianą stoi kamidana - japoński ołtarzyk bogów, przy drzwiach wisi złota figura Buddy, japońskie kodeksy zasad etycznych, zdjęcia mistrzów, na stojakach czeka średniowieczna broń, ale nie brak też rękawic bokserskich, kasków i tarcz łuczniczych, a na podłodze leży poczciwa mata. Drzwi są otwarte na oścież, a na dworze leży jeszcze śnieg. Warunki idealne, bo treningi ninjutsu odbywały się często w plenerze. Wiedza była absolutnie ściśle tajna i przechodziła z reguły z ojca na syna. Człowiek rodził się i umierał ninją, trening zaczynając od kołyski. Tata zanurzał noworodka w lodowatym strumieniu, żeby berbeć poczuł, co to znaczy być wojownikiem.

Pojawiają się dwaj uczniowie, obaj praktykują od sześciu lat, mieszkają w Międzyrzeczu (ponurej raczej mieścinie, w której na 15 tys. osób jest 15 aptek). Na nogach mają tabi, japońskie buty z wolnym "kciukiem", co bardzo ułatwia wspinaczkę, bo można trzymać linę między palcami stopy.

Remi zaczyna od intro. - Nie wiadomo dokładnie, kiedy narodziło się ninjutsu. Bujinkan składa się z dziewięciu szkół (ryu), bardzo różnych od siebie. Najstarsza z nich (Gyokko Ryu) przypomina kung-fu i istnieje od 1161 r., wywodzi się z Chin i prawdopodobnie jest dziełem kobiety. Na rozwój ninjutsu miało wpływ wiele rzeczy, np. górscy mnisi asceci (yamabushi) zrzeszeni w sekcie Tendai Shugendo. Mieli prawie 90 mudr, czyli ułożeń palców stosowanych przy medytacji, z których ninja wybrali dziewięć jako odpowiednie dla siebie - tłumaczy, a ja zaczynam się obawiać, że będziemy robili na rozgrzewkę mudry. - Spokojnie, szkoda czasu - mówi Remi. - Biegamy i rozciągamy się, robiąc pozycje z junan teiso (dziesięć ćwiczeń ciała) - Remi demonstruje kilka ruchów rozciągających, doskonale znanych choćby z kick boxingu.

1
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Ucieczka przewrotami

Zaczynamy od razu od taihenjutsu - miękkich, pasywnych technik ciała. Remi robi wypad, opiera obie dłonie na ziemi, robi przewrót do przodu, a potem demonstruje dziwny przewrót w bok. Powtarzam to, zgodnie z instrukcją ustawiając głowę tak, żeby przez cały czas w miarę dobrze obserwować przeciwnika. Taihenjutsu to też gwiazdy, półsalta i salta. Ninja potrafili wskakiwać na wysokie przeszkody, opanowali coś, co można nazwać średniowiecznym parkourem. Na filmach z Hongkongu skaczą z miejsca na wysokie drzewa, ale to już kinowe triki, takich rzeczy nie robił nawet Batman.

Ciekawostką natomiast jest, że robili uniki i uciekali, wykonując fikołki. Remi bierze katanę i robi zamach w kierunku jednego z uczniów. Ten robi przewrót do tyłu, potem biegnie i znów wykonuje przewroty. Faktycznie ciężko się połapać, gdzie będzie za moment. - Podstawowym zadaniem było przetrwanie. Togakure Ryu, rdzenny styl, kładzie nacisk na to, żeby ninja w trakcie walki mógł uciec i przeżyć. Bo to ucieczka jest najlepszą obroną. Jeżeli masz cenną informację, to musisz przetrwać, żeby ją przekazać - wyjaśnia Remi.

A co jeżeli nie można było uciec? Remi robi przewrót i kończy go, od razu odwracając się przodem do stojącego obok przeciwnika. Zajmuje pozycję defensywną. Stoi nisko, przednia ręka wyprostowana i zwrócona w kierunku wroga, a druga ubezpiecza tchawicę. Dłonie otwarte. Klasyczny obrazek kina kung-fu. Po wejściu w kontakt w półdystansie paruje cios, potem wbija palce przedniej ręki w oczy przeciwnika, drugą blokując jego dłoń. Jednocześnie naciska kolanem udo rywala i obala go. Gdy wróg jest już na ziemi, unieruchamia go, naciskając kolanem na jego przedramię i atakuje oczy. Potem robi kolejny przewrót i ucieka w mrok.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Bosak i koło połączone liną (kiedyś kobiecymi włosami) to kyoketsu shoge.  Można tym sprzętem posługiwać się na różne sposoby, np. krępując sznurem przeciwnika. fot. budoya.org

Remi waży około setki, ale skacze lekko. - Timing, balans i dystans to fundamenty ninjutsu - mówi i staje w rozkroku przodem do ucznia, który trzyma katanę. Zapraszająco rozkłada ręce na boki. Jego ciało mówi: jestem otwarty, uderz! Gdy z góry spada cios, składa ręce na piersi, przeskokiem schodzi z linii ataku. Mgnienie oka później rozbraja wroga. Dziwnie to wygląda, ale należy pamiętać, że ninja byli niezwykle wytrenowani i używali tylko tych technik, które naprawdę działały. Stawka była zbyt duża, złapany ninja trafiał np. do wrzącego oleju. To już lepszy był szybki zgon z własnej ręki, poprzedzony własnoręcznym zdarciem skóry z twarzy lub rozbiciem jej kamieniami, aby nawet po śmierci zachować anonimowość. Ewentualnych zdrajców eliminowano z absolutnym okrucieństwem.

