Mój pierwszy raz: futbol amerykański

Krzysztof Dołęgowski
Zostałem wgnieciony w ziemię i wyrzucony w powietrze. Bolała mnie głowa, naciągnąłem mięśnie szyi, byłem jednym wielkim siniakiem. I naprawdę polubiłem futbol amerykański.
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Łomot mi niestraszny

Już w liceum oglądałem Super Bowl, mecz o mistrzostwo NFL - ligi futbolu amerykańskiego. Niewiele z tego rozumiałem, ale fascynowała mnie ogromna ilość energii wyzwalanej na boisku podczas akcji trwających dosłownie kilka sekund.

Mecz futbolowy dla laika to krótkie, dynamiczne akcje przedzielone długimi chwilami oczekiwania i ustawiania się zawodników. Potem znowu sygnał sędziego: akcja! Linie obrony i ataku ruszają, trzeszczą kości, gdy olbrzymi faceci zderzają się, próbując przełamać linię przeciwnika. Piłka leci do biegacza, który szuka wolnej przestrzeni, rusza, przyspiesza do 30 km/h. Biegnie zygzakiem, ktoś go dopada, wielkie łapy oplatają się wokół niego i rzucają nim o murawę jak szmacianą lalką. Wybuch radości na trybunach. Gwizdek sędziego, wszystko trwało kilka sekund. Znów kilkuminutowa przerwa.

Prymitywne emocje? A może po prostu - zapomniane? Przecież w podstawówce wizja łomotu od starszych chłopaków była mniej przerażająca niż perspektywa ośmiu godzin za biurkiem. Każdy facet gdzieś w środku marzy o rozróbie i smaku krwi na dziąsłach. W każdym z nas siedzi mały Tyler Durden z "Podziemnego kręgu", który prosi się, by oberwać pięścią w ucho.

We mnie też, mimo że jestem drobnym facetem. 65 kilogramów. Nie dorosłem do siatkówki, nie mam wyskoku do kosza, brak mi ciosu do boksu. Ale żeby zmierzyć się z wielkoludami w futbolu amerykańskim? To byłoby coś, mój wewnętrzny Tyler aż zaciera ręce z radości.

Poproszę na skrzydło

Polska Liga Futbolu Amerykańskiego ma cztery klasy rozgrywkowe, w których grają 74 drużyny. Jest więc w czym wybierać. Zespołów zresztą przybywa z roku na rok, a finały krajowych rozgrywek oglądałem w telewizyjnej relacji na żywo ze Stadionu Narodowego. Ten sport robi się coraz bardziej popularny. Ale naszym quarterbackom jeszcze daleko do sławy Colina Kaepernicka. Jego zdjęcia wiszą w pokojach nastolatków w USA - u nas zawodnikami są amatorzy, którzy na co dzień siedzą w biurach lub na budowach, prowadzą taksówki i leczą zęby. Gdy już stanąłem w linii obrony warszawskich Spartans, po lewej miałem marketingowca, a po prawej logistyka.

W samej Warszawie są dwie drużyny Topligi, czyli najwyższego poziomu PLFA. Jako dziennikarz miałem szansę wkręcić się na treningi Spartansów. Wejść do ich szatni, założyć korki, strój, kask i naprawdę trenować. Może w lidze nieco mniejszej niż NFL, ale na pewno nie delikatniejszej.

Na dzień pierwszego treningu czekałem nerwowo. Do jakiej pozycji się przymierzyć? Odpadły linie obrony i ataku - musiałbym być dwa razy większy. Quarterback, układający rozgrywkę niczym karty? To on cieszy się największą estymą, ale nie bez powodu nosi specjalny ochraniacz na żebra. Polują na niego wszyscy obrońcy. Nie, na razie ideałem dla mnie jest halfback albo skrzydłowy. Z drobną posturą i niezłą zwinnością mogę sobie poradzić w sprintach w głąb pola przeciwnika. Choć do gry w lidze i tak musiałbym przytyć.

1
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Nareszcie trening

Najpierw strój: spodnie z ochraniaczami, kask i zbroja. Założenie jej jest prostsze niż w średniowieczu, ale bez giermka miotałem się kilka minut. Sprzęt pożyczył mi Michał Niewola, jeden z drobniejszych graczy, a i tak moje bary zrobiły się nagle dwa razy szersze. W futbolu bardzo dużo gra się barkami. Gdy wbiega się z piłką między zawodników, trzeba się zgiąć jakby w kulę, by chronić piłkę, podnieść głowę, by coś widzieć, a na spotkania przeciwników wystawić bary. Stąd te potężne ochraniacze. Zanim powstały, zawodnicy często mieli kontuzje obojczyków.

