Podróż do Etiopii: procesja zamiast piłki

Sławek Muturi
Północna Etiopia to starożytna tradycja, kościoły i arka przymierza. Południowa jest dziksza. A Addis Abeba to afrykańska metropolia. Jest tu bałagan, jest brud, ale jest też nowoczesna kolejka. Miasto kontrastów.
[autor fot./rys] zdjęcia: dereje/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: dereje/shutterstock.com

Gdzie jest Ambasador?

Z tym PNA* to w ogóle była dziwna sprawa. Początkowo miał się odbyć w Maroku i tam zarezerwowaliśmy hotel z żoną, córką i synem. Ale puchar przeniesiono do Gwinei, więc kobiety wybrały plaże Maroka, a ja z synem pojechałem do Etiopii.

Brzmi dziwnie, ale był to celowy zabieg. Gwinea Równikowa to jeden z najmniej dostępnych krajów na świecie. Łatwiej wykupić wycieczkę do Korei Północnej, niż dostać wizę do Gwinei. Kilka lat temu był to ostatni kraj na świecie, którego nie odwiedziłem, i wtedy stawał się już trochę moją obsesją. Odbijałem się od jej ambasad w Londynie, Brukseli i Berlinie. Odbijałem się, bo nawet nie chcieli przyjmować wniosków wizowych! Nie, bo nie. Boją się chyba zamachów stanu, bo tamtejszy rząd położył łapę na ropie naftowej i już raz najemnicy próbowali dokonać przewrotu.

Z wizą wtedy udało mi się właśnie w Etiopii. Bo Addis Abeba to taka afrykańska Bruksela, tam są siedziby wielu organizacji międzynarodowych, m.in. Unii Afrykańskiej. Pomyślałem, że tam jest większa szansa. Poszedłem do ambasady, pokazałem mój kenijski paszport i poprosiłem o wizę.

- Proszę wrócić za kilka miesięcy. Nie ma ambasadora - powiedziała pani w recepcji.

- A kiedy będzie?

- Nie ma w ogóle, nie został mianowany.

- W takim razie chcę rozmawiać z chargé d'affairs.

Ona była tak zdziwiona, że ja wiem, kto zarządza ambasadą, gdy nie ma ambasadora, że grzecznie umówiła mnie na spotkanie. Rozmowa szła jak po grudzie, już traciłem nadzieję, ale nagle okazało się, że on studiował w Moskwie, a ja mam nie tylko paszport kenijski, ale i polski. Z perspektywy Afryki Moskwa i Polska są tak blisko... Urzędnik zaczął się uśmiechać i od ręki podpisał wniosek wizowy.

No, ale to było kilka lat temu, a teraz się nie udało. Syn miał przeterminowany kenijski paszport, a na polski o wizie można zapomnieć. Ale pomyśleliśmy, że będziemy oglądać mecze w barach. Zawsze to bary afrykańskie, a nie polskie!

. . .

* - zawody o Puchar Narodów Afryki

1
[autor fot./rys] zdjęcia: matej hudovernik/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: matej hudovernik/shutterstock.com

Post to normalka

Bary może i afrykańskie, ale piłka angielska. Nasz hotel nie wykupił abonamentu na stacje kodowane, więc ruszyliśmy z synem w miasto. Jeden bar, drugi, trzeci... nigdzie nie ma transmisji. Ktoś nam powiedział, gdzie jest bar sportowy. I rzeczywiście, rzędy krzesełek dla kibiców, telewizor, a na ekranie grała... Chelsea Londyn. Do tego była to powtórka meczu! Próbowaliśmy negocjować - nie da się. Jednego wieczoru zmontowaliśmy koalicję widzów na rzecz Pucharu Narodów Afryki. Obejrzeliśmy pierwszy mecz, ale bez dźwięku, aż tak ustąpić nam nie chcieli. Ale gdy zaczął się drugi mecz, bar opustoszał, a my dostaliśmy rachunek. Okazało się, że wypłoszyliśmy klientów, którzy chcieli oglądać powtórki ligi angielskiej, więc zamykają!

I chyba żeby nas dobić, zadzwoniła moja żona i powiedziała, że PNA jest super i że ona ma w Maroku wszystkie mecze... Odbiłem sobie po powrocie. Żony jeszcze nie było, więc nakupiłem jedzenia i przez kilka dni nie wychodziłem z pokoju, tylko oglądałem transmisje.

