Izrael i Jordania: w krainie otoczonej pustynią

Katarzyna Waśko
Zawsze marzyłam, żeby spać na pustyni. Przed snem beduińska kolacja: Ita, ser z mleka wielbłądziego i kilka kawałków koziego mięsa. Potem miętowa herbata i zachód słońca. A my spokojnie palimy sziszę i mamy gęsią skórkę, bo błyskawicznie zaczyna robić się zimno. Nawet nie wiem, kiedy zasypiam pod kilkoma warstwami wełnianych koców...
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Moja podróż do Izraela zaczęła się... w Peru

W Peru poznałam Elroia, Alonę, Shirę i Tala. Zwiedzali świat, korzystając ze swojego "gap year" po wojsku. W 8-milionowym Izraelu prawie wszyscy odbywają służbę wojskową (mężczyźni trzyletnią, kobiety - dwuletnią), a potem robią sobie wolne, wydając zaoszczędzony żołd na podróże. I jest to tradycja równie konsekwentnie przestrzegana, jak zakaz jedzenia wieprzowiny.

Zaproszenie padło więc u podnóży Andów, ale musiało poczekać prawie rok. W końcu jednak udało się. Kupiłam trochę polskich smakołyków, spakowałam plecak i poleciałam do Tel Awiwu.

- Szalom! Nareszcie jesteś! - powitali mnie gorąco i zaczęło się pokazywanie mieszkania. Najwięcej ciekawostek w kuchni.

- W górnej szufladzie sztućce do produktów mlecznych, w dolnej do mięsnych. Niebieska porcelana do mlecznych, biała do mięsnych. Różowa myjka do mlecznych, biała do mięsnych. Naczynia z różową kropką... - tłumaczyli, a ja oniemiałam. Skomplikowane to pokazywanie mieszkania... Muszę to chyba zapisać na kartce, żeby nie dać ciała. A jeśli posiłek nie będzie ani mleczny ani mięsny? Jest ich co prawda mało, bo nawet w czekoladzie jest mleko, ale wtedy wszystko jedno, jaki talerz się weźmie. Ważne tylko, by umyć go potem neutralną srebrną gąbką. Muszę się pilnować, by nie naruszyć religijnej zasady "niemieszania krwi baranka z mlekiem jego matki". Praktykę zaczynam od przygotowania nieznanego im dania: jajecznicy. Użyłam trochę masła, więc musimy jeść w niebieskich naczyniach na owsiankę. W zlewozmywaku leży kilka patelni z resztkami niewiadomego pochodzenia. Odpuszczam mycie, bo nie wiem, której gąbki użyć.

Zaczęłam się zastanawiać, do czego służy zmywarka. Podobno tylko do jednego rodzaju naczyń, więc w niektórych domach dostosowano się do koszernej zasady braku kontaktu mleka z mięsem poprzez kupienie dwóch urządzeń.

Wieczorem ruszamy w miasto. Miasto, w którym podobno odbywają się najlepsze imprezy na Bliskim Wschodzie. Ulice, mimo że to czwartek, faktycznie tętnią życiem. Idziemy między białymi budynkami, w powietrzu czuję zapach marihuany i słyszę roztańczonych ludzi. Mijam tęczowe flagi "gay pride" i mężczyzn z długimi pejsami wracających z synagogi. Żołnierzy z bronią i facetów w dziwnych ubraniach z jeszcze dziwniej poprzebieranymi pieskami. Zapach drogich perfum miesza się z zapachem falafeli i chałwy. Zatrzymujemy się przy barze, w którym wszyscy jak zaczarowani wpatrują się w telebim. Po chwili słychać krzyk i bicie brawa - właśnie Maccabi * Tel Awiw strzeliło gola!

W sumie mogłabym tu pomieszkać, pomimo że religijna zasada koszerności wyklucza mojego ulubionego cheeseburgera. Zawsze jednak mogłabym odczekać cztery godziny po zjedzeniu "cheese", by ugryźć "burgera".

