Podróż do Chile: Barcelona pod Andami

Dariusz Raczko
Najczystsze niebo nad głową, najsuchsza pustynia świata, niebotyczne Andy na horyzoncie i zimny Pacyfik u stóp - taki jest krajobraz północnego Chile.
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Bliżej do nieba

Mgła choć oko wykol. Nie widać nic. Niczym zła chmura napłynęła znad Pacyfiku i pochłonęła wszystko dookoła. Miejscowi mówią na nią camanchaca i jest na pustynnej północy Chile codziennością. Ba, bez niej nie istniałoby mizerne życie na pustyni, bo przy braku opadów deszczu mgła to jedyne źródło wody dla nielicznych roślin. Muszą się zadowalać "piciem mgły". W niektórych miejscach na Atakamie deszcz nie padał od wielu lat.

Mgła napływa znad oceanu i zalewa wybrzeże. To jednak szybko się wznosi wysokim progiem na pustynny płaskowyż. Na jedno ze wzgórz prowadzi świetnie utrzymana droga. Na szczycie stoją kosmicznie wyglądające budowle. Przed nimi szlaban i drobiazgowa kontrola, wydawanie przepustek, instrukcje, jak się poruszać po Cerro Paranal. Dba się tu o niezanieczyszczanie powietrza. Zwłaszcza... światłem. - Jeśli będziesz musiał jeździć samochodem po zmroku, pamiętaj, że możesz używać tylko świateł postojowych - poucza ochroniarz wyglądający bardziej na naukowca, otoczony masą elektroniki, monitorów i drogiego sprzętu. Kompleks obserwatorium astronomicznego Cerro Paranal otwiera swe podwoje. Zbudowano je właśnie tu ze względu na niespotykaną gdzie indziej przejrzystość powietrza. Camanchaca nie dociera tak wysoko, więc nad głowami jest zawsze lazur nieba lub miliony gwiazd. W nie właśnie jest wycelowane ośmiometrowe zwierciadło gigantycznego teleskopu. Wysokość 2635 m n.p.m., więc do nieba trochę bliżej.

Wnętrze samego obserwatorium zaskakuje - jego sercem jest... wielka pracownia komputerowa i urządzenia do zdalnego sterowania systemem teleskopów. Nic z romantyki patrzenia w niebo. Warto jednak podpatrzeć efekty pracy naukowców na stronie internetowej Europejskiego Obserwatorium Południowego (Eso.org/public), do którego należy Paranal. Jest tam zbiór bodaj najpiękniejszych obrazów nieba, jakie można sobie wyobrazić, a większość z nich daleko naszą wyobraźnie przerasta. Tuż obok stoi Paranal Residencia, czyli miejsce, gdzie mieszkają i pracują astronomowie z całego świata. Budynek jest w większości schowany pod ziemią i ma wszelkie udogodnienia.

Wielbiciele filmów o Jamesie Bondzie znają tę budowlę - odegrała ważną rolę, jako miejsce finałowych scen w "Quantum of Solace". Tu doszło do ostatecznej rozprawy między 007 a Dominikiem Greenem. Tyle że w filmie nie został tu kamień na kamieniu, a Paranal na szczęście ma się całkiem dobrze.

1
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Ożywcze liście

Przeciwieństwem ultranowoczesnego Paranal jest rzucone w sam środek pustyni miasteczko San Pedro de Atacama. Maleńka wioska stała się barwnym centrum życia na pustyni. Jest trochę jak gliniane Las Vegas pośród piasków u stóp Andów. Oaza świateł, gwaru i hedonistycznych rozrywek dla globtroterów. Dawni hippisi sprzedają pamiątki ułożone na kocyku z wełny lamy, tu i ówdzie widać woreczki z liśćmi koki, którą w tej części Chile można legalnie sprzedawać i używać. "La hoja de coca no es droga!" - liść koki to nie narkotyk - głoszą hasła na pamiątkowych T-shirtach. Tu, w Andach, liście koki, czyli krasnodrzewu pospolitego, były i są wykorzystywane w ludowej medycynie i w celach rytualnych. Odurzali się wyciągiem z koki Inkowie, odurzali się ich poprzednicy, odurzają się i współcześni. Badania przeprowadzone na mumiach znalezionych na andyjskich wulkanach dowodzą, że ofiary rytuałów, często dzieci z wysokich inkaskich rodów, trafiały tam właśnie pod wpływem metylobenzoiloekgoniny - alkaloidu znanego szerzej jako kokaina, który zawierają liście krasnodrzewu.

