Podróże: adrenalina w Peru

Katarzyna Waśko
Przed wejściem do nocnego autobusu zostaję sfotografowana. Bo jestem biała? Nie, to na wypadek napadu lub upadku w przepaść. Zdjęcie ułatwi identyfikację zwłok.
fot. Katarzyna Waśko fot. Katarzyna Waśko

O Boże, Guara!

Znajomi odradzali mi tę wyprawę: "To nie jest kraj na samotne podróżowanie. szczególnie dla drobnej blondynki. Zabiją cię tam, zginiesz w Andach lub wykończy cię choroba tropikalna!". Wróciłam cała, szczęśliwa i nafaszerowana adrenaliną. W końcu gdzie diabeł nie może, tam babę pośle...

Wylądowałam w Limie - szaro, parno i głośno. Wilgotność powietrza sięga tu 90 proc., a nad miastem przez większość część roku wiszą kłęby niskich chmur i smog. Mieszkańcy stolicy nazywają to guarą. Nie pada, ale cały czas zerkam w niebo. Mam wrażenie, że w każdej chwili może nastąpić oberwanie chmury.

Na głową mam tę guarę, a wokół mnie na ulicach coś w rodzaju Armagedonu. Lima to jedno z najbardziej zatłoczonych samochodami miast, jakie widziałam, a wszyscy pędzą na złamanie karku - wydaje się, że tutaj obowiązuje tylko jedna zasada: kto pierwszy, ten lepszy.

Podjeżdża jeden z rozpadających się busów, wychyla się z niego koleś z wytatuowanym Chrystusem na ramieniu, krzyczy przez okno gdzie jedzie i wpuszcza ludzi do środka. Cel się zgadza - wsiadam. Bus ma 14 miejsc, a jest w nim już ze 20 osób, dwa psy i kilka paczek z kurami i świnkami morskimi (szybko okaże się, że znajdzie się miejsce dla kolejnych 15 podróżnych).

Kierowca rusza gwałtownie, dociska gaz, wyprzedza prawą stroną, przeciska się pomiędzy samochodami, mija je dosłownie o milimetry, przyspiesza, by zdążyć przed czerwonym światłem. Trąbi ciągle na wszystko, co znajduje się przed nami. Zresztą tu każdy wciska rytmicznie klakson - mam wrażenie, jakbym jechała w weselnym korowodzie. Nagle zajeżdża nam drogę taksówka, busik gwałtownie hamuje, skrzynki lecą do przodu, a ludzie łapią się czegokolwiek, by nie wylecieć przez przednią szybę. Chwytam plastikowe siedzenie i rozcinam czymś palec. - Witamy w Limie - stojąca obok kobieta podaje mi chusteczki

1
fot. Katarzyna Waśko fot. Katarzyna Waśko

Koka ratuje życie

Lima była tylko hałaśliwym przystankiem. Uciekam w góry, bo to dla nich w końcu jestem w Peru. Kupuję bilet na samolot do Cusco i ląduję na wysokości 3300 m. n.p.m. Spaceruję i rozglądam się. Andy są wspaniałe, a wokół chodzą ludzie w tradycyjnych strojach. Jest kolorowo, cały czas robię zdjęcia. Nawet nie wiem kiedy zaczyna boleć mnie głowa. Niedobrze. Ruszam do hostelu, ale nogi nie chcą mnie nieść, sapię jak lokomotywa.

- Cholera, soroche - myślę. Soroche, czyli choroba wysokościowa. Prawie wczołguję się do hostelu, na ścianach - jak gaśnice - wiszą butle z tlenem.

- Backpackersi często tutaj mdleją - patrzy na mnie z politowaniem recepcjonistka. - W kuchni jest woda w termosie i liście koki. Zaparz je jak herbatę i pij regularnie, to butle nie będą potrzebne - mówi.

Liście koki, sprawdzone indiańskie antidotum na wiele dolegliwości, składane były kiedyś jako ofiara dla bogów, a dziś można je kupić na każdym rogu ulicy i to za parę soli. W hostelu dostajemy kokę za free.