Ale nie narzekam. Zobaczyłem za to etiopską procesję, bo Trzech Króli wypadało tam 19 stycznia. Etiopczycy są bardzo religijni. Na przykład w sumie mają jakieś 300 dni postu w roku, łatwiej zjeść postne danie niż normalne. Albo właściwie - postne jest po prostu normalne. No i mają mnóstwo świąt.

Święto Trzech Króli wypadało w poniedziałek, ale świętowanie zaczęło się już w sobotę. Wszystkie kościoły udekorowane, kobiety w tradycyjnych strojach, mężczyźni ubrani na biało... niesamowity widok. A w poniedziałek przez miasto przechodziły procesje składające się z dziesiątek tysięcy ludzi. Wyglądało to tak, jakby cała Addis Abeba szła w procesjach albo się im przyglądała.

My poszliśmy za jedną. Co kilkaset metrów stał tron, zbliżali się do niego królowie, a tuż przed nimi chóry. Ale jakie... to takie chóry po kilkaset osób, wszyscy cały czas śpiewają. Potem procesja się zatrzymuje, czerwony dywan jest zwijany, a potem rozwijany na następny odcinek, do następnego tronu. I tak przez prawie cały dzień. Blisko kościoła odłączyliśmy się, nie chcieliśmy przeszkadzać, to było ich święto, ja byłem tylko gapiem.

2
[autor fot./rys] zdjęcia: martchan/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: martchan/shutterstock.com

Kawa po Etiopsku

Przypadek to największy przyjaciel turysty. Przez przypadek zostałem w Etiopii, przez przypadek widziałem procesję, również przez przypadek wziąłem udział w ceremonii picia kawy. Te kraj to przecież kolebka kawy, i mają starą, niezwykle ciekawą tradycję jej podawania.

Przechodziliśmy obok jakiegoś hotelu i nagle stojąca w drzwiach kobieta zaprosiła nas do środka. A tam część podłogi wyłożona trawą, pośrodku malutkie palenisko na węgiel drzewny. Usiedliśmy. Gospodyni, bo to zawsze jest kobieta, w garnuszku prażyła świeżutkie ziarna kawy. Ja nie jestem kawoszem, kawę piłem kilka razy w życiu, ale ten zapach jest przepiękny. Potem mielenie, choć tu była droga na skróty, nasza gospodyni wyciągnęła już zmieloną kawę. Zauważyłem to, a ona zaczęła się śmiać, że jestem pierwszą osobą, która spostrzegła, że ona ma już przygotowane zmielone ziarna.

Kawę parzy się trzy razy. Ta z pierwszego parzenia jest bardzo mocna, ale łagodna jak aksamit, i jakby trochę owocowa, odświeżająca. W Etiopii słodzi się ją troszeczkę, niewiele, jedna mała łyżeczka cukru na filiżankę. Druga i trzecia filiżanka są już słabsze.

Do kawy podaje się małe świeże bułeczki - to tradycyjny dodatek. Ale dają również popcorn. Taki normalny, lekko solony popcorn, jak w amerykańskim kinie. To chyba nowa świecka tradycja, nie sądzę, aby to było coś z czasów króla Salomona i Saby.

3
[autor fot./rys] zdjęcia: aleksandr hunta/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: aleksandr hunta/shutterstock.com

Dreamlinery i busiki

Podróżowanie w Etiopii jest pełne kontrastów. Z jednej strony są ich linie lotnicze. Duma całego kraju. Jako jedne z pierwszych linii kupiły dreamlinery. Słyszałem, że kiedy wykryto w nich usterki, to polskie samoloty latały do serwisu właśnie do Addis Abeby. No i właśnie, jest nowoczesne lotnisko i te latające cuda techniki. Kiedy przylecieliśmy, poszliśmy piechotą poszukać minibusów do miasta. Mam uraz do taksówkarzy na lotniskach. Zwykle to jest tak, że kurs z lotniska do miasta kosztuje trzy razy więcej niż w odwrotnym kierunku. Idziemy sobie z synem, jest poranek, cieplutko, za nami to nowoczesne lotnisko, a przed nami ulica, przez którą jakiś mężczyzna prowadzi stado kóz. Jedna się zagubiła, zauważyłem to, odwróciłem się, by go zawołać, i wtedy zobaczyłem jeden z najdziwniejszych widoków na świecie. Wokół nas coś w rodzaju slumsów, zdezelowane, zardzewiałe samochody w warsztacie pod chmurką, rozsypujące się domki, jakieś chatki, trochę dzikiej roślinności i te kozy. A w tle gigantyczny, błyszczący w słońcu nowoczesny boeing 787, który kosztuje kilkaset milionów dolarów. Wyglądał jak przybysz z kosmosu, tak nie pasował do reszty otoczenia.

