FOMO - najgroźniejszy syndrom współczesności?

Jakub Korus
Tekst przed tobą ma jakieś 10 tys. znaków. Jeżeli przed jego ukończeniem choć raz zerkniesz na Facebooka albo Twittera - masz problem. Zamiast zaglądać na profil* (*tu wpisz, który odwiedzasz najczęściej), sprawdź, czy nie cierpisz na FOMO.
Fot. Getty Images Fot. Getty Images

FOMO: Paniczny strach

Moja trzecia ręka - mówi mi Paulina, pulchna brunetka, kładąc na drewnianym kawiarnianym stoliku swojego iPhone'a 7. - Służbowy mail, skrzynka kontaktów z pracy, Facebook, Twitter i Instagram. Miałam Snapchata, ale jestem na niego za stara, odinstalowałam, kiedy pojawiły się Instastories - wylicza. Pracuje jako kierownik projektu w jednej ze stołecznych firm budowlanych, do ciągłego korzystania ze smartfona przyzwyczaiła ją - a przynajmniej tak twierdzi - praca. Dobrze być stale na bieżąco.

I widocznie jest. Zanim dopijemy kawę, sprawdzi go kilkukrotnie, właśnie dlatego, aby nic jej nie umknęło. Ilu z nas tak ma? Jeżeli wierzyć statystykom - trzech na czterech millenialsów. Bo właśnie tyle osób w tym pokoleniu (ale i wśród 30-, 40-latków nie jest inaczej) może cierpieć na coś, co psychologowie nazywają FOMO, a co jest skrótem od "fear of missing out". Panicznie boimy się, że coś nas ominie. Umknie nam wiadomość od szefa, przypomnienie o urodzinach Maćka, nowa okładka wchodzącego na rynek magazynu albo zdjęcie Majki z wakacji (zaręczyli się już czy nie?).

Czyż nie zawsze tak było? Zawsze - wszak określamy się poprzez bycie w grupie, życie wśród ludzi. Sęk w tym, że internet i społecznościówki doprowadziły to do absurdu. Kiedy na początku tej dekady Facebook wprowadzał pierwszy algorytm selekcjonujący treści na naszych wallach, Mark Zuckerberg szacował, że pojawia ich się nam jakieś 1500 dziennie. Ile jest teraz, jeśli przemnożyć je przez liczbę wszystkich aplikacji, z których korzystamy, dodać Twittera, Pinteresta i resztę? Nic dziwnego, że sięgnięcie po telefon to nasz naturalnych odruch, kiedy otwieramy oczy.

W końcu w nocy mógł zawalić się świat. Z mapy Warszawy mógł zniknąć Pałac Kultury, Bayern mógł sprzedać Lewego, a Andżelika mogła przespać się z Piotrkiem (na to się akurat zanosiło, ale dobrze to sobie potwierdzić).

1
GRZEGORZ CELEJEWSKI GRZEGORZ CELEJEWSKI

FOMO: Mecz w czasie rzeczywistym

Rozwód ze społecznościówkami jest tym trudniejszy, że część z nich nierozerwalnie związała się z naszym prawdziwym życiem. Przykład?

Sobota, 10 lutego, średnia skocznia narciarska w Pjongczangu. Po pierwszej serii podium już wydaje się należeć do Polaków: Stefan Hula wskoczył na pierwsze, Kamil Stoch na drugie miejsce. Niestety, konkurs się sypie - wiatr wieje za mocno, skoczkowie marzną na rozbiegu, czekając na start, który się odwleka. W efekcie trzeba się pożegnać z medalowymi nadziejami, bo polskim sportowcom udaje się wskoczyć zaledwie na czwarte i piąte miejsce.

Michał Pol, jeden z najważniejszych polskich dziennikarzy sportowych, pisze na Twitterze: "Myślałem, że tylko futbol jest okrutny... Metra zabrakło Huli do medalu, Stochowi pół...". Jego wiadomość niemal natychmiast zyskuje prawie 300 polubień, w komentarzach rozpoczyna się dyskusja na ponad 40 wpisów. Co to oznacza?