Najpierw jednak testuję aspirynę, ale nie pomaga. Jest mi nadal niedobrze, serce bije jak szalone, a głowa pulsuje, jakby ktoś ściskał mi ją żelazną obręczą. Zwlekam się z łóżka i idę do kuchni. Zaparzam kilkanaście liści i kładę się na sofie - podobnie jak większość ludzi w tym pomieszczeniu przyzwyczajających się do wysokości. Herbatka z koki smakuje jak mięta pomieszana z szałwią. Mija niecała godzina i czuję się lepiej. Ale powrót na piętro nadal jest wyzwaniem, mam zadyszkę. Tymczasem przede mną wyprawa na Machu Picchu... Zaparzam kolejne liście. Mam nadzieję, że do rana postawią mnie na nogi.

2
fot. Katarzyna Waśko fot. Katarzyna Waśko

Rowerem na czterech tysiącach

O Machu Picchu marzyłam tak długo, że nie mogę tam po prostu podjechać pociągiem - chcę zdobyć to miejsce. Jeden z lokalnych przewodników w Cusco oferuje Inca Jungle Trek, czterodniową wyprawę do Zaginionego Miasta. Dokładnie to, czego szukam!

Następnego dnia wyruszamy. Najpierw wspinamy się dżipami na 4300 metrów. Zatrzymujemy się przy granicy śniegu. Pod nami chmury, przed nami sześciotysięczniki. Musiałabym mieć dodatkowe płuca, żeby tu wjechać rowerem. Tlenu w powietrzu jest tak mało, że nawet zapalenie zapałki sprawia trudność.

Zdejmujemy z dachów rowery, zakładamy kaski, ochraniacze, rękawice i jazda! Mijamy wodospady z topniejących śniegów, przecinamy trawiaste pustynie, od czasu do czasu pojawia się indiańska chata. Widoki są niesamowite, mogłabym tu robić zdjęcia tysiącami, jak japoński turysta, ale muszę się skupić na utrzymaniu równowagi.

Jeden z Australijczyków, przejeżdżając szybko przez strumień, wywraca się i skręca kostkę. Musimy zrobić postój i poczekać na jeepa. Samochód zabiera poszkodowanego do najbliższego miasteczka. My ruszamy dalej. Już nie ma z górki - trzeba pedałować. Sapię potwornie, wychodzi brak kilkudniowej aklimatyzacji. Ale nie zostaję w tyle, daję z siebie wszystko, to w końcu moja wymarzona wyprawa. Po prawie 50 km jazdy docieramy na nocleg do maleńkiej miejscowości Santa María.

Mam wrażenie, że czas się tu zatrzymał. Brak ciepłej wody, brak łazienek, chaty bez elektryczności, w których kobiety spokojnie dziergają poncza, a mężczyźni popijają narodową brandy, czyli pisco. Nilton, właściciel chaty, w której śpimy, częstuje nas alkoholem. Po kieliszku 50-procentowego napoju domowej roboty przestaje mi przeszkadzać łażące po pokoju robactwo.

3
fot. Katarzyna Waśko fot. Katarzyna Waśko

Vamos! I otwórz oczy!

Na soroche dobra jest koka, ale pomaga też adrenalina - tyrolki nad andyjskimi przepaściami zapewniają jej aż w nadmiarze. Za 30 dolarów kupuję w lokalnym biurze sześć zjazdów linami o różnej długości, wysokości i przyspieszeniu.

Wchodzę na podest, patrzę w dół - nie ma szans - nie jadę - chcę wrócić. Ta przepaść ma ponad 200 metrów i trzeba nad nią lecieć przez prawie kilometr. Instruktor widząc moje przerażenie, szybko zakłada mi uprząż, przypina do liny i krzyczy: "Vamos!". Zamykam oczy i modlę się - niech mu będzie, vamos!

Czuję, jak się rozpędzam, wiatr rozwiewa mi włosy... lecę! Po kilkunastu sekundach przypominam sobie, ze muszę wypatrywać osoby na drugim stoku górskim wskazującej dużą czerwoną tablicę. Otwieram więc oczy i widok mnie powala. Pode mną jak wstążka wije się dopływ Amazonki, a ja lecę wprost na białe kilkutysięczniki. Czerwona deska wskazująca moment hamowania została uniesiona do góry - mam jeszcze tylko chwilkę na podziwianie widoków.