Następnego dnia piątek, czyli dzień szabatu. Od rana sprzątanie mieszkania, zakupy, gotowanie uroczystej obiadokolacji. Przypomina mi to przygotowania do Świąt Wielkanocnych, tylko że szabat obchodzony jest co tydzień. Po zmroku zasiadamy do zastawionego jagnięciną, sałatami, batatami, bakłażanami i humusem stołu. Najstarszy lokator zakłada na głowę kipę i wyjmuję Torę. Czyta coś po hebrajsku, po czym podaje mi chleb i wino. Co ja powinnam teraz zrobić? Spoglądam zakłopotana na resztę. Pokazują mi, abym zostawiła trochę dla siebie i podała dalej. Ucztowanie trwa ponad dwie godziny. Jestem tak najedzona, że ciężko mi wstać od stołu. Najchętniej poszłabym na spacer. I rzeczywiście jest to jedyna opcja, bo do sobotniego zachodu słońca nie działa komunikacja miejska, a moi gospodarze ze względów religijnych nie mogą korzystać z pojazdów mechanicznych i wykonywać jakiejkolwiek pracy.

1
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Piasek, wojsko i miętowa herbata

Elroi służył przez siedem w wojsku, był na froncie, dosłużył się stopnia kapitana. Teraz kończy studia z zarządzania i dorabia w agencji reklamowej. Na jego rękach jest sporo blizn, ale gdy pytam o ich pochodzenie, tylko się uśmiecha. W jego pokoju zawieszone są ordery i flagi armii izraelskiej. Codziennie rano, w drodze do łazienki, mijam go robiącego pompki:

- Nie za wcześnie? - pytam zaspana.

- Nigdy nie jest za wcześnie na ćwiczenia. Trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność i atak wroga.

No tak, jestem w końcu w jednym z najlepiej chronionych państw świata.

Elroi ma kilka dni wolnych, więc proponuje mi wycieczkę w stronę Jordanii. Następnego dnia wrzucamy plecaki do bagażnika, pakujemy prowiant i ruszamy na południe. Krajobraz z kilometra na kilometr robi się coraz bardziej surowy. Początkowo morze i ogrody, potem palmy i sucha trawa, aż w końcu pustynia i spalone w słońcu wysokie skały. Po prawie dwóch godzinach przejeżdżamy obok dużego, dobrze ukrytego pomiędzy górami budynku, z obserwatorium na dachu.

- To jest baza wojskowa. Jedno z ćwiczeń polegało na tym, że oglądaliśmy przez 10 minut mapę, po czym zawiązywali nam oczy, wywozili pojedynczo na środek pustyni między skały, a my mieliśmy wrócić do jednostki do zmroku. Do pomocy tylko topografia, położenie słońca i zapamiętana mapa.

Ja pewnie rozpłynęłabym się już po godzinie biegu w tym upale. Wojsko izraelskie jest jednym z najlepszych na świecie. Służą i kobiety, i mężczyźni. Wydają się być z tego faktu dumni, z podniesioną głową noszą mundur i karabin. Aby służyć w tutejszej armii, trzeba znać hebrajski, zdać egzamin z Tory, a mężczyzna musi być obrzezany.

Zatrzymujemy się na szczycie wzgórza. Elroi ustawia na skale palnik gazowy, nastawia wodę, wyciąga hummus, chleb, jemeńskie parówki i ogórki. Pod stopami mam 500 metrów przepaści, przed oczami kilkadziesiąt kilometrów pustynnego płaskowyżu, a wokół mnie roznosi się zapach rozgrzanego piasku, miętowej herbaty i zmielonej ciecierzycy. To chyba najlepsza kolacja w moim życiu.

Musimy się jednak szybko zbierać, by zdążyć na noc do Eliatu. Po drodze zatrzymuje nas do kontroli kilka wojskowych patroli. Mój przyjaciel wita się, pokazując dokumenty, zamienia z żołnierzami kilka zdań po hebrajsku i bez problemu jedziemy dalej. Przez chwilę staję się VIP-em, który bezproblemowo przejeżdża przez jeden z najgorętszych politycznie rejonów świata.

2
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Z Shakirą na szczyt

Następnego dnia wstajemy wcześnie i o świcie podjeżdżamy pod granicę izraelsko-jordańską. Samochód musimy zostawić na parkingu. W tym momencie doceniam, jak wygodnie przejeżdża się między państwami w Europie. Na Bliskim Wschodzie przejazd samochodu na obcych blachach przez granicę jest praktycznie niemożliwy. Pierwsza kontrola po stronie izraelskiej poszła dosyć szybko, kilka pieczątek, jedna wpłata za wyjazd z kraju, kilka pytań, skąd się znamy.