Dostępność jego suszonych liści na straganach w Peru czy Boliwii jest powszechna. W Chile - tylko na indiańskiej północy. Na co dzień Indianie Keczua czy Ajmara żują te liście na pobudzenie, żeby łatwiej im było funkcjonować na wysokości 4000 m n.p.m., gdzie przyszło im żyć. Korzystają z nich także turyści, żeby ograniczyć objawy choroby wysokościowej. Całkiem dobrze działa na organizm herbatka zaparzona z liści koki. "Mate de coca" jest też sprzedawana w sklepach, jako herbatka w torebkach ekspresowych, ale to już nie to samo.

2
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Raj u stóp wulkanu

Rewia mody na uliczkach San Pedro robi wrażenie: hippisi we wstążkach, frędzelkach i ponczach mieszają się z Latynosami w eleganckich i zawsze białych pomimo pustynnego pyłu koszulach, a wśród nich przechadzają się roześmiani turyści, jeszcze z piaskiem we włosach, ze spalonymi górskim słońcem twarzami, poubierani w barwne goretexy, polary i termoaktywne koszulki.

Najlepiej dojechać tu wieczorem, po zmroku - wtedy najłatwiej wpaść w rytm miasteczka, poddać się atmosferze bezustannej zabawy. W co drugim domu jest hotelik (standard do wyboru, od tanich noclegowni do bardzo przyzwoitych pensjonatów) albo knajpka (kuchnie całego świata, co w Chile jest rzadkością).

Miasteczko nie wystaje zbytnio ponad poziom gruntu - gliniane domki mają najwyżej jedno piętro, oczywiście poza bielonym kościołem, który jest najlepszym punktem orientacyjnym. Zbudowany jest - jak wszystko dookoła - z suszonej w słońcu cegły adobe, a jego stolarka wykonana jest z... "drewna" kaktusów. Z tego samego surowca robi się tysiące pamiątek, które można kupić na każdym kroku, ale uwaga - zabranie ich do Polski może skończyć się kłopotami na lotnisku, ponieważ międzynarodowe konwencje zabraniają przewozu produktów z roślin uwzględnionych na liście zagrożonych, a do takich nie wiedzieć czemu zaliczono wszystkie kaktusy.

3
fot. Nataliya Hora/shutterstock.com fot. Nataliya Hora/shutterstock.com

Wydmy i gejzery

San Pedro de Atacama rankiem jest puste i senne. Tylko jacyś turyści spieszący się na autobus przemykają jak duchy po brukowanych uliczkach. Znacznie większy ruch panował tu przed wschodem słońca, bo balangowicze w San Pedro nie mają łatwego życia. Każdy, kto tu dotrze, chce jednak zobaczyć okoliczne atrakcje, i to jest główny cel wizyty. Pobudka o 3:30, wyjazd o 4:00. Cel: gejzery El Tatio. Wszystko zostało umówione poprzedniego dnia. Pod pensjonat podjeżdża busik i zabiera towarzystwo wysoko w góry. Musi się wspiąć prawie dwa kilometry, na wysokość 4200 m n.p.m. Jest zimno, dopiero na miejscu zaczyna  się rozwidniać.

O tej porze gejzery są najbardziej aktywne. Daleko im wprawdzie do tych z Yellowstone, ale i tak sceneria robi wrażenie. Dookoła stożki potężnych wulkanów. Po kulminacyjnym wybuchu gorącej wody i pary jest czas relaks. Co odważniejsi wskakują do naturalnych basenów z gorącą wodą. Obowiązujący strój: kostium kąpielowy i... wełniana czapka. Woda w basenie aż parzy, ale powietrze ma temperaturę minus kilka stopni. Do tego trudno jest oddychać, ponieważ ilość tlenu na tej wysokości jest o połowę mniejsza niż na nizinach. Niektórzy żują liście koki. Kąpiel ekstremalna i jedyna w swoim rodzaju. Po drodze, jeśli szczęście dopisze, można zobaczyć stado flamingów moczących nogi w solnisku.

Po takiej porannej eskapadzie trzeba powygrzewać się w słońcu San Pedro. Czas leniwie płynie aż do obiadu, potem sjesta. Dopiero na koniec dnia warto znów się ruszyć. Gdy minie upał, turystyczne busiki ponownie ruszają całą zgrają w trasę. Tym razem celem jest Dolina Księżycowa, z niezwykłymi formami skalnymi (ale również solnymi) i wydmami. Jest tu coś dla każdego - od spaceru w bajkowym krajobrazie po rozrywki dla najbardziej wymagających - zjazdów na snowbordzie po wydmowym piasku. Na koniec dnia wisienka na torcie: niezapomniany widok o zachodzie słońca na wulkan Licancabur, leżący już na granicy z Boliwią.