A potem wsiedliśmy do busika. Oczywiście wszystkie napisy są po amharsku, w tamtejszym alfabecie, więc o wszystko trzeba się pytać. Busiki są małe, trzeba się zgiąć wpół, żeby się wcisnąć, najczęściej są szczelnie wypełnione. Przy drzwiach trzeba powiedzieć konduktorowi, gdzie się jedzie. I gdy bus rusza, on zaczyna zbierać pieniądze. On też krzyczy do kierowcy, kto gdzie wysiada. Pamięć konduktorów jest niesamowita. Czasami jest tak, że najpierw zbiera pieniądze od wszystkich ludzi, a potem idzie jeszcze raz i wydaje resztę. I nie zauważyłem, żeby się mylił.

Są jeszcze taksówki, ale ja wolę jeździć autobusami, z normalnymi ludźmi. Chociaż w Etiopii normalne jest, że kierowca "dobiera" pasażerów w czasie kursu. Skoro jest miejsce, to czemu nie? Dla Europejczyka to dziwne, ale to jest Afryka.

4
[autor fot./rys] zdjęcia: dereje/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: dereje/shutterstock.com

Czy Pani mnie nakarmi?

Kuchni etiopskiej nie da się pomylić z żadną inną. Podstawą więk- szości dań jest placek zwany indżera. Bardzo miękki, zrobiony ze zboża, które występuje tylko w tej części Afryki, zwanego teffa. Indżera jest cieniutka, miękka, białoszara. Robi się ją z lekko sfermentowanej mąki, więc smak na początku jest zaskakujący, trzeba się przyzwyczaić. Wykłada się ją na wielki talerz, a na to kładzie się kolejne placki zwinięte w rulonik. Obok stoją miseczki z sosami. Odrywa się kawałek indżery i nabiera się nią te sosy. Wszyscy przy stole jedzą z jednego talerza.

Pamiętam, jak po raz pierwszy tego spróbowałem. Byłem wtedy dwudziestokilkuletnim chłopakiem. Na lotnisku ładna dziewczyna z obsługi poprosiła mnie o kupno butelki whisky w sklepie wolnocłowym. W zamian poprosiłem, by dała się zaprosić na obiad. Zgodziła się i - ku mojemu zaskoczeniu - przyszła, do tego z koleżanką.

W knajpce kelner postawił przed nami metalowy duży talerz, położył na nim indżerę, na niej te ruloniki, obok miseczki. Dla mnie wtedy to była nowość, więc podpatrywałem, co robią te dziewczyny. Zacząłem sobie nakładać, a nagle jedna z nich włożyła mi do ust już uformowany kawałek indżery z sosem. Podziękowałem, ale po chwili druga z nich też mnie nakarmiła.

Poczułem się jak król, karmią mnie dwie piękne dziewczyny... fiu, fiu. Ale okazało się, że to nie jest żadna gra, tylko stara tradycja.

Teraz obserwowaliśmy z synem, to jak żony czy narzeczone karmiły swoich facetów. Nawet oni nawzajem też czasami się karmili. Nie tylko, że się siedzi i je z jednej miski, jeszcze się nawzajem karmi. Troskliwie, czule. Podoba mi się ten zwyczaj.

5
[autor fot./rys] zdjęcia: Luisa Puccini/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: Luisa Puccini/shutterstock.com

Potańcówki w restauracji

Etiopskie restauracje są zupełnie inne niż w Europie. Stoliki stoją wzdłuż ścian, a pośrodku jest wolne miejsce. Usiedliśmy sobie z synem, było późne popołudnie. Coś zamówiliśmy, wokół było trochę ludzi. Siedzieliśmy dłuższą chwilę i w pewnym momencie jeden z gości wyciągnął bęben. Zaczął wystukiwać rytm. Ktoś wyszedł na środek, ktoś dołączył... zaczęły się tańce. Tańczyli i młodzi, i starzy, i kobiety, i mężczyźni. Nie taka jak w Polsce, gdzie mężczyźni podpierają ściany, dopóki się nie napiją.

Ten taniec jest bardzo żywiołowy. I co charakterystyczne w Etiopii, najbardziej ruszającą się częścią w tańcu są ramiona i barki. Każdy może się dołączyć, zaimprowizować swój układ. Można siedzieć i się gapić, ale nie po to się leci do Afryki, by podpierać ściany...