Z granicą jordańską nie było już tak łatwo. Biurokracja jak z "Misia" Barei. Chodzimy od okienka do okienka, zbierając kolejne pieczątki i wypełniając papiery. W każdym okienku na ścianie zawieszone są portrety króla Jordanii, jego ojca i syna. Jordańczycy są bardzo dumni z władcy, który jest dla nich symbolem męstwa, odwagi i mądrości. W końcu trafiamy do ostatniego pomieszczenia, w którym kilku wąsatych żołnierzy popija miętową herbatę (Elroi też ją lubi, coś łączy jednak Jordańczyków i Żydów).

- Co chcecie robić w Jordanii?

- Jak długo się znacie?

- Czy jesteś jeszcze w wojsku?

- Czy mówisz po arabsku?

- Czy to jest twoja żona?

Pogranicznicy są dużo bardziej zdziwieni narodowością Elroia niż moją. Pomimo że Jordania jest jedynym muzułmańskim krajem utrzymującym poprawne stosunki z Izraelem, zarówno jedni, jak i drudzy rzadko przekraczają tę granicę. Poza tym w świecie arabskim z kobietą nie załatwia się formalności, na wszystkie pytania odpowiada mężczyzna. Chcę zapłacić za wjazd. Urzędnik z niechęcią bierze ode mnie pieniądze, ale resztę wydaje już Elroiowi.

Zaraz przy granicy stacjonuje kilkanaście jordańskich taksówek, które oferują dowóz do Petry, każda oczywiście za "best price". W tym momencie zaczyna się targowanie. Musze się przyzwyczaić, taka tradycja, będę się targowała o prawie wszystko przez najbliższe trzy dni. W końcu dobijamy targu i ruszamy do skalnego miasta. Przy kasach powala mnie cena biletu wstępu. 90 euro?! I akurat tu nie ma możliwości targowania się... To chyba najdroższa atrakcja historyczna, którą mam okazję zwiedzić. Ale skoro już tu dotarliśmy, nie ma co się zastanawiać.

Pierwszy odcinek pokonujemy na koniach. Są dosyć wychudzone, ale za to temperamentne, jak na araby przystało. Przy ogromnej skalnej szczelinie brodaty Beduin czeka na kilka jordańskich dinarów. Następny fragment, długi i kręty wąwóz As-Sik, musimy pokonać na piechotę. To jedyne wejście do Petry, ma 1200 metrów długości, szerokość w niektórych miejscach nie przekracza trzech metrów, a wysokość jego stromych ścian sięga aż 182 metrów. Skały przybierają coraz ciekawsze kształty i mienią się coraz intensywniejszymi kolorami słońca, by na końcu zbliżyć się do siebie i stworzyć bramę dla wyłaniającego się Skarbca. Imponująca, wykuta w skale 40-metrowa budowla była symbolem bogactwa Nabatejczyków.

Tak właśnie wymarzyłam sobie Petrę: mnóstwo skalnych grobowców, klasztor, amfiteatr, przechadzające się wielbłądy, osiołki i muły. Chcę się przejechać na jednym z nich. Wybieram białego - jak się okazuje oślicę o dumnym imieniu Shakira. Leżący pod drzewem właściciel szybko się podnosi, targujemy się, kończymy na siedmiu dinarach, po czym wskazuję palcem na szczyt najwyższego w Petrze wzgórza. Elroi wsiada na muła i kieruje się na wzgórze. Ja próbuję wszystkimi sposobami nakłonić Shakirę do pogoni za mułem, ale ona uparcie stoi nieruchomo. W końcu Beduin mocno uderza ją batem i zaczynamy nabierać prędkości. Zwierzęta same wiedzą, gdzie mają dotrzeć, prawdopodobnie robią tę trasę kilkanaście razy dziennie. Pomimo że osioł potyka się czasem o kamienie, ślizga na wydeptanych skałach, przeciska się nad przepaścią - czuję się jak bliskowschodnia księżniczka zmierzająca do klasztoru na szczycie. Po 25 minutach docieram na miejsce. Widok zapiera dech w piersiach. W dole kilkutysiącletnie miasto, głębokie wąwozy, pomarańczowo-fioletowe skały. Przed nami jeszcze piękniejszy niż skarbiec klasztor. W ciszy spoglądamy na powoli zachodzące słońce. Trans przerywa nam mężczyzna, mówiąc, że za godzinę zamykają wejście. Za godzinę to nawet tam nie dobiegniemy. Oczywiście Jordańczyk ma na to sposób - wielbłądy. Są trzy razy wyższe i mniej wygodne niż osiołki, ale w końcu to symbol tych terenów. Kołysząc się między garbami, udaje nam się dotrzeć do wyjścia.

