Z herbatą wśród słoni: wyprawa na Cejlon, część III

Radosław Nawrot
Niejaki Robert Knox, angielski kapitan pływający na Cejlon po cynamon i pieprz, pisał w 1681 r., że gościnność na wyspie jest tak duża, iż mąż nie ma nic przeciwko temu, by jego żona czy córki sypiały z ważnym gościem w domu. Dzisiaj tego zwyczaju oczywiście już nie ma. Powiadają, że wykończyły go... rewizyty.
fot. SurangaWeeratunga / shutterstock.com fot. SurangaWeeratunga / shutterstock.com

Prawo słonia

Cejlon jest wyspą słoni, proporcjonalnie jest ich tu więcej niż w Indiach! Tam większość słoni to zwierzęta oswojone, dzikich sztuk jest najwyżej 15 tys. W cejlońskich lasach żyje aż pięć tysięcy dzikich osobników, choć przecież Sri Lanka jest pięćdziesięciokrotnie mniejsza od Indii.

Słowem - na Cejlonie napotkanie dzikiego słonia jest łatwiejsze niż w innych krajach Azji, a największe stada gromadzą się w okresie pory monsunowej (od sierpnia) w rejonie Sigiriya (środkowa Sri Lanka).

Gdzie indziej wynajmuje się na godziny samochody czy rowery. Tutaj - słonie. Przejażdżka po lesie z wejściem do jeziora i prysznicem z trąby (uwaga! nie wszystkie słonie to potrafią) plus przechadzka po szosie kosztuje około 80 zł na godzinę.

Na cejlońskich drogach nie obowiązuje ruch prawostronny i niemal żadne znane nam z Europy prawidła, ale jedna zasada jest tu żelazna - słoń ma pierwszeństwo zawsze!

1
fot. filmlandscape, shutterstock.com fot. filmlandscape, shutterstock.com

Inny świat

Chwilami miałem wrażenie, że wygnany właśnie w to miejsce Adam przyniósł tu z raju wszystko, co największe. Na południu Sri Lanki znajdują się urocze porty Mirissa i Welingama. Cumujące tam łodzie o świcie wyruszają na ocean, by jeszcze mocniej uświadomić człowiekowi, jakim jest konusikiem.

U brzegów południowego Cejlonu pojawiają się bowiem wieloryby. Podczas rejsu można obejrzeć kilka do kilkunastu lewiatanów. Najczęściej są to płetwale błękitne, największe zwierzęta w dziejach Ziemi.

Nie należy drwić z ich tuszy, dzięki której 33-metrowe cielska ważą prawie 200 ton. To byłoby niegrzeczne, gdyż u tych zwierząt znacznie większe gabaryty osiągają panie.

Na Sri Lance zwierzęta są nie tylko duże, ale na dodatek jest ich dużo. Mój hotelik w Kandy, w środkowym Cejlonie, kulturalnej i religijnej stolicy wyspy, miał taras. Wieczorem wyszedłem sobie nań. Zobaczyłem coś, czego nie widziałem nigdy w życiu. Zaparło mi dech, a skórę pokryły ciarki.

2
fot. Erik Zandboer / shutterstock.com fot. Erik Zandboer / shutterstock.com

Upiorny nalot

Ciemniejące niebo co rusz przeszywały duże kształty. Szus, szus, śmigały z niezwykłym dźwiękiem. Najpierw jedna, potem druga, trzecia. Niesamowicie wyglądały na tle słońca, które płonąc ostatkiem sił, kończyło życie tego dnia.

Wyszedłem na nocny spacer, by się przyjrzeć. Teraz to już nie jedna, dwie czy trzy sylwetki zakłócały granat nieba. Były ich dziesiątki. Kandy wyglądało niemal upiornie, jak transylwańskie miasto zaatakowane przez stwory, które uszły zemście Van Helsinga.

- Nietoperze - wyjaśnił lankijski kolega imieniem Hasitha. Rudawki wielkie. Ogromne nietoperze, zwane psami latającymi. Gigantyczne, gdy rozłożą swe błoniaste skrzydła na tle ciemnego nieba, osiągają półtora metra rozpiętości. Kilkadziesiąt, a może i kilkaset sztuk potrafi stworzyć wrażenie nalotu sił powietrznych Drakuli. - Nadciąga noc, więc przylatują. Dzień w dzień - dodał Hasitha.

