Szybowcem nad Himalajami - Polacy dolecą wszędzie

Paweł Wiejas
W kabinie minus dwadzieścia stopni. Skostniałymi palcami pilot otwiera owiewkę i wysuwa przez nią czerwony szal, z którego do nieba ulatują prośby dzieci chorych na raka. Jego właśnie została spełniona - on, Sebastian Kawa, jako pierwszy leci szybowcem nad Himalajami.
?Himalaya Gliding Team ?Himalaya Gliding Team

Czas na Himalaje

Lato 2012 r., lotnisko Żar u podnóży Beskidu Małego. To mekka polskich szybowników. Przy jednej z maszyn żywo dyskutuje dwóch pilotów.

- Sebastian, trzeba spróbować w Himalajach. Kto ma to zrobić jak nie ty? - Krzysztof Trześniowski jest podekscytowany wizją.

- Co o tym wiemy? Biała plama. Krzysztof, zwolnij. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz - Sebastian Kawa studzi zapędy przyjaciela.

Trześniowski w jednym na pewno ma rację. Jeśli jakiś pilot miałby przelecieć nad Himalajami, to Kawa jest właściwym człowiekiem. Nie ma innego faceta, który zdobył piętnaście tytułów mistrza świata i Europy i który od lat jest niepokonany.

- Teksas, Argentyna, Francja, Ostrów Wielkopolski. Każde zawody trzy, cztery tygodnie. Fizycznie nie wyrobię - wylicza Kawa. Mówi to, ale zdaje sobie sprawę, że Trześniowski właśnie wypowiada myśl, która i jemu od dłuższego czasu nie dawała spokoju.

Od chwili kiedy szybownicy wznieśli się nad Andy, pozostało jeszcze tylko jedno wyzwanie - Himalaje. Wie o tym cała światowa czołówka. Pozostaje tylko odpowiedź, kto jako pierwszy zdecyduje się na przelot, który przeciętnemu człowiekowi wydaje się szaleństwem.

1
Himalaya Gilding Team Himalaya Gilding Team

Wyścig z czasem

18 grudnia 2013 r. Do Pokhary dojeżdża zdezelowana ciężarówka. Kabina przystrojona koralikami. Za kierownicą wyluzowany Hindus, który wygląda, jakby nigdy i nigdzie nie miał zamiaru się śpieszyć. Tymczasem od wielu dni czeka na niego coraz bardziej zirytowana grupka Polaków, wśród nich Sebastian Kawa - nie odpuścił, chce się wzbić nad Himalaje.

Gdy samochód wjeżdża na lotnisko, witają szofera jak bohatera i szybko zdejmują z plandeki cenny ładunek - dwumiejscowy szybowiec ASH 25 Mi.

- Gdyby ktoś powiedział mi wcześniej, że w czasie transportu można zgubić szybowiec, nie uwierzyłbym - mówi Kawa. - A tak się niestety stało. Zanim został odnaleziony i przetransportowany z Kalkuty do Pokhary, przepadł najlepszy okres do lotów.

Po przeanalizowaniu wszystkich dostępnych informacji pilot uznał, że lot będzie możliwy tylko wiosną lub jesienią. Latem uniemożliwiają go monsuny, towarzyszące im duże zachmurzenie, a wreszcie gwałtowne burze. Z kolei zimą szaleją huraganowe wiatry.

Teoretycznie Kawa nie miał już szans na realizację planów. Było mgliście, padało, wiało jak cholera. Za trzy dni kończyła się też zgoda miejscowych władz na próbę przelotu, a dodatkowo mnożyły one co rusz kolejne trudności. Okazuje się, że i w Nepalu urzędnicy bez ?zezwolenia na zezwolenie? nie kiwną palcem, żeby coś ułatwić. Nie mogą uwierzyć, że ktoś chce u nich latać i nie zarabiać na tym. Wietrzą jakiś podstęp.

Jakby tego było mało, w Pokharze w tym samym celu co Kawa rezyduje już Klaus Ohlmann. Kolega, ale również konkurent z najwyższej półki - jako pierwszy pokonał barierę 3 tys. km podczas jednego lotu i osiągnął 306,8 km/h, czyli największą prędkość szybowcem.

Niemiec dysponuje motoszybowcem, który może go wynieść na wysokość 9 tys. m, silniczek szybowca Polaka zapewnia wyniesienie do 2 km n.p.m. O tym, kto będzie górą, mogą zdecydować nie dni, a godziny. Zaczyna się walka z czasem.

19 grudnia. ASH jest już zmontowany. Do kabiny Sebastian wsiada razem z ojcem - Tomasza Kawy, który patrzył, jak syn stawia pierwsze kroki w szybownictwie, po prostu nie mogło tu zabraknąć. Szybowiec wzbija się w górę, ale lot trwa zaledwie kilkadziesiąt minut. Mgła pozwala jedynie na przelot nad górą Sarangkot.

20 grudnia. Mgła, czyli powtórka z rozrywki.

2
Himalaya Gliding Team Himalaya Gliding Team

Wykorzystać cień szansy

21 grudnia. Prognozy nadal fatalne. Sebastian Kawa spotyka się rano z przedstawicielami regionalnych władz.

Właściwie oswoił się już z myślą, że tym razem nie wzbije się nad Himalaje. Rozmawia o pozwoleniach na przyszłe loty (w tym na ten najważniejszy, nad Mount Everestem), prezentuje filmy z imprez szybowcowych, przekonuje, że warto wpuścić szybowce w Himalaje.

Wreszcie zaprasza urzędników na płytę lotniska, żeby obejrzeli jego maszynę. Atmosfera pikniku. Pojawiają się nawet przebrani za mikołajów piloci z Avia Club Nepal.