Gdy już wcisnąłem się w koszulkę i zaciągnąłem paski trzymające ochraniacze, przyszła kolej na garnek. Kask do futbolu w porównaniu z rowerowym jest bardzo ciężki. Bo rowerowy jest na wszelki wypadek i nie służy do walenia o ziemię. A futbolowy przydaje się co chwila. Zewnętrzna warstwa to gruby plastik malowany kilkoma warstwami farby i oklejony barwami klubowymi. Pod spodem są piankowe wkładki amortyzujące. Do tego dochodzi stalowa przyłbica - facemask. Cała konstrukcja waży około dwóch kilogramów, tyle co sześć kasków rowerowych. Tę wagę można poczuć w czasie biegu czy zwrotów. I trudno zadrzeć głowę, gdy trener rzuca piłkę w górę.

- Czekaj, pomogę ci, sam nie znajdziesz zapinek - mówi Michał, gdy próbuję dopiąć się pod brodą. Gotowe, ruszam na rozgrzewkę.

Trucht, przekładanki, skipy. Nuda. Ale widzę, że chłopaki już biegają z piłką, już się przepychają i zaczynam się stresować. Ważę dwa razy mniej od największych gości z linii obrony. Nie zmienię się na zawołanie w nabitą mięśniami maszynę. Jedyne, co mogę, to szybko nauczyć się, jak przeżyć.

2
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Pierwsza krew

Zaczynamy od zabaw bez piłki. Prowadzi je nowy nabytek Spartans - kanadyjski trener Dimos Spiropoulos. Zaczyna dyrygować drużyną. Na gwizdek mam przygiąć nogi i przebierać nimi w miejscu. Po drugim gwizdku mam paść na ziemię i jak najszybciej wstać, by dalej stepować. Gdy trener przełoży piłkę do lewej ręki, mam się przetoczyć przez lewy bark. Przełoży do prawej - przez prawy bark. Gdy ją rzuci na boisko, mam gnać na złamanie karku, by złapać ją, zanim zrobią to inni.

Początek idzie dobrze - na co dzień sporo biegam, więc stepowanie mam we krwi. Pierwsze pady i przewroty też przyjmuję nieźle. Gorzej, gdy nagle widzę, a właściwie nie widzę piłki. Wokół mnie zaczyna się kocioł. W czasie, gdy leżałem z twarzą przy ziemi, trener cisnął nią w górę, a wierzch kasku nie pozwolił zobaczyć gdzie. Nie jest łatwo zadrzeć głowę w tym garnku, w dodatku gdy błędnik szaleje po turlaniu się.

W końcu piłka ląduje w pobliżu mnie. Podbiegam. Nagle zza pleców wyskakuje kilka pocisków. Chłopaki przestawiają mnie jak kręcone drzwi w centrum handlowym. Dostaję z barku w żebra, jakieś kolano wbija mi się w udo. Próbuję się połapać, o co chodzi, ale są cholernie szybcy i silni. Za chwilę leżę w kupie ciał, na którą ktoś z radością wskakuje. Czuję pierwsze siniaki. W tym kotle ktoś wylądował mi na nasadzie stopy. Nie, żeby celowo. Przewracał mnie i noga mu się zaplątała o moją. Od razu czuję, że następnego dnia to miejsce spuchnie.

Wracam do stepowania i obiecuję sobie, że będę bardziej pilnował wzrokiem piłki. Zauważyłem przy okazji, że ochraniacze zsunęły mi się z kolan, na których pojawiają się czerwone plamy. To od ciągłego padania na sztuczną murawę i toczenia się po niej. Nie umiem tego robić, oszczędzając wystające części ciała. Za chwilę otarcia pojawiają się więc też na łokciach. Kątem oka widzę, że niektórzy zawodnicy mają długie rękawy - już wiem po co. Na następny trening też takie założę. Minął kwadrans, a ja już czułem się jak po dobrym pogo na koncercie. Dopiero wtedy przeszliśmy do ćwiczenia akcji.

3
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Wpieriod!

- Krzysiek, zaczniesz jako biegacz! - Roman Picheta, główny trener Spartans, podszedł do mnie: - W akcji dołem dostajesz piłkę wprost do rąk. Masz ją mocno chwycić, pochylić się i przebiec przez umówioną strefę, którą linia ataku postara się przygotować - tłumaczy, a mnie niepokoi wyrażenie "postara się".

No dobra, raz kozie śmierć. Zadanie jest takie: mam za każdym razem trzymać się blisko tyłu linii ataku. Guard będzie ustawiał się skosem, na prawą lub na lewą stronę, tak by obrońca nie mógł mnie chwycić. Mam reagować na bieżąco na to, co się dzieje, ale starać się wpakować w przygotowaną dla mnie dziurę w linii.

