Czarnobyl: część Ukrainy, w której czas się zatrzymał

Juliusz Szalek
Wiatr lekko kołysze huśtawką. Na progu przedszkola porozrzucane zabawki. W środku na podłodze pluszowe misie i przewrócony rowerek. Na ścianie plan zajęć z 26 kwietnia 1986 r. Wokół mnie ani żywej duszy. Jestem w ochronnej zonie wokół elektrowni w Czarnobylu.
Szkolne korytarze dawniej tętniły życiem. Dziś są jednymi z najbardziej przygnębiających miejsc w opuszczonym mieście. Fot. Juliusz Szalek Szkolne korytarze dawniej tętniły życiem. Dziś są jednymi z najbardziej przygnębiających miejsc w opuszczonym mieście. Fot. Juliusz Szalek

Pamiętasz płyn Lugola?

Kto w latach 80. był dzieckiem, na pewno pamięta wizytę w przychodni i brązowawy płyn Lugola, który trzeba było wypić, bo nad Polskę nadciągała wielka chmura radioaktywnego pyłu znad Związku Radzieckiego.

28 lat później nie ma już ZSRR i wiemy, że płyn Lugola nie był potrzebny. Ale na Ukrainie nadal stoi opustoszała elektrownia w Czarnobylu. Otacza ją 30-kilometrowa strefa ochronna. Ryzyko jednak kusi - co roku odwiedza ją z biurami podróży około 10 tys. osób.

Fot. Juliusz SzalekFot. Juliusz Szalek

Katastrofa w Czarnobylu

Doszło do niej w nocy 26 kwietnia 1986 roku. Pierwszy wybuch miał miejsce o godz. 01:24, drugi, znacznie silniejszy, kilka chwil później. To właśnie on zniszczył cały budynek czwartego reaktora, którego szczątki znajdowano setki metrów od elektrowni. Powietrze wpadło do wnętrza reaktora, co spowodowało zapłon kilku ton grafitowych bloków izolujących reaktor.

Radioaktywne cząstki wyrzucone do atmosfery, jak i te emitowane nadal w wyniku trwającego pożaru grafitu, tworzyły pióropusz radioaktywnych drobin o wysokości 1030 m. Po 10 dniach płyta betonowa przepaliła się i radioaktywne szczątki reaktora runęły do zbiornika, gdzie pozostają do dziś. Ich wydobycie jest niemożliwe. 

W elektrowni eksplozja zabiła kilka osób z obsługi. Inni, silnie napromieniowani i poranieni, zmarli w ciągu kilku godzin. Z powodu choroby popromiennej umierali też górnicy i strażacy pracujący w czasie akcji ratunkowej ? w sumie około 50 osób. Naukowcy spierają się, ile osób ucierpiało z powodu radioaktywnej chmury.

1
Fot. Juliusz Szalek Fot. Juliusz Szalek

Szlaban na pamiątki

I mnie skusiła ta tajemnicza czarnobylska zona. Ja jednak postanowiłem tam pojechać samochodem. Ha! Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Wowa, mój ukraiński łącznik, i Mariusz, polski organizator wyprawy, musieli się nieźle nabiegać. Wiadomo, papierologia, jakieś dodatkowe opłaty. Po dwóch tygodniach załatwiania dokumenty wreszcie dotarły. To tylko jedna kartka A4 z podpisami i pieczątkami, ale jest, a bez tej bumagi ani rusz. Wjazdu do strefy pilnuje wojsko.

Strefa Wykluczenia - tak oficjalnie nazywa się trzydziestokilometrowy obszar wokół terenów najbardziej dotkniętych skutkami katastrofy - zarządzana jest przez ukraińskie ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych. Ciągnie się od północnych rejonów obwodu kijowskiego i żytomierskiego aż do granicy z Białorusią. I choć trudno w to uwierzyć, cały teren jest ogrodzony i nawet jako tako pilnowany.

Po sześciu godzinach stania na granicy i nieprzespanej nocy za kółkiem zmęczony wreszcie dojeżdżam do wojskowego szlabanu. Obok mnie siada Anton Uchimenko.

To mój osobisty przewodnik, bez niego poruszanie się po strefie jest zabronione. Żołnierze sprawdzają dokumenty i samochód. Na wypadek, gdybym chciał coś wwieźć na pace mojego VW Amaroka. Albo wywieźć - turyści próbują czasami zabrać ze sobą radioaktywną pamiątkę z wycieczki. W ramach zony są kolejne, mniejsze strefy. Im bliżej elektrowni, tym kontrole częstsze. Za każdym razem przechodzimy tę samą procedurę.