Podekscytowana podbiegam do następnego stanowiska: 150 metrów wysokości, 500 długości, za to nachylenie dużo większe. Mogę się tu rozpędzić do 80 km/h. Startuję, tym razem z otwartymi oczami. Rozkładam ręce jak ptak skrzydła i dosłownie przelatuję nad dżunglą i kanionem. Podobnie na następnych trzech tyrolkach. Oglądam z góry pasące się stada lam i kolorowe plantacje owoców. Chcę, żeby te liny się nigdy nie kończyły, żeby zabrały mnie prosto do Machu Picchu. Byłoby łatwiej niż na rowerze lub piechotą...

Czas na ostatni zjazd. The Eye of the Jaguar- najdłuższa na świecie tyrolka mająca 2130 metrów długości. Nie dość, że Peru ma najgłębszy kanion i największe jezioro wysokogórskie, to jeszcze najdłuższa tyrolka. Jak było? To najlepsze półtorej minuty bez kontaktu z podłożem w moim życiu.

4
fot. Katarzyna Waśko fot. Katarzyna Waśko

Marsz przez Andy

Następnego dnia pobudka o piątej rano. Marzę o ciepłym prysznicu i drinku z palemką. Dostaję lodowatą wodę w wiaderku. Zakładam buty trekkingowe i kupuję dwa litry wody mineralnej. Musi wystarczyć, bo plecak i bez wody jest już ciężki.

Szlak robi się coraz bardziej stromy i niebezpieczny. Nie ma już drzew i indiańskich chat, są za to osuwiska skalne i wyłaniające się z chmur szczyty. Od wysiłku i wysokości kręci mi się w głowie. Na trasie zziajana mijam peruwiańską staruszkę, która z wielkim tobołkiem na plecach wędruje przez góry do swojej miejscowości. Ja umieram z przegrzania, a ona w kilkuwarstwowej ciężkiej spódnicy i swetrze przemierza Andy.

Plecak wydaje się coraz cięższy, a nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa. W końcu docieramy na nocleg u podnóży Machu Picchu. Pensjonat jest tak mały, że został w całości wynajęty tylko dla naszej grupy.

I wtedy przychodzi najcięższy moment wyprawy. Jest mi na zmianę ciepło i zimno, krew leci z nosa, a po chwili dochodzą wymioty. Jeszcze nigdy nie było mi tak słabo. Czuję, że tracę kontakt z rzeczywistością. Nie wiem czy to udar, choroba wysokościowa czy żołądkowa, a może wszystko razem. Wiem tylko, że nie mam siły szukać właściciela pokojów, w telefonie nie ma zasięgu, a najbliższy szpital jest parę godzin jazdy stąd.

Zwlekam się z łóżka, ledwo docieram do plecaka i trzęsącymi się rękami wyjmuję apteczkę. Wyciągam elektrolity, minerały, środki przeciwzapalne, przeciwgorączkowe, na zatrucia pokarmowe i wlewam w siebie ten koktajl. Padam na łóżko. Mam tylko nadzieję, że rano się jeszcze obudzę.

5
Fot. Shutterstock Fot. Shutterstock

Zaginione miasto marzeń

O świcie budzą mnie (udało się!) Australijczycy: "Wstawaj, dzisiaj nasz wielki dzień, Machu Picchu czeka!". Nie mogę odpuścić, chociaż mam ochotę tylko spać, spać, spać. Ale jakoś zwlekam się z łóżka i ruszam. Docieramy do wejścia, przechodzimy przez bramki kontrolne, po czym wspinamy się na najbliższy punkt widokowy. I stało się! Moje marzenie właśnie się spełnia!

Patrzę osłupiała na rozgrywające się przed nami widowisko. Mgły zaczynają opadać, a poranne promienie wpadają prosto do Świątyni Słońca w Zaginionym Mieście. Z minuty na minutę obraz staje się coraz jaśniejszy i wyraźniejszy. Kładę się na trawie - już nigdzie mi się nie śpieszy. To jest to miejsce i ta chwila. Jestem tak podekscytowana, że zapominam o wszelkich problemach żołądkowych, o potężnym bólu głowy, zapominam też nałożyć kremy z filtrem, więc następnego dnia wyglądam jak turysta po drzemce na plaży w Hurghadzie.