Ollague to zapomniany przez Boga i ludzi węzeł kolejowy na granicy z Boliwią., ameryka południowa, podróże, Chile: Pod gwiazdami pustynifot. Dariusz Raczko

4
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Foki na kwitnącej pustyni

Brzmi nieprawdopodobnie? Rzeczywiście trzeba mieć trochę szczęścia, ale i takie widoki są w Chile możliwe. W zimnych wodach Pacyfiku pławią się zwierzęta, które kojarzą się raczej z Arktyką niż ze zwrotnikową pustynią. Na przybrzeżnych skałach i plażach, w raczej odludnych miejscach, których tu nie brakuje, wylegują się foki, uchatki, nurkują pingwiny. A jeśli jest to chilijska wiosna, czyli listopad, nadmorska pustynia potrafi zakwitnąć miliardami kwiatów. Wystarczy jeden deszcz, a martwa i jałowa z pozoru okolica zaczyna się zielenić i grać feerią barw.

Na wybrzeżu deszcz nie jest już takim rarytasem, jak na samej Atakamie, więc jest to spektakl odbywający się co roku. Ale to krótkotrwała odmiana. Po kilku tygodniach przyroda wraca do swojej normy, pola efemerycznych kwiatów pozostają wspomnieniem, a na suchych skałach zostają tylko popijające mgłę kaktusy. Są to okolice, w których zmagają się mistrzowie kierownicy w najtrudniejszym rajdzie terenowym świata - Dakarze. Ślady ich pojazdów są widoczne przez wiele miesięcy. Rozjeżdżona najsuchsza pustynia świata zapamiętuje trasę przejazdu Dakaru na długo, dopóki wiatr nie zawieje śladów.

5
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Śladami Dakaru

Małysz, Hołowczyc i cała ekipa Dakaru wjeżdża do Chile przez San Pedro albo przez Aricę - na granicy z Peru. Zawsze jednak są żelazne punkty na trasie przez Atakamę. Jest nim na przykład gigantyczna wydma nad miastem Iquique na wybrzeżu. To jedno z najtrudniejszych i najbardziej spektakularnych miejsc na trasie. 400-metrowa góra piachu sprawia problemy najlepszym. A do tego, ze względu na bliskość miasta, zawsze pełno tu gapiów, co wcale nie ułatwia zmagań.

Drugim miejscem, gdzie co roku można spotkać uczestników Dakaru, jest Antofagasta - największe miasto El Norte. Setki samochodów i namiotów ustawiają się na pustym placu niedaleko ikony okolic, czyli białej skalnej bramy La Portada, sterczącej na 43 metry ponad fale Pacyfiku.

Dakar jest specyficznym rajdem. Przyciąga w styczniu zainteresowanie całego świata. Kierowcy prują przez pustynię pasem szerokim czasem na kilka kilometrów. Faktem jest, że jazda terenowa na Atakamie pozzwala popuścić wodze fantazji. Często, chcąc dotrzeć do jakiegoś miejsca widocznego na horyzoncie, wystarczy... po prostu skręcić. Mając samochód terenowy i jako takie pojęcie o jego prowadzeniu, można tu uprawiać najprawdziwszy off-road. Widać to zresztą na wielu wzgórzach, które stały się poligonem doświadczalnym dla kierowców. Z Dakarem jest podobnie - każdy szuka najlepszej dla siebie drogi przez pustynię.

Budzi to rzecz jasna protesty ze strony wszelkich organizacji ochrony przyrody. W takim miejscu, jak Atakama, gdzie przyroda wystawiona jest na najbardziej ekstremalne warunki, zniszczenie każdego krzaczka (średnio jeden na kilometr kwadratowy) powoduje realne zniszczenia. Z jednej strony prawie nic tu nie ma, ale z drugiej, to co jest, często ginie pod kołami terenówek. Ucieka też na długie miesiące nieliczna fauna pustyni - wikunie, wilki andyjskie, strusie nandu. Zostają tylko niewielkie stadka kóz, pałaszujących resztki roślinności.

