Warszawska Turystyka Ekstremalna: skacz!

Paweł Wiejas
Z manifestu Warszawskiej Turystyki Ekstremalnej: Ważne są czyny odważne. Pielęgnujemy w sobie dziecko. Trzeba świrować, żeby nie zwariować. BHP - Be HaPpy. Co by nie było i tak będzie miło. Ten się śmieje, kto się śmieje. Wszyscy żartują, nikt się nie wstydzi.
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Przepis na przygodę

Skręć ze ścieżki wydeptywanej rytualnie każdego dnia, tygodnia, miesiąca. Pójdź nieznaną, która nie wydawała ci się dotąd kusząca. Może cię zaprowadzić do opuszczonej kamienicy, fabryki, rozsypujących się magazynów. Zmienisz perspektywę. Zrzucisz gorset rutyny.

Wszystko stanie się świeże i ekscytujące. Ten tekst mógł powstać w Krakowie, Szczecinie czy Gdańsku (wyłącznie ze względów praktycznych do opisu wybrałem Warszawę). Bo nieważne, gdzie mieszkasz. Zasady są uniwersalne, a miejsc do niecodziennej wędrówki wszędzie dostatek.

Zbiegam ze skarpy. Barierka - rura ciepłownicza - siatka. Odbicie. Skok. Ląduję na kładce pod mostem. Z góry dobiega huk przejeżdżających samochodów, odbija się od filarów i zwielokrotniony atakuje uszy. Pod kratownicami kładki, nieomal na wyciągnięcie ręki rzeka samochodów. Gdy zbliża się ciężarówka, z miejsca, w którym stoję, wydaje się, że zawadzi o dolną krawędź mostu, ale o dziwo jedzie dalej.

Chłonę to nowe dla mnie miejsce i grzecznie, środkiem kładki, idę w kierunku rzeki. Co innego Włodek "Paprodziad" Dembowski, który zabrał mnie na ten niekonwencjonalny spacer. On, założyciel Warszawskiej Turystyki Ekstremalnej, tekściarz i wokalista zespołów Łąki Łan, November Projekt, Dziady Kazimierskie (bogowie raczą wiedzieć, ilu jeszcze, bo ja szybko straciłem rachubę), co rusz znajduje sobie nową technikę przeprawy nad Wisłą. Można po barierce, rurze, przęśle. Wszystko zależy od odwagi i znajomości tej ścieżki turystycznej.

Wisła jest na wyciągnięcie ręki. Z wysokości kilku metrów wygląda inaczej niż zazwyczaj, gdy miga mi w ciągu kilkunastu sekund za oknem samochodu. Niemal fizycznie czuć siłę, z jaką obmywa filary, rzeźbi łachy. Niby nic nadzwyczajnego, ale świadomość, że w tej chwili most jest tylko nasz - mój i Włodka - że tylko my widzimy nabrzeżną Warszawę z tej perspektywy, sprawia, że chwila staje się wyjątkowa.

1
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Chłopak z Ulrychowa

Włodek: Jestem chłopak z Urlychowa. Bloki, cmentarze, działki, opuszczone fabryki. Taki był Urlychów, gdy dorastałem. Pamiętam, że gdy pierwszy raz wdrapałem się na szczyt opuszczonych silosów, po prostu opadła mi szczęka. Stamtąd byłem w stanie ogarnąć o wiele więcej niż tylko odrapane fasady sąsiednich budynków. Zobaczyłem eksploracyjny raj. To pobudza wyobraźnię. Myślę, że gdy wreszcie stamtąd zszedłem, byłem skazany na poszukiwanie miejsc, do których nikt inny się nie zapuszczał. Gdybym znowu miał wybierać miejsce do urodzenia, wybrałbym Urlychów.