Na sygnał ruszyłem. Po sekundzie już ściskałem piłkę w rękach. Przemknąłem tuż za tyłkiem mojego blokującego i przez ułamek sekundy czułem euforię. Biegnę! Ale to była chwilowa radość skoczka bez spadochronu. Za chwilę obrońca wszedł we mnie barkiem i uniósł mnie w powietrze jak kukłę. Mój błąd. Zapomniałem dobrze się skulić w czasie biegu. Dlatego bez problemu chwycił mnie wpół i wyrzucił w powietrze. Wylądowałem na plecach bez tchu.

Powtarzamy zagranie. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Było już nieco lepiej. Roman Picheta podawał piłki, za każdym razem mówiąc, jaki wariant będziemy grać. Ćwiczyłem również na pozycji skrzydłowego. To robota w sam raz dla mnie. Po rozpoczęciu próby moja linia ataku trzyma linię obrony przeciwników, tak żeby nie mogli złapać rozgrywającego, czyli quarterbacka. On wypatruje mnie, gdy mknę do przodu. W czasie akcji może wykonać tylko jedno podanie. Ma do dyspozycji dwóch skrzydłowych, którzy mają szansę zdobyć sporo jardów. Rzuca do mnie, a ja chwytam piłkę w locie - co nie jest takie łatwe, bo biegnę, a piłka jest jajowata.

Przy okazji okazuje się, że wcale nie jestem taki szybki. Cornerback, czyli obrońca specjalizujący się w powalaniu skrzydłowych, dogonił mnie i tylko lekko popchnął barkiem, ale wiedział dobrze, jak to zrobić. Zaplątałem się we własne nogi i wyrżnąłem na boisko jak długi. Do kolekcji doszły kolejne obcierki.

4
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Przepraszam, gdzie mam biec?

Przed każdym zagraniem ustalaliśmy między sobą dokładnie, co gramy. Boisko jest podzielone na umowne strefy, żeby było wiadomo nie tylko, z której strony obrońcy przebiegnę (lewa - "blue", prawa - "red"), ale i jak daleko od niego. Im dalej od środka boiska, tym liczby rosły, od 1 do 5. Po jednej stronie dochodziła litera A, po drugiej B. Zawodnicy umawiali się na zagranie na A1, A2, B3 czy B5. Niby proste, a w praktyce cały czas się gubiłem. Terminologia okazała się najtrudniejszym elementem dla mojej poobijanej już głowy. A trener dorzucił jeszcze kryptonimy zagrań: "Janek", "Kuba", "Ksawery"...

Ponoć każdy poważny zespół futbolowy ma własny spis zagrań. Może mieć kilkaset stron. Bo futbol amerykański to gra zdecydowanie zespołowa. O ile w piłce nożnej Diego Maradona mógł przebiec przez pół boiska i strzelić gola dzięki własnym umiejętnościom, tak w futbolu amerykańskim, gdy gracz pokona taki dystans, zasługa zawsze jest po stronie zespołu, który sprawnie ochrania człowieka z piłką i oddziela go od obrońców przeciwnika.

Futbol amerykański: piłka, Mój pierwszy raz: futbol amerykański, sport, mój pierwszy rafot. fot. Todd Taulman/Shutterstock.com

Piłka

Ma długość około jednej stopy (30,5 cm). W przypadku futbolu amerykańskiego ma kształt wrzecionowaty, wykonana jest z czterech paneli z wytłaczanej skóry wołowej. Zewnętrzne szwy nie wynikają z techniki wykonania, a raczej z tradycji, ułatwiają też trzymanie. Od prawie 70 lat wyłącznym dostawcą skóry na piłki dla zawodowej ligi NFL jest firma Horween Leather.

5
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Trenerze, ja latam!

To nie mogło się dobrze skończyć. Pewnie chłopaki chcieli mi namieszać, żebym się nie zastanawiał, co stanie się za chwilę. Stałem więc za rozgrywającym, wiedząc, że za chwilę mam przebiec po jego "blue" stronie. Na gwizdek ruszyłem w jego kierunku. Podanie dostałem wprost do rąk - tzw. rush (przeciwieństwo pass - rzutu). Złapałem piłkę, jak mi tłumaczono - jednym końcem w zgięciu prawego łokcia, drugim końcem w prawej dłoni i nakrywając dla bezpieczeństwa lewą. Roman Picheta tłumaczył: - Zawsze masz ją mieć od zewnętrznej strony boiska, bo obrońca raczej nadbiegnie od środka. Trudniej mu będzie ją wybić.

Zrobiłem tak, jak mówił. Skuliłem się. Spojrzałem przed siebie i pełnym pędem wykonałem może sześć kroków w stronę linii końcowej rywala. To, co działo się potem, pamiętam jakby w zwolnionym tempie. Spomiędzy splątanych ciał mojej linii ataku i obrony wyłonił się defense tackle (gracz odpowiedzialny za powalanie) i wjechał we mnie pełnym pędem.