Mamy już tendencję do oglądania sportu ze smartfonami w rękach. Podobnie jest z meczami reprezentacji czy ulubionych drużyn europejskich lig. Choć sportowcy biegają jeszcze po boisku, a mecz się nie skończył, konta Rafała Steca, Tomka Smokowskiego czy Zbigniewa Bońka rozpalają się do czerwoności. Gdzieś w Polsce oznacza to kolejnego internautę, który śledzi rozgrywki na dwóch ekranach - telewizora i telefonu - bojąc się cokolwiek przegapić.

Nie inaczej jest z podróżami, koncertami czy wizytami w kinie. Widzieliście zdjęcia przyjaciół z koncertu U2, jeszcze zanim się zaczął? Kolega wrzucił na Twittera krótką recenzję nowych "Gwiezdnych wojen"? Mąż siostry zapostował zdjęcie Bruno Marsa wykonane z odległości stu metrów, przez co wygląda jak cyknięte żelazkiem? Koleżanka ma już na Instagramie fotografię biletów na Eda Sheerana? Witamy w świecie FOMO.

Mówi Pola: - Stoję pod figurą Chrystusa w Rio, robię zdjęcie panoramy. Odwracam się, a bok mnie jest kilkaset osób, które robią sobie identyczne selfie, zapewne tylko po to, by za chwilę wrzucić je na społecznościówki. Uwieczniłam to sobie, ale od tego momentu w podróż zabieram już tylko aparat analogowy. Zdjęcia przejrzę po powrocie, na spokojnie, a nie na ekranie cyfrówki czy smartfona, gdy w okolicznej knajpie zatrzymam się na obiad. Przestałam też ich robić po dwa tysiące.

2
Fot. Getty Images Fot. Getty Images

FOMO: detoks

Są też ludzie, którzy z uzależnieniem próbują zerwać radykalnie. Tak jakby odstawiali alkohol czy papierosy.

Kiedy się umawiamy na początku lutego, Michał mówi do mnie tak: - Pisz do mnie SMS-a, wiadomość na Messengerze może nie dotrzeć. Ograniczam Facebooka, sprawdzam go tylko wieczorem. To jakiś monstrualny pożeracz czasu - mówi.

Na dowód pokazuje swój profil wypalony niemal do gołej ziemi. - Zostawiłem około stu najbliższych znajomych, resztę wyrzuciłem lub poukrywałem. Profili, które kiedyś zalajkowałem, nie śledzę, więc nie wyświetlają mi się na wallu.

Osób z podobnym postanowieniem przybywa. Niestety, ku uciesze i kpinom większości znajomych, w noworocznym postanowieniu wytrzymują krótko. Michał - miesiąc. Na początku marca już w najlepsze odpisywał mi jeszcze przed obiadem, a w powiadomieniach zobaczyłem kilka informacji na temat informacji, które skomentował. Zmienił też zdjęcie profilowe. Nowy rok, nowy on.

Są jednak i tacy, którzy w swoim postanowieniu wytrwali. Jednym z nich jest Mateusz Nowak, redaktor serwisu Spider's Web, który odstawił Facebooka jeszcze w 2015 r. - Od dłuższego czasu miałem świadomość, że ta społecznościówka absorbuje mnie dość mocno, za mocno. I co więcej, zwykle po prostu tracę na/dla niej czas - wspominał, opisując swoje doświadczenia. Dodawał też, że spaliły na panewce wszystkie próby skonfigurowania Facebooka tak, aby dostarczał jakościowe treści. Prędzej czy później i tak oglądał gify z kotami albo zdjęcia czyjegoś dziecka na nocniku.

Czy detoks poszedł łatwo? Nie.

- Myślałem, że odcięcie pępowiny będzie łatwe. Myliłem się jednak i przez kilka(naście) kolejnych dni zaglądałem sporadycznie na Fejsa, żeby sprawdzić, czy wszyscy żyją i czy pod moją nieobecność sytuacja w internecie nie wymknęła się spod kontroli - tłumaczył w swoim wpisie.

