William G. Morgan - człowiek, który dał nam siatkówkę

Radosław Nawrot
"Za brutalna - pomyślał o koszykówce wynalezionej przez Jamesa Naismitha. - i za dużo biegania. Gdy ludzie skończą studia, przestaną być młodzi, nie będą w stanie już w nią grać". I stworzył Mintonette. Stworzył siatkówkę.
Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com

William G. Morgan

Trzydziestoletni koszykarz, a może nawet trzydziestoletnia koszykarka? Dzisiaj to sytuacja absolutnie normalna. Pod koniec XIX w. nauczyciel William G. Morgan ze szkoły w Holyoke w stanie Massachusetts zakładał, że to wykluczone. To był jeden z powodów, dla których wymyślił siatkówkę - grę spokojniejszą, w jego mniemaniu wolniejszą i bardziej przydatną dla ludzi już nie pierwszej młodości. Drugim było to, że koszykówka po prostu nie za bardzo mu się spodobała.

Uczeń koszykarza

Można mieć wątpliwości, czy James Naismith rzeczywiście był pierwszy, jeśli chodzi o pomysł na koszykówkę. Przecież jak podaje historyk sportu prof. Wojciech Lipoński - już w 1875 r. pewien niemiecki nauczyciel postawił słupy z koszami i stworzył podobną do koszykówki grę nazwaną korbball.

Przy jej tworzeniu inspirował się starym dziełem "Wahrhaftigen Abkonterfeyung de Wilden im Amerika" (Prawdziwy opis dzikiej Ameryki) i zawartymi w nim relacjami o różnych grach Indian. Wrażenie zrobiła na nim zwłaszcza ullamaliztli praktykowana przez Majów i Azteków. Z kolei Naismith był pod wpływem dziecięcej gry zwanej "Kaczka na kamieniu" (Duck-on-a-Rock), bardzo popularnej w Kanadzie, choć mającej ponoć jeszcze średniowieczne, europejskie korzenie.

W wypadku siatkówki wahań już nie ma. Była autorskim pomysłem Morgana. Czym się inspirował? Odpowiedź prosta: Naismithem i jego koszykówką. Kanadyjczyk pracujący w szkole w Springfield w USA opracowywał ciekawą grę zespołową dla studentów, przydatną do zagospodarowania im czasu zimą. Szkołą kierowała katolicka organizacja dla młodych mężczyzn YMCA. Morgan akurat był jednym z jej uczniów. Placówka miała dobrą reputację i rodzice Williama nie pożałowali grosza, by umieścić najstarszego ze swych synów w jej murach. Dlatego zimą 1891/1892 jako student tej uczelni miał okazję przyjrzeć się nowej dyscyplinie Naismitha, nawet ją uprawiać.

Nie polubił jej.

1
Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com

Bez dotykania

Uważał, że jest zbyt szybka i agresywna, grozi wieloma kontuzjami, a jej nadmierne tempo jest dobre co najwyżej dla młodych i sprawnych studentów. Nie odpowiadało mu wydzieranie sobie piłki, walka wręcz na boisku, ocieranie się o siebie spoconych ciał. Słowem - był zdania, że to nie jest gra przeznaczona dla wszystkich.

Kiedy zatem kilka lat później, już po studiach, objął posadę nauczyciela wychowania fizycznego w innej szkole, w Holyoke, postanowił wymyślić coś innego, alternatywnego dla koszykówki. Coś bardziej uniwersalnego, dla ludzi w każdym wieku i niekoniecznie gotowych na bezpośredni kontakt z innymi.

Holyoke leżało zaledwie osiem mil od Springfield, po drugiej stronie rzeki Connecticut. Można więc powiedzieć, że siatkówka i koszykówka są ze sobą od początku spokrewnione. Co ciekawe, Holyoke to miasteczko w dużej mierze polskie. Jeszcze dziś 25 proc. mieszkańców deklaruje takie właśnie pochodzenie. Być może polskie zamiłowanie do siatkówki nie jest przypadkowe.

Gra Morgana oparta była nieco na tenisie, nieco na badmintonie. Jak później wspominał twórca siatkówki, przy jej opracowywaniu najpierw myślał o zaproponowaniu swoim uczniom właśnie tych sportów, ale ponieważ wymagały specjalnych rakietek, odrzucił je jako nieprzydatne i zbyt drogie. Pomysł z przebijaniem piłki przez siatkę, bez specjalnego biegania i mieszania się na całym boisku, a także bez wyrywania sobie piłki, uznał jednak za bardzo sensowny, bo elegancki i higieniczny. W swej grze widział estetykę przypominającą tenis, który bardzo mu imponował.