Przyroda wdziera się do wnętrz - tu drzewa przebijają parkiet sali gimnastycznej. Fot. Juliusz SzalekPrzyroda wdziera się do wnętrz - tu drzewa przebijają parkiet sali gimnastycznej. Fot. Juliusz Szalek

Szlaban w górę i jedziemy. Powoli zaprzyjaźniam się z moim przewodnikiem. Anton do najrozmowniejszych nie należy. Muszę wyciągać od niego każdą informację. Ale szybko się przekonuję, że mam szczęście. To nie tylko przewodnik, ale także fotograf strefy i jeden z twórców filmu trójwymiarowego, na którym odtworzono Prypeć - miasto widmo, położone niedaleko elektrowni. Jako jedna z niewielu osób miał okazję latać nad strefą śmigłowcem. Zanim jednak dotrzemy do Prypeci, mijamy małe wioski, a właściwie pojedyncze domy stojące wzdłuż drogi.

2
Niczego nie dotykaj - to podstawowa zasada, której należy trzymać się dla własnego dobra. Fot. Juliusz Szalek Niczego nie dotykaj - to podstawowa zasada, której należy trzymać się dla własnego dobra. Fot. Juliusz Szalek

Nie dotykać!

Ostatni ludzie mieszkali tu 28 lat temu. Wszystkie budynki zarastają krzaki. Domy chylą się ku upadkowi. W jednym gabinet ginekologiczny, w innym sklep. Zatrzymujemy się przy przedszkolu. Już przy wejściu widzę porozrzucane zabawki.

Na placu zabaw - jak w horrorze - huśtawka delikatnie kołysze się na wietrze. Nie skrzypi, ale i tak ciarki przebiegają mi po plecach. Wchodzimy do środka. Bałagan. Pluszowe misie walają się na podłodze, na środku przewrócony rowerek. Na półkach stoją książki z bajkami, których nikt już nie przeczyta. Na ścianie plan zajęć z 26 kwietnia 1986 roku. To dzień katastrofy...

Oglądam to wszystko w milczeniu. Można pomyśleć, że to nieźle przygotowana scenografia filmowa, ale tak nie jest. Niestety. To prawdziwe przedszkole. Zastanawiam się jednak, czy część rzeczy nie poustawiano dla efektu, na potrzeby turystów. Anton energicznie zaprzecza. Nikt niczego tutaj specjalnie nie aranżował.

Przez lata jednak do strefy przyjeżdżali poszukiwacze skarbów. Mimo zakazów wchodzili i szabrowali domy i wioski. To, co zostało, uznali za niepotrzebne i bezwartościowe. Dziesiątki metalowych łóżeczek nadal tam stoi. Bezwartościowe? Jak twierdzi Anton, tak - bo na metalowych częściach skupiło się najwięcej radioaktywnego pyłu. Lepiej nie dotykać metalowych klamek.

W powietrzu dawki promieniowania nie są silniejsze niż w Gdańsku czy Krakowie. Wystarczy jednak wetknąć dezymetr w szczelinę, aby odczyty wzrosły. Fot. Juliusz SzalekW powietrzu dawki promieniowania nie są silniejsze niż w Gdańsku czy Krakowie. Wystarczy jednak wetknąć dezymetr w szczelinę, aby odczyty wzrosły. Fot. Juliusz Szalek

 

Przyczyny wybuchu reaktora
Oficjalna wersja mówi, że do katastrofy doszło podczas testowania systemu bezpieczeństwa chłodzenia reaktora. To wtedy nastąpiło przegrzanie i eksplozja. Anton, mój przewodnik, wie jednak swoje. Według niego w testach chodziło o coś zupełnie innego. Inżynierowie mieli sprawdzić maksymalną moc reaktora. Aby to zrobić, musieli wyłączyć systemy bezpieczeństwa. W pewnym momencie eksperymentu nie dało się jednak zatrzymać.

Przyczyny wybuchu reaktora

Oficjalna wersja mówi, że do katastrofy doszło podczas testowania systemu bezpieczeństwa chłodzenia reaktora. To wtedy nastąpiło przegrzanie i eksplozja. Anton, mój przewodnik, wie jednak swoje. Według niego w testach chodziło o coś zupełnie innego. Inżynierowie mieli sprawdzić maksymalną moc reaktora. Aby to zrobić, musieli wyłączyć systemy bezpieczeństwa. W pewnym momencie eksperymentu nie dało się jednak zatrzymać.

3
Fot. Juliusz Szalek Fot. Juliusz Szalek

Przed nami sarkofag

Jak to skażone? Przed wyjazdem sprawdzałem, strefa jest - oprócz kilku miejsc - bezpieczna. Anton wyciąga z kieszeni dozymetr. Urządzenie, które ma każdy przewodnik w strefie. Służy do wykrywania promieniowania. Alarm się włączy, gdy promieniowanie przekroczy dopuszczalne normy.

- Spokojnie - mówi z uśmiechem. - Dzisiaj, po 28 latach, promieniowanie nie jest silniejsze niż w Warszawie - tłumaczy. Wystarczy jednak dozymetr przyłożyć do ziemi, jakichś zakamarków, by wskazał znacznie większe wartości. - Dlatego na wszelki wypadek niczego nie dotykaj - radzi Anton. - Nie dotykaj i nie zabieraj.