2
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Piąty element

Zgodnie z odwiecznymi zasadami, trzecim etapem treningu jest sanshin no kata, czyli praca nad naturalnymi elementami natury: ziemią, wodą, ogniem, powietrzem i pustką - chi, sui, ka, fu, ku. Remi demonstruje układy ruchów (czyli kata), przy robieniu których trzeba sobie wyobrażać, jak działa dany żywioł. Ogień to gwałtowność, agresja, żar. Woda płynność, łagodność, moc. A pustka? - Nie można jej określić, zawiera wszystkie elementy jednocześnie. To piąty element, najtrudniejszy do zrozumienia. Czasem dopiero po latach treningu ludzie nagle doznają olśnienia i dociera do nich znaczenie pustki - wyjaśnia Remi.

Ostatnim etapem treningu jest ćwiczenie w parach, uczące obrony przed różnymi atakami. Używanie własnego ciała jako broni do walki nazywa się taijutsu. Na początku adept uczy się tylko taijutsu, a potem w miarę postępów zaczyna trening z coraz to innym rodzajem broni. Istnieje walka w parterze, ale unika się jej, bo unieruchomienie na ziemi może skończyć się w realiach bojowych tragicznie. Gdy jednak biorę Remiego w gardę znaną z MMA, on od razu ostrzega, że zaraz dostanę w uszy, oczy, a potem wbije mi kciuk w okolice ucha. Tak walczy się na polu bitwy, a nie na sportowej macie.

Uderzenia rękami są naprawdę przeróżne. Do tego dochodzą bolesne punktowe naciski i uszczypnięcia. W pewnej chwili Remi nawet gryzie mnie w dłoń! Kopnięcia też są nietypowe. Przede wszystkim proste, zadawane głównie piętą i podbiciem. Mimo aż 25 szkół (głównie w prowincjach Iga i Koga), mimo bardzo różnych stylów zakamuflowanych skrytobójców, sabotażystów i szpiegów, nikt nie wpadł na pomysł wprowadzenia do arsenału low kicków, kopnięcia bocznego i okrężnego high kicku. Inne techniki z ninjutsu widać jednak zarówno w karate, jak i w jujitsu, od których jest po prostu starsze.

Żeby "Logowej" tradycji stało się zadość, proponuję sparing. Remiego się obawiam, więc zrobimy z jego uczniami waleczkę w zwarciu. Jeden z nich trenuje judo, które - jak tłumaczy Remi - pasuje idealnie do ninjutsu, bo pracuje w nim całe ciało. Obaj są zdecydowanie lepsi ode mnie. Czuję się sponiewierany, ale rozgrzewam się tak, że mógłbym z przyjemnością wyjść z gołą klatą na śnieg. - Dwa, trzy razy w miesiącu zakładamy rękawice i lejemy się na maksa. Głównie pięści i niskie kopnięcia. Chodzi o to, żeby zadać ból - nie ukrywa Remi. Ninja z bólem był za pan brat, dzięki czemu z łatwością uwalniał się z więzów, co wiązało się często z przemieszczeniami stawów.

3
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Wyposażenie specjalne

Żalę się, że nie mam już sił na to, żeby się szarpać z młodzieżą, a Remi pociesza mnie, że najlepsi ninja mają po 70 i więcej lat, bo liczy się wiedza i doświadczenie. Po co się szarpać, skoro jest broń? Demonstruje kolejne rodzaje oręża, który dostaje do zabawy adept w miarę postępów w taijutsu. Między innymi słynne shurikeny, kultową broń ninja.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Kultowe shurikeny to nie tylko popularne gwiazdki, ale też zaostrzone z obu stron pałeczki.fot. farres/Shutterstock

To nie tylko popularne gwiazdki (które można kupić za grosze w sklepach z gadżetami), ale także zaostrzone z obu stron pałeczki. - Lubię je, bo łatwo je schować, a rzuty są ciekawsze - mówi Remi. Staję z mieczem w dłoni, a on ze swoim rusza w moim kierunku. Gdy zbliża się na odległość 2-3 m, wyciąga zza pazuchy shuriken i trafia mnie w gardło. Na szczęście treningowy shuriken jest z gumy.