Pierwsza wyprawa WTE odbyła się po Odolańskim Parku Krajobrazowym, rzut beretem od mojego Urlychowa. Ludzi tam mało, torowisk dużo. Górka rozrządowa, lokomotywownie, żwirowiska, puste hale fabryczne. Można szturmować stare składy kolejowe lub zdobywać szczyty opuszczonych magazynów. Byłem zaskoczony, gdy na wyprawę, którą zapowiedziałem w internecie, zgłosiło się kilkanaście osób. A potem już poszło. Szlak Praparkportowy (w czerniakowskich piachochaszczach), Kaplica Szeptów (na skarpie koło dębu Mieszko), Nielicha Niecicha Noc Picia z Miłości Kielicha (w starych kniejach koło Pałacu w Wilanowie), Reaktor Opatrzności (szkieletŚwiątyni Opatrzności Bożej w czasach budowy). Kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset wypraw.

Tak naprawdę nieważne, gdzie są te miejsca. Ważne, że nie codziennie tam się zapuszczasz, a jak już, to wędrujesz po nich w wesołej kompanii. W WTE są urzędnicy, inżynierowie, bankierzy, studenci,artyści. To wciąga bez względu na to, skąd przychodzisz.

2
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Lokatorzy poszli w miasto

Przegniłe materace, butelki - wódka, wino, piwo. Trochę makulatury. Ściany pozbawione tynku. Żeby dostać się do tego budynku widma stojącego niedaleko zoo, trzeba wspiąć się kilka metrów po prętach wystających z żelbetonu. Miejscówkę zajmują bezdomni.

Bywało, szczególnie po mroźnych zimowych nocach, że wędrowcy z WTE ratowali życie lokatorom. Bezdomni żyją i umierają dosłownie o kilka metrów od spacerujących wzdłuż budynku ludzi, nieświadomych dramatu, który rozgrywa się w betonowej ruderze. Wchodząc do niej, czuję się, jakbym wchodził do czyjegoś domu bez zaproszenia. Teraz mieszkańcy wyszli patrolować miasto. Gdyby byli, w dobrym tonie byłoby podzielić się z nimi czymś, co zabraliśmy na spacer.

Każde z takich miejsc to zazwyczaj osobna kraina, rządząca się swoimi prawami, z której ludzie inaczej patrzą na świat. Nauczyłem się, że wystarczy to uszanować, a nic złego nie powinno się zdarzyć. Postrzeganie kogoś jako niebezpiecznego, tylko dlatego że jest nieco odmienny, to błąd, którego od dawna już nie popełniam. Uważam się za szczęściarza, bo równie dobrze życie mogłoby się potoczyć inaczej.

Dlatego budzę się z ciekawością nowego dnia i staram się dać ludziom trochę radości, optymizmu. A zresztą, może robię to z egoizmu, bo wierzę, że to, co daję, do mnie wróci?

3
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Superfort z kotołasicą

Próbowaliście kiedyś oświetlić kilkudziesięciometrowe pomieszczenie monitorem komórki? Beznadziejna sprawa. Przekonuję się o tym w lochach XIX-wiecznego fortu przy moście Gdańskim, dookoła którego wyrosło nowoczesne osiedle. Stoi sobie staruszek (podobnych jemu w Warszawie jest kilkadziesiąt) z nieremontowanymi od dziesięcioleci murami, wyrwanymi drzwiami, wybitymi oknami. Pewnie oszczędził go konserwator, ale chętnych do renowacji najwyraźniej brak.

Próbuję wspiąć się do wąskich świetlików. Pod stopami trzask pękającego szkła, osypuje się gruz. Rezygnuję. Nachylony, idę wąskim korytarzem, z którego złomiarze wypruli szyny. Co kilkanaście metrów głębokie, tonące w mroku nisze. Fantastyczna akustyka. Oczy wreszcie przyzwyczajają się do ciemności i przestaję walić głową w niski miejscami sufit. Nagle drętwieję. Tuż przed mną jakieś zwierzę miota się jak oszalałe. Za duże na szczura, za małe na kota. Próbuję dojrzeć, co to i gdzie się ukrywa, ale słyszę tylko fukanie. Nie chcę już rozstrzygać, co to naprawdę było (Włodek obstaje przy kocie, ja przy łasicy. Uzgodniliśmy, że zwierzak był kotołasicą). Z ulgą idę w stronę wyjścia. W blasku słońca puls uspokaja się, oddech reguluje.