Nowa gra stanowiła jednak rodzaj dziwadła w sportowym świecie końca XIX w., bo nic podobnego nikt dotąd nie wymyślił. Tenis czy badminton to jedno, ale tu mieliśmy przecież do czynienia z grą zespołową, a nie indywidualną. Niemal zupełnie bezkontaktową i bezdotykową grą zespołową, która nie przypominała żadnej innej dotąd stworzonej.

Strażak spisuje reguły

Według jednej z dziesięciu zasad wymyślonych przez Morgana, gracze mieli przerzucać piłkę nad siatką zawieszaną na takiej wysokości jak w tenisie, a zatem bardzo nisko. Według niego rozgrywka miała się składać z dziewięciu rund, a w każdej z nich drużyny serwowały trzykrotnie. Nauczyciel z Massachusetts nie przewidywał ograniczeń w liczbie zawodników każdego zespołu ani ograniczania liczby podbić piłki po jednej stronie siatki, za to wprowadził do gry zapożyczony z tenisa podwójny błąd serwisowy. To znaczy - każdy zawodnik miał prawo się raz pomylić na zagrywce, dopiero przy drugim wpakowaniu piłki w siatkę czy wybicie na aut punkt zdobywał przeciwnik.

Do pomocy w opracowaniu tych zasad William Morgan zaprosił swoich dwóch przyjaciół - Franka Wooda i Johna Lyncha. Byli trochę lepiej od niego wykształceni i fachowo spisali reguły gry według jego sugestii.

Gra w siatkówkę przy takich zasadach byłaby dzisiaj dziwaczna i trudna. Nic dziwnego, że szybko zaczęły się zmieniać. Podobnie zresztą jak nazwa samej gry.

Pierwszy jej pokaz odbył się 9 lutego 1895 r. w... szkole Naismitha w Springield. Jej dyrektor usłyszał o pomyśle swojego byłego ucznia. Zainteresował się nim. Poprosił Morgana, aby zademonstrował nowy sport. Ten zabrał więc z Holyoke dziesięciu uczniów i sformował z nich dwa zespoły po pięciu graczy w każdym. Wiadomo, że kapitanem jednej z nich był człowiek o nazwisku J.J. Curran, a drugiej - wspomniany John Lynch, współtwórca zasad i zarazem szef straży pożarnej w miasteczku. Z zespołami do Springield pojechała też liczna grupa mieszkańców Holyoke, by podczas pokazu nie zabrakło odpowiedniego dopingu.

2
Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com

Wszystko ok, tylko ta nazwa

Przed historycznym meczem William Morgan wygłosił krótkie przemówienie, w którym wyjaśnił zasady nowej gry, nadmienił, że zaprojektowano ją jako halową propozycję ruchu i ćwiczeń dla uczniów na zimę, ale nie widzi przeszkód, by grać w nią także na otwartej przestrzeni. Ponieważ każde odbicie piłki o podłoże oznacza koniec akcji, zatem - jak słusznie zauważył - nie trzeba do niej parkietu, betonu, równiutkiej trawy czy ubitej gładko ziemi, umożliwiającej regularne odbicia. Jego grę można uprawiać wszędzie. Dodał, że liczba zawodników może być dowolna i że gra nazywa się... mintonette (co wskazuje na pokrewieństwo do badmintona).

Pokaz bardzo się spodobał, ale obecny na nim profesor Alfred Halstead, specjalista od wychowania fizycznego, miał wątpliwości co do nazwy. Zaproponował, by ją zmienić. Według niego należało grę nazwać raczej volleyball, po przecież piłka krążyła między zawodnikami bez dotykania ziemi. "Volley" po angielsku oznacza uderzenie bezpośrednio z powietrza, jak w tenisie. "Ball" natomiast to piłka. Volleyball zatem oznaczało piłkę uderzaną bez dotykania jej o podłoże. Morgan się zgodził na zmianę i nie upierał przy swojej mintonette.

Zmodyfikował też zasady. Podniósł siatkę, do wysokości 1,98 metra (dzisiaj wisi ona zdecydowanie wyżej - na wysokości 2,43 metra dla mężczyzn i 2,24 metra dla kobiet), a jeden zespół miał się odtąd składać tylko z dziewięciu zawodników. Morgan opisał swój zmodyfikowany pomysł i jego zasady w czasopiśmie "Physical Education", co szybko dodało mu popularności.

Już rok później grę dołączono do oficjalnego spisu YMCA Athletic League. Początkowo zawodnicy próbowali grać w nią za pomocą piłek używanych do koszykówki Naismitha. Nie nadawały się one jednak zupełnie, były za ciężkie i nieporęczne. William G. Morgan zamówił więc nowe piłki w położonej niedaleko firmie produkującej sprzęt sportowy - A.G. Spalding & Bros. Ich powłoka została wykonana z gumowej dętki, średnica wahała się od 25 do 27 cali, a waga od 9 do 12 uncji (a zatem waga piłek mogła osiągać nawet 340 gramów). Były zatem cięższe niż obecne , którymi chociażby polscy siatkarze tak dobrze radzili sobie podczas Pucharu Świata w Japonii. Dzisiaj piłki ważą maksymalnie 280 g.