Kiedy jednak przetrwał najgorszy okres, okazało się, że świat się nie zawalił i spokojnie trwa sobie dalej. - Znajomi nadal wrzucają statusy z codziennych treningów oraz zdjęcia hamburgerów. Co jakiś czas pojawia się wysyp check-inów ze znanych i modnych miejsc. Podsumowując, nic się nie dzieje - ironizował.

3
Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta

FOMO: pogadajcie ze sobą

Być może dlatego rośnie liczba miejsc, które próbują wygrać tym, że pozwalają się na chwilę urwać ze smyczy wirtualnej rzeczywistości. W Barze Prasowym na Marszałkowskiej w Warszawie nie bez przyczyny stoi rzucający się w oczy stand: "Nie mamy wi-fi, porozmawiajcie ze sobą".

Czy faktycznie się to sprawdza? Trudno powiedzieć - cześć bywalców, zaglądających tam w dzień powszedni zaraz po otwarciu, żeby podjeść sobie naleśników, i weekendowi hipsterzy to grupy, które trudno posądzać o reprezentatywność - szczególnie w czasach internetu LTE. Ale sam fakt powstawania takich miejsc sporo mówi o rzeczywistości, w której żyjemy.

Hasła warszawiacy nie wymyślili oczywiście pierwsi. Pionierami w Europie byli najpewniej Holendrzy, kiedy jedna z sieci spożywczych już w 2012 r. zablokowała wszystkie sygnały radiowe w promieniu 5 metrów od swoich lokali. Hasło "No, we don't have wi-fi, talk to each other" jako pierwsi mieli natomiast wywiesić na drzwiach kawiarni Finowie. W USA, gdzie przedstawiciele wolnych zawodów najszybciej zamienili kawiarnie w kolejne openspejsy, właściciele lokali podejmowali podobne próby już nawet dekadę wcześniej.

Twórcy przestrzeni wolnych od internetu mieli zresztą świetny argument - kawiarnie powstawały jako miejsce spotkania, rozmowy ze sobą grup ludzi, towarzyskiego fermentu. I choć trudno w to uwierzyć, w sieciówkach, w których freelancerzy przychodzą popracować i wi-fi zdaje się być wliczone w cenę kawy, tak przecież w istocie kiedyś było. W barze mlecznym, jakim jest warszawski Prasowy, dochodzi jeszcze jeden aspekt - towarzystwo jest wpisane w ideę takiego miejsca. Klienci nigdy nie mogą tam zająć całego stolika - jeżeli jest choć jedno wolne krzesło, możesz się dosiąść.

Jak na to reagują bywalcy podobnych lokali? Różnie. Właściciele HotBlackCoffee w Toronto, z którymi rozmawiali dziennikarze, przyznawali, że rzucone w oskarżycielskim tonie pytanie: "Jak to nie macie wi-fi?!", było jednym, z tych, z którymi musieli mierzyć się najczęściej. Dość długo w sieci pojawiały się również negatywne oceny przestrzegające przed kawiarnią, jako miejscem "bez internetu". Szybko jednak kawiarnia - twierdzą właściciele - zyskała swoją klientelę, która ceni sobie strefę wolną od laptopów i tabletów.

Czy to popularny trend? Znawcy kawiarnianego rynku twierdzą, że nie. Miejsca wolne od wi-fi i laptopów są ciągle mniejszością, a brak internetu staje się raczej miłym dodatkiem na wzór kącików dla dzieci. Nie ma ich wszędzie, ale tam, gdzie funkcjonują, mogą dawać rynkową przewagę.

Pozostaje to też w zgodzie z tym, co mówią sami właściciele i menedżerowie lokali. - Oczywiście, jak ktoś przychodzi z iPhone'em i korzysta ze swojej sieci, to mu tego nie zabraniamy. Mamy profil na fejsie czy kanał na YouTube, ale wydaje nam się, że powinien zostać zachowany zdrowy rozsądek - mówił jednemu z większych tygodników Aleksandar Ćirlić, menedżer warszawskiego Prasowego.