Machu Picchu to miejsce tajemnic, zbudowane bez koła i gwoździa. A takie tajemnice przyciągają turystów. Odkąd kursują autobusy pod samo wejście do Machu Picchu, miasto codziennie odwiedzają tysiące ludzi. Czasem jest tak głośno i tłoczno, że niemożliwe staje się podziwianie cytadeli. Trzeba sprawnie opracować slalom między grupami zwiedzających, uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż każdy zrobi dobre zdjęcie na Facebooka. Wybacz boże słońca - selfie zrobiłam i ja.

6
fot. Chensiyuan / Wikimedia Commons fot. Chensiyuan / Wikimedia Commons

Trzcinowy świat

Wracam pociągiem do Cusco (koniec z marszami, mam na razie dosyć!), które w języku keczua oznacza pępek świata. Cusco jest dla Peru tym, czym Kraków dla Polski - rozkochuje turystów czerwonymi dachówkami, drewnianymi balkonami i wąskimi brukowanymi uliczkami. Stamtąd ruszam nad jezioro Titicaca. Kupuję bilet na nocny przejazd do Puno położonego nad brzegiem akwenu. Gdy wsiadam do autobusu, pracownik linii robi mi zdjęcie.

- Bo jestem biała? - dopytuję.

Odpowiedź jest mało krzepiąca: - Ma pomóc przy identyfikacji zwłok, jeśli pojazd spadnie w przepaść lub napadną na niego gangi.

To może moje ostatnie zdjęcie, a ja zapominam się uśmiechnąć...

Wysiadam z autobusu nad ranem. 4000 metrów nad poziomem morza i dwa stopnie Celsjusza. A ja muszę czekać, aż otworzą jakiekolwiek biuro podróży. Marznę i czekam na słońce. Wreszcie dołączam do grupy Amerykanów płynących na wyspy Uros.

Plemiona Ajmara zamiast pływać po najwyżej położonym żeglownym jeziorze świata, budują na nim wyspy z trzciny. I nie tylko wyspy. Wszystko tutaj jest z trzciny: domy, łódki, meble, stroje i ozdoby. Trzcinę się je, trzciną się myje, trzcinę się pije. Jakby cały ich świat opierał się tylko na trzcinie.

Po wyspach chodzi się jak po gąbce - trzcinowe podłoże gnie się pod ciężarem każdego kroku. Zresztą można zrobić tych kroków kilkadziesiąt, bo przestrzeń jest zbyt mała. Każdą z 34 wysp zamieszkuje kilka rodzin. Grube Indianki w melonikach na głowie zachwalają towar: makatki, chusty i biżuterię, które są trzy razy droższe niż w innych częściach Peru.

7
fot. Ingo Mehling / Wikimedia Commons fot. Ingo Mehling / Wikimedia Commons

Kraina piasku

Chusty nie kupiłam, w końcu przyjechałam tu po emocje, nie na zakupy. Ruszam więc do oazy Huacachina - "raju dla kochających adrenalinę", jak głosi reklama. I nie kłamie: przede mną zabawa na buggy i jazda na desce!

Wokół oazy pustynia Atacama - piasek i ogromne wydmy. Zaczynam od dune buggy. Wsiadam do orurowanego pojazdu z szeroko rozstawionymi ogromnymi kołami i z silnikiem na wierzchu. Zapinamy pasy, gotowi - start! Przy prędkości 80 km/h wszystko zaczyna się zlewać w jedną żółtą plamę, przez co trudno znaleźć jakikolwiek punkt odniesienia.

Ścigamy się po wydmach. 150-konny silnik ryczy tak głośno, że zagłusza krzyki kiedy prawie dachujemy. Serce przyspiesza wraz z prędkościomierzem, następną prostą musimy wygrać my! Wyprzedzamy jadące koło nas buggy, po czym spadamy z kilkunastometrowej wydmy. Na szczęście na cztery koła! Krzyczę z radości i od razu piasek zgrzyta mi w zębach. Ale zabawa przednia. Zbudowałabym pomnik temu, kto wymyślił to cacko - najlepiej z piaskowca.