Rudawki zlatywały się do miast na noc, by obsiąść gremialnie drzewa, zawisnąć głową w dół i przeczekać do świtu. Akurat rudawki to zwierzęta dzienne. Większość je owoce, niektóre polują. Zoologowie są dzisiaj niemal pewni, że zaliczenie ich do jednego rzędu nietoperzy z mroczkami, nockami, gackami czy borowcami tylko dlatego, że też są ssakami aktywnie latającymi, było błędne.

Wieczorem przylatują do miasta, rankiem opuszczają je w upiornej eskapadzie, by z pierwszymi promieniami słońca objeść się soczystymi owocami, choćby bananami, których na Cejlonie rośnie wiele, w rozmaitych odmianach kolorystycznych. W końcu stąd pochodzą, z Indii i Cejlonu rozprzestrzeniły się na cały świat. Najsmaczniejsze są te o czerwonej skórce. Także cejlońskie kokosy mają swoją czerwoną, smaczniejszą wersję.

3
fot. Milosz_M, shutterstock.com fot. Milosz_M, shutterstock.com

Kuchnia

A zamiast chleba mamy tu owoce chlebowca, czyli dżakfruty - największe owoce świata (nawet 30 kg wagi)! Owoc chlebowca smakuje jak... ziemniak. A ani chleb, ani ziemniaki nie są w tym kraju specjalnie popularne. Ustępują ryżowi. Gdybyśmy powiedzieli, że Lankijczycy jedzą go często, to nie oddalibyśmy istoty sprawy.

Oni jedzą niemal wyłącznie ryż, na dodatek z curry. Na dodatek rękoma, gdyż tu nie używa się sztućców. Można się przyzwyczaić i zgrabnie wybierać palcami z talerza wszystko do ostatniej drobinki. To nie jedyna specyfika. Otóż cejlońska kuchnia jest także jedną z najostrzejszych na świecie.

- Nie na twój żołądek - często kręcił głową Manjula. - Nie, nie jedz tego, to nie dla Europejczyka. Nie, nie pij tego, bo ci zaszkodzi - dodawał.

- Ejże! - zaoponowałem. - Chcę poznać waszą kuchnię, choćbym miał nawet zionąć ogniem niczym smok.Koledzy ze Sri Lanki pokiwali głowami.

- Dobrze zatem - stwierdzili. - Czy mógłbyś zatem... rozumiesz - pokazał na moje ręce. Jasne, że mogłem i że rozumiałem. Pamiętam przecież, tu jemy rękoma! Zanurzyłem odważnie palce w ryżu. Aż syknęli.

- Nie! Najpierw tutaj - wskazali mi miskę z... wodą. - Trzeba umyć ręce przed każda potrawą. Poczułem się mniej więcej tak, jak słoń czy lampart z parku narodowego Yala - natychmiast miałem ochotę schować się w zaroślach. Ze wstydu.

4
fot. Natalia Davidovich, shutterstock.com fot. Natalia Davidovich, shutterstock.com

Ar ju heppi?

Lamparty robią to z rozwagi. Owszem, są królami tej wyspy (chociaż symbolem Sri Lanki jest lew cejloński, którego żaden człowiek nigdy nie widział na oczy, bo kot - jak już wspomnieliśmy - wymarł przed przybyciem ludzi na wyspę!), ale lepiej nie narzucać swojej obecności człowiekowi.

Szczerzący zęby przewodnik z parku Yala - jak pamiętacie - zażądał ode mnie dość dużo pieniędzy i zaproponował, bym znalazł kogoś tańszego, jak jestem taki sknera.

- A wiesz, gdzie są legowiska lampartów? - zapytałem. A on zrobił minę, do której pasowałby jak ulał dymek "mowa!".

- I gwarantujesz mi, że go zobaczę?

- Gwarantuję.

- Jeśli się tak nie stanie, płacę połowę. Deal?

Zastanawiał się tylko chwilkę. Deal! Później twierdził, że o resztę pieniędzy był od początku spokojny, gdyż od 20 lat jeździ po tym parku niemal codziennie i jeszcze mu się nie zdarzyło, aby nie spotkał pantery. Po dwunastu godzinach poszukiwań wskazał mi drapieżnika wylegującego się na skałce. Widziałem go zaledwie przez pół minuty, lampart uznał, że wystarczy, podniósł cętkowany tyłek i zniknął w zaroślach.

- Jesteś teraz szczęśliwy? - przewodnik zadał mi pytanie, które zdumiewająco często zadają turystom wszyscy Lankijczycy.

Byłem. Jeszcze jak byłem.

5
Więcej na ten temat: podróże