Addis Abeba (w języku amharskim "piękny kwiat"), stolica Etiopii, to miasto prezent. Założył je w 1886 r. cesarz Menelik II dla swojej żony Taitu Betul. A właściwie założył je siedem lat wcześniej 800 metrów wyżej, lecz z powodu chłodów i braku wody ludność przeniosła się niżej.

W 1994 r. grupa najemników chciała zainstalować marionetkowego prezydenta. Na ich trop wpadł wywiad RPA i zostali aresztowani w stolicy Zimbabwe. Do dziś nie wiadomo, na czyje zlecenie działali. W aferę był natomiast zamieszany syn Margaret Thatcher. Dowódcą najemników był Simon Mann, były oficer brytyjskiego SAS.

6
[autor fot./rys] zdjęcia: Rainer Lesniewski/shutterstock.com [autor fot./rys] zdjęcia: Rainer Lesniewski/shutterstock.com

Etiopia

etiopia - flaga[autor fot./rys] zdjęcia: Michael Roeder/shutterstock.com

Stolica: Addis Abeba
Powierzchnia: 1 127 127 km2
Ludność: 89,12 mln
Waluta: birr (ETB), 1 ETB - 0,18 zł
Język urzędowy: amharski

Co obejrzeć

Addis Abeba - warto odwiedzić Merkato, nazywane największym targowiskiem Afryki, oraz Muzeum Narodowe, by poznać Lucy, czyli najstarszą przedstawicielkę rodzaju ludzkiego.

Aksum - miasto, w którym przechowywana jest Arka Przymierza. Oczywiście nie ma szans, żeby ją zobaczyć na własne oczy, ale można zwiedzić przepiękny kościół, w którym jest skrywana. Do zobaczenia także ruiny pałacu królowej Saby oraz drugiego króla Kaleba.

Lalibela - jedenaście kościołów wykutych w skałach. W XII w. król Lalibela otrzymał polecenie od Boga, aby zbudować nową skalną Jerozolimę. Co też z radością uczynił. Budowa zajęła dwadzieścia cztery lata. Kościoły Lalibelii są nazywane najmniej znanym ósmym cudem świata.

Gonder - pierwsza stolica Etiopii. Od XVII w. powstawały tu najpiękniejsze pałace Czarnego Lądu. W Fasil Ghebbi, kompleksie nazywanym afrykańskim Camelotem, możesz zobaczyć sześć zamków etiopskich cesarzy oraz kościoły. Do dzisiejszych czasów niemal w całości udało się przetrwać najskromniejszemu z nich - kościołowi Św. Trójcy - znanemu z malunków 80 cherubinów na suficie.

Debre Libanos - kościół świętego etiopskiego Tekli Haimanota. Dech zapiera jednak sama droga do klasztoru, który leży wśród dzikiej zieleni nieopodal imponujących wodospadów.

Co zjeść

Tradycyjnym daniem etiopskim jest indżera, placek robiony z bezglutenowej sfermentowanej mąki. Do 50-centymetrowego naleśnika podawane są warzywne i mięsne sosy. W miastach, na ulicach, natkniemy się na sprzedawców przygotowujących czimaki - fantastyczne musy ze świeżych egzotycznych owoców.

Jak dotrzeć

Najtaniej dostać się tam liniami Turkish Airlines - koszt biletu w okolicach 2 tys. zł. Innymi liniami polecisz za trzy kawałki. Samoloty wyrzucą cię w stolicy.

Co trzeba mieć

Wjeżdżając, a właściwie wlatując do Etiopii, trzeba mieć wizę. Wiza turystyczna wydawana jest na lotnisku w Addis Abebie - koszt 33 euro. Chcąc wjechać do kraju, przekraczając jej lądową granicę, należy zgłosić się po wizę do etiopskiego konsulatu w Berlinie lub Moskwie.

Ceny

Etiopia jest bardzo tanim krajem. Nocleg w przyzwoitym hotelu w Addis Abebie kosztuje kilkanaście dolarów - jeśli płacisz w birrach, będzie taniej. Przejazd busem po mieście to około 4 birrów, piwo to maksymalnie 20 birrów. Drogie jest wynajęcie samochodu, poza tym firmy nalegają, by wynajmować go zawsze z kierowcą. Można jednak podróżować lokalnymi autobusami (czaso- chłonne) lub samolotami (niedrogie).

Warto wiedzieć

Etiopia nie jest popularnym krajem turystycznym, więc rzadko kiedy trafisz na coś udawanego, stworzonego specjalnie dla Europejczyków. Etiopczycy są też bardzo gościnni i nie będziesz się na pewno czuł jak "chodzący bankomat".

7
Więcej na ten temat: podróże