6
fot. Dariusz Raczko fot. Dariusz Raczko

Dziura w ziemi

Jednak nie Dakar jest największym zagrożeniem dla pustynnego ekosystemu. Znacznie gorsze są kopalnie, a tych jest w północnym Chile bez liku. Jedną z nich buduje też polski KGHM, koło miasta Calama. Nazywa się Sierra Gorda. Dla Chile wydobycie i eksport surowców naturalnych jest najważniejszą dziedziną gospodarki, a handel miedzią stanowi 1/3 wartości eksportu kraju.

Jeśli w dziewicze tereny pustyni czy gór prowadzi droga (lub coś, co można tak potraktować mając pewne doświadczenie za kółkiem), to na pewno powstała w celu poszukiwań surowców albo ich eksploatacji. A ponieważ są to kopalnie odkrywkowe, zmieniają krajobraz pustyni nie do poznania. Czasem znikają całe góry, czasem powstaje dziura o niewyobrażalnych rozmiarach. Największą z nich jest Chuiquicamata koło Calamy, pieszczotliwie nazywana przez miejscowych Chuqui. Jest nie tylko gigantem na skalę chilijską - Chuqui jest największą odkrywkową kopalnią miedzi na świecie, a drugą spośród wszystkich odkrywek. Jest tak wielka, że... nie widzi się jej ogromu, stojąc na krawędzi wyrobiska. U stóp rozciąga się wprawdzie kilometrowej głębokości dziura, ale dopóki nie przyłoży się do tego widoku jakiejś znajomej skali, trudno w to uwierzyć. A ze skalą kiepsko. Jedyną są chyba monstrualne ciężarówki, które można zobaczyć z bliska w drodze na krawędź. Ot, 300 t załadunku. Koło wielkości małego domku. Te same potwory wspinają się po spiralnej drodze z dna wyrobiska. Wyglądają jak mrówki.

Chuqui to wielki lej z tysiącem tarasów opasujących jej zbocza. Na dnie jest plac, będący właściwym wyrobiskiem. Żeby dotrzeć do kolejnych pokładów rud, trzeba poszerzać ściany leja. Geolodzy twierdzą, że miedzi w Chuqui starczy jeszcze na 50 lat. Przez ostatnie 100 lat górnicy wgryźli się w ziemię na kilometr.

Wyrobisko to tylko fragment tego, czym jest Chuqui. O godz. 17 ma się wrażenie, że to totalny eksodus - setki czerwonych pikapów i autobusów gnają na złamanie karku do bramy. Całe osiedle, magazyny, przetwórnie, biura wokół kopalni pustoszeją i przenoszą się do Calamy. W okolicy nikt już nie mieszka, bo zanieczyszczenie powietrza i ruchy sejsmiczne stały się zbyt groźne. Dziwna taka troska o pracownika na południowoamerykańskiej pustyni? A tu niespodzianka... Chile jest najbardziej europejskim krajem na tym kontynencie, bezpiecznym i o ustabilizowanej gospodarce. Życie w stołecznym Santiago niewiele się różni się od życia w Barcelonie czy Mediolanie. Ale ma też Atakamę i wysokie Andy. Tam cywilizacja sięga tylko miejscami, do Chuqui, Antofagasty, Iquique... Dalej, na szczęście, nie ma po co.

7
fot. Globe Turner/shutterstock.com fot. Globe Turner/shutterstock.com

Podstawowe informacje

Chile ciągnie się przez 4,3 tys. km wzdłuż pacyficznego wybrzeża Ameryki Południowej. W najszerszym miejscu ma zaledwie 468 km, a w najwęższym 90 km. Północ kraju jest skrajnie sucha, za to południe deszczowe.

Stolica: Santiago

Powierzchnia: 756 950 km2

Ludność: 18 mln

Jak dotrzeć

Przelot do Chile nie jest najprostszy. Z Polski nie ma bezpośrednich połączeń i zwykle lata się z jedną lub dwoma przesiadkami. Bezpośrednie połączenie z Europy do Santiago mamy tylko z Paryża, Amsterdamu, Frankfurtu i Londynu. Ceny biletów sięgają 4500-5500 zł, ale zdarzają się promocje, ok. 3000 zł (z Warszawy) lub nawet 2300 zł (z lotnisk na zachód od Odry, nawet z Berlina). Często trafiają się ciekawe promocje na amerykańskie linie lotnicze, ale taka podróż wymaga wizy do USA. Najtańsze bilety można "ustrzelić" na podróż naszą zimą i wiosną - od stycznia do maja. Najtrudniej o dobre okazje jesienią. W droższych sezonach warto rozejrzeć się za tanimi połączeniami do Limy w Peru lub Buenos Aires w Argentynie i dolecieć stamtąd do Santiago tanimi liniami wewnątrz Ameryki Południowej. Na opisaną w artykule Atakamę łatwiej dostać się z Limy niż z Santiago.