- Miałem być aktorem. Nie jestem. Nie ukończyłem też filozofii. Chciałem iść do wojska, ale na komisji nie chcieli kogoś, kto przyszedł z własnym hełmem i mieczem rycerskim, żeby pokazać, że żołnierkę ma we krwi. Powiedzieli: "Wy, Dembowski, wojujcie w służbie zastępczej". I wojowałem na warsztatach terapii zajęciowej dla dotkniętych autyzmem. Tam odkryłem, że pomaganie innym to cholernie niezwykła sprawa. Dlatego zostałem tam później już jako wolontariusz.

Uwielbiam pisać teksty, które potem śpiewam na scenie. Staram się, żeby dawały ludziom radość, ale skłaniały również do chwili zastanowienia, kiedy już wyjdą z koncertu.

4
fot. Albert Zawada fot. Albert Zawada

Na dachu Żerania

Z przerdzewiałego mostku kolejowego kanał Żerański zdaje się nie mieć końca. Co chwilę śmigają pode mną wioślarze korzystający z ostatnich dni słonecznej jesieni. Wędkarze ukryci w nadbrzeżnych oczeretach czekają na taaaką rybę. Z jednej strony woda, z drugiej niekończące się pola z rozsypującymi się halami i torowiskami. Niby jestem nadal w mieście, ale równie dobrze mogłoby się ono znajdować setki kilometrów dalej - cisza, bezludzie.

Żeby nie zagubić się w labiryncie ścieżek, co rusz skręcających gdzieś w zarośla, najlepiej iść przerdzewiałymi toramCo miejska turystyka ekstremalna ma wspólnego z muzyką? Praktycznie wszystko. Historia Łąki Łan, zespołu, który daje obecnie na scenie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, show w Polsce, zaczyna się właśnie od zamiłowania do ekstremalnej turystyki miejskiej.

Członkowie grupy sami opisują to tak: "Pewnego razu pod liściem jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżuś Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad. Paprodziadowi udało się wygrzebać ze swojego tobołka dziwaczny flakon, którego zawartością poczęstował wszystkich członków Łąki Łanu. Wtem wicher okrutny wzbił kurz, zrobiło się ciemno jak w brzuchu gąsiennicy, ptaki umilkły, kwiaty pozwijały płatki, a straszliwy piorun przeszył zsiniały nieboskłon. Na szczęście nie nastąpiło nic więcej oprócz deszczu, który zmoczył im skrzydła i kubraki. Wyjęli więc instrumenty i zagrali ŁąkiFunka".

Jak widać, członków kapeli cechuje ogromny dystans do siebie. Niektórzy traktują zespół z przymrużeniem oka. Pytają: "Jak dorośli faceci mogą latać po scenie ze skrzydełkami, w kolorowych kostiumach i obrzcać publiczność kwiatami zebranymi pod cmentarzem?Dziecinada!". Tymczasem to zawodowi muzycy pełną gębą. Potrafią porwać wielotysięczną publiczność (m.in. Woodstock i Open?er Festival) i przekazać jej dawkę doskonałej muzyki i energii, którą można by obdzielić dziesięć koncertów.

Nie śpiewają przy tym smętnych kawałków o spękanych sercach i natchnionych frustracjach, którymi zaśmiecona jest polska scena. A o czym? To już kawałek na inne opowiadanie.i. To nie marsz, a brodzenie w morzu wyschniętych badyli sięgających powyżej pasa. Spomiędzy zmurszałych podkładów gdzieniegdzie w górę wystrzeliły młode drzewa. Gdy wydaje się, że ta podróż będzie trwała godzinami, nagle wszystko urywa się u podnóża gigantycznych silosów.

To 2Wieże, centrum sportów ekstremalnych. Na szczyt wysokich na kilkadziesiąt metrów betonowych silosów można dostać się na dwa sposoby - korzystając ze ścianki wspinaczkowej lub zygzakujących pomiędzy betonem stalowych schodów. Mam lęk wysokości. Wybór jest oczywisty. Ze szczytu panorama Żerania. Dopiero z tego miejsca widać, jak w teren, którym maszerowaliśmy kilka minut wcześniej, z różnych stron zaczynają wciskać się nowe osiedla, fabryczki i składy. Za kilka lat z pewnością wyrośnie tu zwarta ściana bloków.