Nie prezentuje mi za to działania metsubushi, czyli porannej mgły. To pył drzewny wymieszany z pieprzem lub papryką, który ninja nosili w wydmuszkach przepiórczych jajek. - Do treningu nie wkłada się pieprzu. Efekt jest podobny, bo nic się nie widzi, ale przynajmniej nie szczypie. Oczy wystarczy przemyć i wszystko jest OK. Latem często się tym bawimy - słyszę. W dojo są jeszcze łuki i tarcze, natomiast z dmuchawek w Kęszycy strzela się rzadziej.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Shuko (ręczny pazur) jest nie tylko elementem uzbrojenia, ułatwia też wspinaczkę.fot. macho.com

Od czasu kontaktu z Europejczykami ninja stosowali też chętnie materiały wybuchowe. Generalnie ich inwencja nie znała granic. "Obiekt" można było udusić włosami, utopić szklanką wody albo ukatrupić wyplutą znienacka zatrutą szpilką. - Współczesne jednostki specjalne są odbiciem ninjutsu. Nic lepszego od tamtych czasów nie wymyślono - kwituje Remi.

4
fot. Samuraiantiqueworld/Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0 fot. Samuraiantiqueworld/Wikimedia Commons CC BY-SA 3.0

Pełnia człowieczeństwa

Wojownicy cienia nie wyglądali tak jak na filmach. Przywdziewali kostium adekwatny do sytuacji - mieszczanina, mnicha, kuglarza, aktora, kupca czy żebraka. Zwyczajowo nosili maskę i kolczugę. Znali się na botanice i zielarstwie, mieli też dużą wiedzę z zakresu chemii. Na co dzień wykonywali normalne zawody, żyli w wioskach, ale mieli zakamuflowane miejsca do treningów. W Japonii mówiło się na nich na początku shinobi-no-mono. Shinobi znaczy ukryć, a mono - osoba. Słowo ninja upowszechniło się po II wojnie światowej, oznacza tajemnicę, skrytość i wytrzymałość, a ninjutsu to umiejętność bycia niewidocznym.

Największy rozkwit ninja miał miejsce od XIV do XVI w. Potem, po ustabilizowaniu się sytuacji politycznej, przestali być potrzebni i jako ludzie niebezpieczni dla każdej władzy stali się zwierzyną łowną. Dziś w Japonii swoje dojo prowadzi kilku prawdziwych shihanów, jednym z nich jest dr Masaki Hatsumi, który nauczył prastarej sztuki walki Heinza Meyera.

- Niedobrze, jeżeli w ninja widzi się tylko świetnie wyszkolonego agenta. To byli ludzie renesansu, wykorzystywali wszystkie możliwości duchowe i cielesne. Najwybitniejsi z nich mieli dzięki medytacji zdolności telepatyczne. Ninja tego się uczyli i do dzisiaj się uczą - mówi zupełnie poważnie Remi.

Oczywiście uśmiecham się kpiąco, a on dodaje: - Egzamin na piątego dana wygląda tak, że kandydat siada, a za nim staje mistrz trzymający podniesiony kij. Mistrz ma uderzyć w głowę ucznia. Jeżeli kandydat zdoła odczytać umysł mistrza, sygnał "Chcę cię zabić!", wykryje moment uderzenia. Będzie czas, żeby zrobić unik. Jeśli mu się nie uda, dostanie w łeb. Kiedyś egzaminowano mieczem, ale od 200 lat jest to zakazane. Ja od mojego mistrza zażądałem próby z ostrym mieczem. Heinz się zgodził - mówi Remi. Patrzę na niego z niedowierzaniem. - I? - I chyba zdałem, skoro żyję - uśmiecha się.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Włócznia yari i halabarda naginata (wygląda jak miecz na kiju) nie należą do najporęczniejszych rodzajów broni, ale trzeba znać ich techniki.

Mój pierwszy raz: ninjutsu, mój pierwszy raz, sztuki walki, Halabarda naginatafot. globalgear.com.au

Pytam, czy wykorzystał kiedyś ninjutsu na ulicy? - Raz, w Niemczech. Na dworcu kolejowym stało pięciu facetów, podtatusiali faszole, jeden rzucił we mnie butelką z piwem. Pomyślałem, że nie można gnojom na to pozwalać. Zacząłem iść w ich kierunku z taką energią, że trzech od razu uciekło. Na polu bitwy idzie się tak, żeby poćwiartować człowieka. Pozostałym dwóm pokazałem szpikulec od sprzączki do chusty i powiedziałem, że wbiję to każdemu w kolano. Zaczęli się obwiniać nawzajem i w końcu ten winny zeskoczył z peronu i zaczął uciekać torami. Ruszyłem za nim spokojnie inną drogą. Trafił w ślepy zaułek. Krzyczał, żebym go nie zabijał, a mnie już wtedy chciało się śmiać. Rzuciłem więc kwestią z filmu klasy B: - Mógłbym ci połamać wszystkie kości, ale szkoda mi brudzić sobie tobą ręce. Wracaj do domu i opowiedz wszystkim, jaką hańbą się okryłeś.

5
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz, sztuki walki