Lecąc sobie w powietrzu, miałem jeszcze czas zastanowić się nad piękną pełnią księżyca tego wieczoru i ucieszyć się z faktu, że nie mam lęku wysokości. Na pewno bym się wystraszył tej odległości od murawy. Potem ktoś na chwilę wyłączył światło.

Kiedy doszedłem do siebie, chłopaki mieli miny na przemian zatroskane i rozbawione. Trener podszedł do mnie i kilkakrotnie zapytał, czy rozumiem, co do mnie mówi, kazał też spojrzeć mu w oczy. W ten sposób jest w stanie z grubsza rozpoznać, czy ktoś ma wstrząs mózgu. Nie miałem, i nawet prawie nie potrzebowałem pomocy, gdy schodziłem z boiska.

Ręka, noga, mózg na ścianie...

W domu żona popatrzyła na mnie jak na ofiarę wypadku. Bolała mnie głowa, naciągnąłem mięśnie szyi, siniaków nawet nie chciałem liczyć. Ale po dwóch dniach byłem skłonny znów wyjść na trening.

To fajny sport - bardzo kontaktowy, ale bez perfidnej agresji. Kontuzji jest sporo, choć nie tak dużo, jak by mogło się wydawać. Uszkodzeniu ulegają przede wszystkim wystające fragmenty ciała: kolana, kostki, czasem żebra, biodra. Szacuje się też, że w czasie każdego sezonu w USA dochodzi do 100 tys. wstrząśnień mózgu spowodowanych grą w futbol. Ale ze statystycznego punktu widzenia najbardziej ryzykowny jest dojazd samochodem na trening. Właściwie więc nie ma czego się bać!

6
aut. Logo aut. Logo

Zasady gry

W futbolu amerykańskim chodzi o to, by dotrzeć za linię końcową boiska z piłką w rękach. To najważniejszy sposób zdobywania punktów. Przekroczenie tej linii to tzw. touchdown (przyłożenie) - nagradzane sześcioma punktami. Punkty można zdobyć także, kopiąc piłkę pomiędzy słupkami bramki - powyżej poprzeczki zawieszonej na wysokości około 3 metrów (za 3 punkty). Po każdym przyłożeniu drużyna atakująca ma jeszcze szansę na podwyższenie - tzw. PAT (czyli Point After Touchdown). O jeden punkt przez kopnięcie piłki nad poprzeczką lub o dwa punkty - gdy uda się ponowne przyłożenie po akcji rozpoczętej w pobliżu linii końcowej.

Ostatni sposób na podniesienie wyniku to tzw. safety - przewrócenie gracza z piłką będącego we własnej strefie końcowej (2 punkty).

Drużyna atakująca ma do dyspozycji cztery próby, w czasie których powinna pokonać 10 jardów. Tę odległość liczy się od miejsca, skąd wybijana jest piłka, do miejsca, gdzie padnie zawodnik. Gra wznawiana jest z miejsca zatrzymania akcji. Gdy atakowi uda się pokonać 10 jardów - dostaje kolejne cztery próby. Jeśli nie - piłka idzie do drużyny przeciwnej. Może też dojść do przechwytu piłki - wówczas nie ma przerwy w grze i ofensywę zaczyna drużyna broniąca i to ona będzie miała cztery próby.

Gra podzielona jest na cztery kwarty po 15 minut. Boisko ma długość 100 jardów (91,44 m).

Podania

W czasie gry następują zwykle dwa podania - pierwsze krótkie, od centra do rozgrywającego. Drugie jest kierowane do biegacza. Bywa bardzo długie i wymaga dużej precyzji. Piłka powinna wirować tylko wokół swojej dłuższej osi, inaczej będzie trudna do złapania.

Żeby dobrze rzucić piłkę, należy ją najpierw chwycić w obie ręce. Lewa służy do stabilizacji, a prawa obejmuje czubek piłki, tak że palce mały i serdeczny znajdują się na grubych szwach. Im większe dłonie, tym bliżej środka. W przypadku autora były to pierwsze dwa szwy. Kciuk ląduje po drugiej stronie obwodu.

Przed rzutem należy ustawić się bokiem do kierunku rzutu, z łokciami lekko na zewnątrz. W momencie zamachu trzeba wysunąć lewą nogę do przodu i przenieść na nią ciężar ciała, gdy piłka zostaje wypuszczona.

Zakończenie rzutu przypomina nieco puszczanie papierowego samolotu albo rzutki. Palce idą ku dołowi, nadając piłce rotację.

7
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz, sport