Od początku gender-równość

Dzięki kronikom uczelnianym sporo wiemy o początkach koszykówki i siatkówki, o pierwszych pokazach i tym, co wówczas robił William Morgan. Informacji na temat jego późniejszego życia nie ma już jednak zbyt wiele. Wiadomo tylko tyle, że z czasem przestał w ogóle zajmować się siatkówką, a nawet pracować w szkole. Dwa lata po prezentacji siatkówki, a zatem dość szybko, rzucił charytatywną działalność w YMCA. Jego wynalazek, dzisiaj przynoszący miliony na całym świecie, wtedy był jedynie świetlicową grą, na której nie dało się zarobić. Nie w czasach amatorskiego sportu. Kiedy Morgan wymyślił siatkówkę, miał zaledwie 25 lat. Musiał dość szybko znaleźć pracę. I znalazł - co ciekawe, u Thomasa Edisona, jednego z największych innowatorów tamtej epoki. W tym samym mniej więcej czasie, gdy Morgan pokazywał swą grę, Edison łączył różne firmy w General Electric, wkrótce światowego giganta. Później Morgan przeniósł się do koncernu wielkiego rywala Edisona - George?a Westinghouse?a.

Morgan nie brał już żadnego udziału w dalszym rozwoju siatkówki, rozwoju - podkreślmy - błyskawicznym. W przewodniku sportowym z 1916 r. znajdziemy informację o tym, że w "volleyball" grało wówczas w Stanach Zjednoczonych już ponad 150 tysięcy osób. Autor przewodnika szacował, że w YMCA uprawiało ją 70 tysięcy mężczyzn, w YWCA (organizacji żeńskiej) - aż 50 tysięcy kobiet, w szkołach - 25 tysięcy uczniów obu płci i wreszcie w college?ach - 10 tysięcy młodych mężczyzn. To pokazuje, że siatkówka - jak mało która gra zespołowa - od samego początku była na równi praktykowana zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety.

W tym czasie w siatkówce wprowadzono kilka elementów, z których dzisiaj ją znamy - gracze zaczęli skakać do bloku, a liczbę punktów potrzebnych do wygrania partii zmniejszono z 21 do 15 (co zaproponowali... Chińczycy). Dzisiaj jest to 25 punktów, ale pamiętajmy, że przepis zakładający zwycięstwo w secie po zdobyciu piętnastego punktu obowiązywał bardzo długo, niemal do końca XX w. Przy czym wtedy taki punkt można było zdobyć jedynie przy swojej zagrywce, a nie w każdej akcji, jak obecnie.

Potem liczbę graczy zmniejszono do sześciu, a jeszcze później pojawiła się reguła trzech dozwolonych odbić w jednej akcji po każdej stronie siatki. Dziś trudno wyobrazić sobie mecze takie, jakie rozgrywano wcześniej, gdy piłkę można było odbijać na swojej połowie boiska właściwie bez końca.

3
Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com Fot: Library of Congress; University of Minnesota Libraries, Kautz Family Ymca Archives; Ensuper, picsfive/shutterstock.com

Filipińscy geniusze taktyki

Na początku XX w. siatkówka przeniosła się do Kanady, Ameryki Południowej, do Europy, gdzie podczas przerw w walkach na froncie zachodnim I wojny światowej demonstrowali ją żołnierze amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego generała Johna Pershinga, i wreszcie do Azji, na Filipiny, gdzie zaniosły ją amerykańskie oddziały kolonialne. I to właśnie tam, w 1913 r. rozegrany został pierwszy międzynarodowy turniej. Odbyło się to w ramach pierwszych Igrzysk Dalekiego Wschodu. Wystartowały Filipiny, Chiny i Japonia. Zachowały się zdjęcia pokazujące chiński zespół grający w siatkówkę na otwartym, ziemnym stadionie w tropikalnych strojach z długimi porciętami i w białych kapeluszach, ale nie wiadomo, kto wygrał. To jednak Filipińczykom zawdzięczamy wiele istniejących do dzisiaj elementów taktyki siatkarskiej.

Sam William G. Morgan w artykule dla "Winged Acorn", opublikowanym w 1932 r., na dziesięć lat przed jego śmiercią, potwierdził, że wciąż żywo interesuje się wymyślonym przez siebie sportem. - Mam nadzieję, że dalej będzie użyteczny dla ludzi - skwitował.

Kiedy myślę o początkach siatkówki, to wszystko wydaje mi się jakimś snem

4
Więcej na ten temat: exclusive, siatkówka, william morgan