4
Fot. Shutterstock Fot. Shutterstock

FOMO: strefa wymuszonego luksusu

Podobnych miejsc - twierdzą specjaliści - będzie jednak przybywać. Dlaczego? Czas wolny, rozumiany jako czas bez smartfona, powoli staje się dla nas luksusem. Szczególnie w rzeczywistości, w której telefon podłączony do internetu pozwala nas złapać wszędzie - podczas weekendowego city break'u, na niedzielnym obiedzie u rodziców czy podczas dwutygodniowych wakacji. Bo właściwie co dziś zaczyna oznaczać "czas wolny"? To moment, kiedy możemy wyłączyć telefony i urwać się od ciągłej konieczności sprawdzania służbowego maila.

Z tego samego powodu popularność zdobywają też miejsca, w których wi-fi nie ma już z samego założenia - nie pozwala na to infrastruktura czy sytuacja. - Wiesz dlaczego chodzę na basen? - pyta mnie Ola, która od dwóch lat uprawia triathlon. - Bo to półtorej godziny tylko dla mnie. 60 minut spędzę w wodzie, gdzie nikt nie zawraca mi głowy, jestem sama ze swoimi myślami. Potem nikt mnie nie zaczepi w czasie suszenia włosów i przebierania. Telefon mam ukryty w szafce i na dnie plecaka - mówi. - Nawet bieganie nie daje mi takiego komfortu, zawsze ktoś może zadzwonić - tłumaczy. - Zresztą im popularniejsze są biegi, tym więcej pojawia się aplikacji, które pozwalają pochwalić się wynikiem. Wiesz, o co chodzi? Te wszystkie statusy na Facebooku, że ktoś właśnie przebiegł 10 km po parku w Madrycie. Irytowało mnie to, bo jak często to robisz? Ja zazwyczaj biegam po Skaryszaku - żartuje.

- Serwujesz sobie wymuszony mindfulnes - mówię do Ryszarda, z zawodu redaktora, który cztery razy w tygodniu odwiedza stołeczną Warszawiankę, jeden z trzech w mieście basenów długich na 50 m. - Nie lubię tej całej modnej nowomowy - odpowiada. - Ale kiedy zakładam maskę do nurkowania i przez godzinę nie muszę wyściubiać nosa z wody, mam czas tylko dla siebie. Zero powiadomień, zero telefonów, zero bycia na bieżąco z całym światem. Niby banalne, ale dzisiaj to dość niecodzienny luksus.

5
ŁUKASZ GŁOWALA ŁUKASZ GŁOWALA

5 rad jak poradzić sobie z FOMO

1. Wygospodaruj czas, kiedy możesz sięgnąć po ciekawą książkę lub ulubiony magazyn. Ciesz się tym, że robisz to dla siebie, a nie na pokaz.

2. Małymi krokami postaraj się ograniczać swoją aktywność w mediach społecznościowych. Ustal jedną porę, kiedy będziesz sprawdzać wszystkie swoje konta. Dojeżdżasz do pracy albo szkoły? Niech to będzie czas dojazdu - powiedzmy pomiędzy 7:30 a 8:30 oraz godziny powrotów.

3. Nie trzymaj telefonu przy łóżku. Znajdź dla niego inne miejsce, które sprawi, że sprawdzenie kont na społecznościówkach nie będzie pierwszą aktywnością, którą wykonasz po przebudzeniu (dobry sposób to podłączanie go na nocne ładowanie, np. na stoliku w innym pokoju).

4. Spotykaj się naprawdę. Masz kolegę czy przyjaciółkę, z którymi nie widziałeś się od dawna, ale często rozmawiasz z nimi na Messengerze? Wybierzcie się na lunch, kawę lub piwo. Szybko przekonasz się, że prawdziwa relacja bije na głowę rozmowy w sieci.

5. Wyjdź bez smartfona. Zapoluj na bilety na mecz ulubionej drużyny, zobacz go na żywo. Telefon zostaw w domu, taksówkę złapiesz na najbliższym postoju - świat się nie zawali, jeżeli raz nie zamówisz Ubera.

6