Ile to kosztuje?, ameryka południowa, podróże, Chile: Pod gwiazdami pustynifot. Serjio74/shutterstock.com

Ile kosztuje

Walutą jest peso. Za 1 euro dostaniemy około 550 peso, więc na miejscu operujemy kwotami liczonymi w tysiącach peso. Chile nie jest tanim krajem. Generalnie można przyjąć, że ceny są zbliżone do polskich, a nawet nieco wyższe. Za obiad w przydrożnym barze, zwanym posada, zapłacimy 3000-4000 peso, ale już za dobry stek w restauracji - 20 000 peso. Noclegi w co podlejszych hotelach kosztują 10 000-15 000 peso, a za miejsce na kempingu zapłacimy 2000-5000 peso.

Dobrą wiadomością jest to, że w Chile trudno nadziać się na słabe rodzime wino - nawet takie z supermarketu za 1500 peso (1,5 litra) jest zupełnie przyzwoite. W Chile dość popularny jest winny szczep carmenere, który w Europie niemal nie występuje, więc można rozkoszować się jego smakiem do woli.

Bankomaty są w każdym mieście, a z płaceniem kartą też nie ma problemu w większych sklepach czy restauracjach. Warto jednak mieć dolary w gotówce, na wszelki wypadek.

Jak podróżować

Kształt kraju - długa kiszka ciągnąca się wzdłuż oceanu - powoduje trudności logistyczne. Najlepiej przelecieć tanimi liniami do najdalszego punktu na północy lub południu i wracać innymi środkami transportu, zwiedzając po drodze. Taki przelot kosztuje 800-900 zł i można zarezerwować go np. na Skyairline.cl lub Ian.com.

Wypożyczenie samochodu jest jednak najlepszą opcją. Za terenówkę przyjdzie zapłacić około 100-150 USD dziennie, a za najmniejsze auto 1/3 tej ceny. Olej napędowy kosztuje około 4 zł/l, a benzyna 6 zł. Odległości? Z Santiago do Ariki jest 2500 km najkrótszą drogą.

Co warto zobaczyć

Santiago - stolica, więc jest tu co zwiedzać. Santiago ma atmosferę miasta europejskiego, ale latynoski duch jest widoczny zwłaszcza w nocnych klubach i wieczorem na ulicach. Zwiedzić warto Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej (Museo Chileno del Arte Precolombino) z mumiami kultury Chinchorro i artefaktami sprzed 4000 lat. Innym "must see" jest wzgórze Santa Lucia wokół dawnej cytadeli, z kapitalną panoramą miasta. W pobliżu jest też bazar z pamiątkami, a te wcale nie są łatwo dostępne w Chile, więc warto zrobić zakupy. Zwykle jest to autentyczne rękodzieło (artesanas), a nie chińszczyzna.

Arica - najbardziej na północ położone miasto w Chile, przy granicy z Peru. Świetne miejsce dla surferów i nurków, którzy mogą korzystać z dobrodziejstw Pacyfiku. Do obejrzenia kościół San Marcos o stalowej konstrukcji, zaprojektowany przez Eiffela (tego od paryskiej wieży). Na początku czerwca miasto bawi się w ramach Semana Arique'a.

Park narodowy Pan de Azúcar - zimny oceaniczny prąd Humboldta spotyka tu piaski pustyni. Na skałach wygrzewają się pingwiny, uchatki i kolonie kormoranów, których guano czyni skały oślepiająco białymi. Z wycieczkowego kutra można podziwiać delfiny i lwy morskie, a przy odrobinie szczęścia orki i wieloryby.

Antofagasta - nadmorska promenada to ciąg hoteli, knajp, kasyn i nocnych klubów. Uliczki starego miasta nie należą do najbezpieczniejszych, ale warto się po nich powłóczyć. Wokół głównego placu stoją gregoriańskie domy i wieża zegarowa Torre Reloj wzorowana na Big Benie.

Przewodniki

Przewodników po polsku nie ma. Chile pojawia się tylko jako etap trasy w książkach podróżniczych. Najlepszym przewodnikiem anglojęzycznym jest oczywiście Lonely Planet "Chile & Easter Island". Na miejscu warto kupić na stacji benzynowej atlas-przewodnik firmy Copec - zawiera poręczne mapy i podstawowe informacje o miejscach, tyle że po hiszpańsku.

8
Więcej na ten temat: ameryka, podróże