Zatrzymujemy się na szczycie jednej z najwyższych wydm. - Kolejny etap zaliczacie na desce - oznajmia opiekun eskapady, wyjmując spod siedzeń sandboardy. Smarujemy woskiem deski, przypinamy do butów i zaczynamy surfować po złotym oceanie. Czuję się prawie jak na stoku, z tym, że zamiast bieli wszędzie jest żółto, zamiast mrozu - ponad 30 stopni upału. Góra, dół - to samo na kolejnych wydmach i tak przez kilka godzin. Walczę, by utrzymać pion, bo od zawsze jeździłam na nartach. Rozgrzany piasek zdziera skórę, kiedy kolejny raz upadam. Próbuję innej techniki - jazdy na desce na brzuchu. Prawie jak saneczkarstwo - rozpędzam się, wskakuję na deskę i trzymając się mocowań zjeżdżam w dół. Wchodzę na kolejną wydmę i znowu zjeżdżam. I jeszcze raz.

Mogłabym tak do końca świata, ale trzeba kiedyś skończyć i ruszyć do domu. Gdy wracam do Polski jestem poobijana, poobcierana i spalona słońcem. To się nazywa przygoda!

Symbole religijne są tu wszechobecne. Krzyżyki wiszą na lusterkach samochodów, etykiety alkoholi są ozdobione krzyżami, grający w siatkówkę plażową mają wytatuowane krzyże na plecach, ramionach, łydkach. Pierwszy przechodzień, którego zapytałam o drogę, miał kolczyk w kształcie krzyża. Lima ma nawet swój mały Giewont z postawionym na szczycie kilkudziesięciometrowym krzyżem. Jako Polka mam więc fory - nasz kraj kojarzy się Peruwiańczykom tylko z Janem Pawłem II.

8
Szlak Inków, okolice Machu Picchu / fot. Shutterstock Szlak Inków, okolice Machu Picchu / fot. Shutterstock

Peru

Peru
Powierzchnia: 1 285 000 km˛
Ludność: 30 mln
Stolica : Lima (8 mln mieszkańców)
Waluta: sol (PEN) - około 1,12 zł
Język: hiszpański, keczua i ajmara

Peru jest trzecim co do wielkości po Brazylii i Argentynie państwem Ameryki Południowej. Na jego terenie znajdują się wysokie szczyty Andów, głębokie kaniony, pustynne wybrzeża i amazońska dżungla.

Ceny:
- Najdroższy jest bilet lotniczy - ja znalazłam promocję za 2600 złNoc w hostelu - od 20 soli
- Sycący obiad w lokalnym barze - od 8 soli
- Machu Picchu - 125 soli
- Dune buggy + sandboarding - 55 soli
- 6 tyrolek - 120 soli

W wielu miejscach można płacić dolarami.

Warto pamiętać:

- Szczepienie nie jest obowiązkowe, ale zaleca się przeciwko: żółtaczce typu A i B, tężcowi i błonnicy, żółtej febrze i durowi brzusznemu.
- Dobrze założyć limity dzienne na kontach - karty płatnicze są często klonowane.
- Można oblepić taśmą izolacyjną aparaty i kamery, żeby wyglądały na stare (zdarzają się kradzieże).
- Warto nauczyć się podstawowych zwrotów po hiszpańsku, w Peru mało kto zna angielski.

Czego spróbować:
- ceviche - surowa biała ryba w zalewie z limonek z cebulą i ostrą papryką
- cuy - świnka morska pieczona w całości
- anticuchos - szaszłyki z serc bawołu
- carne de alpaca - stek z alpaki
- chicha - napój ze sfermentowanych ziaren kukurydzy
- mate de coca - napar z koki
- pisco - rodzaj brandy

Warto zobaczyć:

- Kanion Colca - najgłębszy kanion na Ziemi
- Nazca - olbrzymie rysunki na pustyni
- Mancora - kurort nad oceanem, doskonałe warunki do surfowania

9
Więcej na ten temat: ameryka, podróże