Około południa przez chmury zaczyna przebijać się słońce. Na szczytach najniższych gór otaczających Pokharę uformowały się anemiczne cumulusy. Według prognoz na dużych wysokościach powstały noszenia falowe, ale meteorolodzy nie pozostawiają złudzeń - na przebicie się do nich szanse są minimalne.

Kawa chce jednak wykorzystać nawet ten cień szansy. Startuje razem z Krzysztofem Stramą (Krzyszof Trześniowski musiał już wrócić do Polski). Na silniku lecą w kierunku Green Wall, ale noszenia, które wywindowałoby ich w górę, nie ma.

Zapowiada się, że biuro prognoz miało rację. Nagle wpadają do doliny i tu łapią niewielki żagiel chmurowy. Wyłączają silniczek.

3
Himalaya Gliding Team Himalaya Gliding Team

Mount Everest - zakazany kierunek

Nad nimi w oknie między chmurami pojawia się niewidziany od wielu dni szczyt Annapurny. Zaczyna się walka o wysokość. W każdej chwili okno może się zamknąć, a wtedy zostaną uwięzieni w chmurach otoczeni zewsząd górami.

Lot na oślep nawet dla najlepszego szybownika to gorzej niż gra w rosyjską ruletkę. Kawa podejmuje to ryzyko. Opłaca się, bo szybowiec wyskakuje wreszcie ponad chmury. Wysokość 4 tys. metrów.

Poniżej maszyny niekończące się morze gęstych jak mleko obłoków, powyżej szczyty najwyższych gór świata. Noszenie, to paliwo szybowca, nagle ustaje. Jeśli się nie pojawi, Kawa będzie zmuszony skierować ASH w dół, gdzie czają się skaliste zbocza. Wypatruje swojej szansy.

W pewnym momencie dostrzega cumulus, który wyraźnie stoi w miejscu. Nie ma wątpliwości ? to oznacza, że w tym miejscu musi być noszenie. Ma rację i szybowiec wzbija się o kolejne 500 metrów.

Jest już bardzo blisko południowego zbocza Machhapuchhare (6993 m n.p.m.), świętej góry Nepalczyków. Kawa i Strama widzą, jak z zawietrznej strony masywu chmury porywane są w górę przez potężne podmuchy wiatru. Jak silny jest ten wiatr?

Szybownicy nie mogą liczyć na wskazania LX, który zaciął się na wysokości 3 tys. metrów. Korzystając z doskonałej widoczności, nie przejmują się awarią sprzętu.

Widzą, że chmury kończą się w okolicy Pokhary. To 40-50 km od pasma gór. Są przekonani, że przy tej przejrzystości powietrza dolecą tam bez problemu i wylądują. Kawa stara się więc zbliżyć do Annapurny, ale szybowiec wpada nagle w turbulencję. Zbyt niebezpiecznie.

Trzeba znaleźć inne rozwiązanie. Pilot kieruje ASH w stronę prądu, z którego korzystał wcześniej. Jest tam spokojniej, co nie oznacza, że spokojnie. Szybowcem nadal rzuca, ale co kilkadziesiąt sekund dostaje potężnego kopa w górę. A o to przecież chodzi.

Po dwóch takich rundach są ponad Annapurną. Pilota kusi, żeby teraz skierować maszynę w stronę Mount Everestu. Wie, że to możliwe, że to najwyżej godzina lotu. Równocześnie zdaje sobie sprawę, że oznaczałoby to kłopoty - nie dostał pozwolenia na lot w tamtym kierunku.

4
Himalaya Gliding Team Himalaya Gliding Team

Lodówka ze skrzydłami

Kabina zaparowała i zamarzła. Krzysztof Strama wyskrobuje dziurki w lodzie, żeby zrobić zdjęcia. Dopiero po godzinie, pracująca na maksa, wentylacja radzi sobie ze szronem.

Kawa próbuje przesunąć szybowiec pod wiatr. Prędkościomierz pokazuje początkowo 140 km/h i to wystarcza. Gdy podnosi go nieco wyżej, wskazanie rośnie do 180 km, a ASH momentami staje w miejscu. Skoro stoi, to wiatr musi mieć mniej więcej taką siłę. Jest tak duża, że zrywa jedną z kamer zamontowanych na skrzydłach.

Pilot stabilizuje maszynę i powoli oblatują Annapurnę Południową i Annapurnę I. Widać, jak huraganowy wiatr tworzy na zboczach tumany śniegu. Gdyby ktoś był teraz na tej śnieżno-lodowej ścianie Annapurny I, nie miałby najmniejszych szans na utrzymanie się na nogach.

A już na pewno nie przeżyłby bez czapki, rękawic i ciepłych butów, a właśnie tak na ten historyczny lot wybrali się obydwaj piloci. Dlatego z każdą minutą są coraz bardziej przemarznięci.

Drętwieją im nogi i ręce. Na domiar złego zaczęły się kłopoty z aparaturą tlenową, a dla pilota to jedno z największych zagrożeń. Nawet nie zdaje sobie sprawy, że z powodu niedotlenienia jego reakcje stają się powolne.

Kawa i Strama schowali aparaturę pod kurtki - po ogrzaniu zaczęła działać, ale nie było żadnej gwarancji, że na stałe. Muszą wracać. Szybowiec kieruje się na południe w stronę Pokhary. Po kilkunastu minutach lotu są już niedaleko lotniska. Za punkt nawigacyjny mają buddyjską Stupę Światowego Pokoju.

Po 4 godzinach i 26 minutach historyczny lot jest zakończony.

5