To zresztą największy kłopot strażników. Coraz większa liczba turystów oznacza coraz częstsze przypadki zabierania pamiątek. Książek, przedmiotów codziennego użytku. Po to właśnie szczegółowe kontrole przy wyjeździe ze strefy.

Z przedszkola jedziemy do Czarnobyla. Kilkadziesiąt kilometrów totalnej dziczy. Żywego ducha, jedynie zwierzęta. W oddali widać już instalacje elektrowni. Kominy i potężny sarkofag budowany naprędce po katastrofie. Do samej elektrowni nie możemy wjechać. Została wyłączona w grudniu 2000 r., ale do dzisiaj pracują tam ludzie. Przede wszystkim przy budowie nowego sarkofagu, który musi przykryć istniejący. W innym wypadku skażony pył może znowu wzbić się w powietrze.

Jeden z kilkunastu koni Przewalskiego, które żyją w strefie. Są dzikie i bardzo niebezpieczne. Fot. Juliusz SzalekJeden z kilkunastu koni Przewalskiego, które żyją
w strefie. Są dzikie i bardzo niebezpieczne.
Fot. Juliusz Szalek

Zdjęć robić nie wolno, choć tak naprawdę nikt nie zwraca na to uwagi. Dokładnie widać, jak potężny był pierwszy i drugi wybuch w nocy 26 kwietnia 1986 r. Zniszczył cały czwarty blok elektrowni, a wszystko w sąsiedztwie stopiła wysoka temperatura.

4
Przyroda wdziera się do wnętrz - tu drzewa przebijają parkiet sali gimnastycznej. Fot. Juliusz Szalek Przyroda wdziera się do wnętrz - tu drzewa przebijają parkiet sali gimnastycznej. Fot. Juliusz Szalek

Pod diabelskim młynem

Z Czarnobyla ruszamy do Prypeci. Miało to być wzorcowe miasto socjalistyczne - zostało założone w 1970 r. i powstawało równoległe z elektrownią. Zadbano o przedszkola, szkoły, dom kultury, baseny, a nawet stałe wesołe miasteczko. Teraz nazywane jest miastem widmo. Dzień po katastrofie w Czarnobylu podjęto decyzję o ewakuacji Prypeci. W ciągu jednego dnia około 50 tys. mieszkańców miasta opuściło swoje domy.

Podjeżdżamy samochodem na centralny plac miasta. Szerokie aleje są pozarastane, już nie krzewami, ale sporymi drzewami. Nad okolicą dominuje szesnastopiętrowy wieżowiec z godłem ZSRR. Po przeciwnej stronie Dom Kultury "Energetyk", połączony z hotelem Polissya z charakterystyczną półokrągłą galerią. Przed nami główna ulica Prypeci - Aleja Lenina, zaczynającą się dużym, kiedyś białym, a dziś poszarzałym budynkiem. To Biały Dom, w którym mieszkali partyjni dygnitarze i dyrekcja elektrowni.

Niedaleko widać diabelski młyn wesołego miasteczka i elektryczne samochodziki. Wszystko w wyblakłych przez 28 lat kolorach. W mieście panuje absolutna cisza. Anton popędza, mówi, że mamy mało czasu. Ja chcę jednak zobaczyć jak najwięcej. Ruszamy z kopyta. W każdym punkcie krótki postój. Kilka zdjęć i znów jazda. Asfalt na ulicach jest już popękany, czasami przejeżdżamy przez jakiś złom. Przydają się duże koła. Na ulicach pusto, ale Anton ostrzega: - Zamykaj auto i nie zostawiaj niczego cennego na siedzeniu. W mieście kręcą się szabrownicy, którzy rozkradają, co się jeszcze da.

Fot. Juliusz SzalekFot. Juliusz Szalek

Kolejny punkt to stara przystań Pripat. Jedziemy ul. Kurczatowa, mijamy dawny budynek administracji z charakterystycznym znaczkiem atomowym nad wejściem. Dalej jest szkoła, jedna z kilkunastu w mieście, i kinoteatr Prometeusz. Docieramy do kawiarni. Sala ze stolikami, trochę bałaganu i widok na zalew. Musiało być tu naprawdę pięknie. Latem po zalewie pływały statki wycieczkowe, dzieciaki kąpały się, a dorośli wypoczywali na tarasach. Staję przy oknie, w którym widać kolorowe resztki witraży. Z zamyślenia wyrywa mnie Anton. - Musimy wyjechać z zony do końca dnia. Rusz się.

. . .
Dziękujemy firmie Podroze4x4.pl za pomoc przy realizacji materiału i opiekę przy pokonywaniu najtrudniejszych przeszkód.

5
Więcej na ten temat: europa, podróże