- Chłopaki z November Projekt z którymi gram, nie mają lekko. Jedni są lekko upośledzeni, inni na wózkach. Ale można zazdrościć im optymizmu i odwagi. Czasami pomagamy im dostać się na szczyt tych wież, skąd skaczą podczepieni do liny. To dreem jump, swobodne spadanie. Nigdy nie widziałem tak szczęśliwych ludzi, jak oni po skoku. Coś w stylu: nie mam nóg, ale potrafię latać! Nie siedzą w tych swoich wózkach i płaczą, że im źle. Smakują życie na wszelkie możliwe sposoby.

Rozumiem, że ludzie wolą chodzić znanymi sobie ścieżkami, ale wystarczy, jak w jednej z piosenek Łąki Łan: "Zdobyć się na skok i wykonać pierwszy krok! Wyjścia plan z między ścian na zielony łąki łan", by nie popadać w codzienną rutynę, która oddala nas od twórczego radowania się naturalnym żywiołem, jakim jest życie - najbardziej ekstremalna turystyka pod słońcem!

*Miejska turystyka ekstremalna, urban exlploring, speleologia miejska - pod tymi hasłami ukrywa się odkrywanie przestrzeni miejskiej - miejsc opuszczonych i tajemniczych, do których na ogół nikt nie zagląda.Praktycznie w każdym większym mieście są grupy zajmujące się eksploracją.

Miejsca, które warto odwiedzić, bez problemu znajdziemy w internecie. Niektóre ze stron wartych odwiedzenia: Forgotten.pl, WTE.bloog.pl, Opuszczone.com, Pustepokoje.prv.pl, Urbex.net.pl.

5
fot. Jakub Ociepa fot. Jakub Ociepa

WTE a muzyka

Co miejska turystyka ekstremalna ma wspólnego z muzyką? Praktycznie wszystko. Historia Łąki Łan, zespołu, który daje obecnie na scenie jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, show w Polsce, zaczyna się właśnie od zamiłowania do ekstremalnej turystyki miejskiej.

Członkowie grupy sami opisują to tak: "Pewnego razu pod liściem jełopianu spotkało się sześciu niezwykłych smakoszy pyłku i nektaru kwiatowego... Poń Kolny, Niesforny Bonk, Zając Cokictokloc, Jeżuś Marian, MegaMotyl oraz mały skrzat imieniem Paprodziad. Paprodziadowi udało się wygrzebać ze swojego tobołka dziwaczny flakon, którego zawartością poczęstował wszystkich członków Łąki Łanu. Wtem wicher okrutny wzbił kurz, zrobiło się ciemno jak w brzuchu gąsiennicy, ptaki umilkły, kwiaty pozwijały płatki, a straszliwy piorun przeszył zsiniały nieboskłon. Na szczęście nie nastąpiło nic więcej oprócz deszczu, który zmoczył im skrzydła i kubraki. Wyjęli więc instrumenty i zagrali ŁąkiFunka".

Jak widać, członków kapeli cechuje ogromny dystans do siebie. Niektórzy traktują zespół z przymrużeniem oka. Pytają: "Jak dorośli faceci mogą latać po scenie ze skrzydełkami, w kolorowych kostiumach i obrzcać publiczność kwiatami zebranymi pod cmentarzem?Dziecinada!". Tymczasem to zawodowi muzycy pełną gębą. Potrafią porwać wielotysięczną publiczność (m.in. Woodstock i Open?er Festival) i przekazać jej dawkę doskonałej muzyki i energii, którą można by obdzielić dziesięć koncertów.

Nie śpiewają przy tym smętnych kawałków o spękanych sercach i natchnionych frustracjach, którymi zaśmiecona jest polska scena. A o czym? To już kawałek na inne opowiadanie.

6