3
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Pustynia i morze

Jestem zachwycona Petrą, ale najlepsze dopiero przed nami. Znowu taksówką, bo komunikacji międzymiastowej prawie nie ma, dojeżdżamy do oddalonej kilkadziesiąt kilometrów Wadi Rum. Tam odbierają nas Beduini. Jest ciemno. Czuję tylko zapach oddającego nagromadzone ciepło piasku. Po kilkunastu minutach marszu po wydmach dostrzegam palące się ognisko, kilka namiotów i wielbłądy. Zawsze marzyłam, by spać na środku pustyni. Mężczyzna gestem zaprasza na kolację. Pita, ser z mleka wielbłądziego i kilka kawałków koziego mięsa. Jestem w raju. Słyszałam o gościnności Beduinów, ale że aż tak? Elroi łamanym arabskim próbuje rozpocząć pogawędkę, a Beduin łamanym angielskim odpowiada, że nauczył się go od turystów w Petrze. Zapalamy w trójkę sziszę. Wszyscy czujemy ten sam zapach pustyni, słyszymy odgłosy zwierząt, mamy gęsią skórkę od szybko ochładzającego się powietrza.

- Pustynia daje ogromne poczucie wolności. Wędrujemy i zasypiamy, gdzie chcemy, nikt nas nie rejestruje, kierujemy się sercem i naszymi wartościami. Nie mamy wiele, ale żyjemy w zgodzie ze sobą i naturą - Beduin podaje nam ziołową herbatę. Patrząc na jego ogorzałą od słońca twarz, wytartą długą galabiję i dobytek życia mieszczący się w namiocie, zaczynam dziwnie mu tej wolności zazdrościć. Osiągam stan nirwany, pomimo dwudniowego braku łazienki, trzech stopni powyżej zera i zmęczenia całodziennym odkrywaniem Petry. Nawet nie wiem, kiedy zasypiam pod warstwą kilku wełnianych koców.

Beduini mnie budzą na wschód wielkiego czerwonego słońca. Chyba nigdzie słońce nie ukazuje się na horyzoncie tak teatralnie jak na pustyni. Aż ciarki przechodzą. Promienie oświetlają granitowe i piaskowe skały. Horyzont zmienia barwy i odsłania surowy obraz ogromu piachu. Chciałabym, żeby ten moment trwał jak najdłużej, ale musimy się pożegnać i jechać dalej.

Odbiera nas nasz taksówkarz. Kilkanaście kilometrów dalej pojawia się możliwość pojeżdżenia dżipami po pustyni. Jedziemy! Kilka nissanów patroli stoi przy rozpadającej się stacji benzynowej. Jordańczyk po pobraniu opłaty zabiera nas na wydmy. Wyprosiliśmy, by oddał nam na chwilę kierownicę. Na zmianę z Elroiem kręcimy bączki na piasku, mielemy kołami, robimy slalom wśród skał. Góra-dół, góra-dół, wpadający przez otwarte szyby piach wbija się między zęby. Wyścig na złotym oceanie. Może to nie to samo co buggy, ale zabawa naprawdę warta przeżycia.

Wróciliśmy do Eliatu. Samochodu na szczęście nikt nie ukradł.

Po długim czasie bez łazienki marzę o kąpieli. - Za chwilę będziesz miała jedną z lepszych kąpieli w swoim życiu - śmieje się Elroi. Podjeżdżamy do Morza Czerwonego, zostawiamy samochód i wchodzimy na pomost. Elroi podaje mi maskę z rurką i na trzy wskakujemy do wody. Nie wiem, gdzie mam patrzeć i jak krzyczeć z zachwytu. Oplatają nas zewsząd ławice kolorowych rybek, ukwiały falują w rytm fal, a rafy odbijają różnobarwne promienie słoneczne. Czuję się jak w ekskluzywnym akwarium, w którym dopracowany jest każdy szczegół. Woda jest ciepła i przejrzysta. Nurkujemy pod pomostem z zatopionymi fragmentami rusztowania. Ile skarbów kryje się pod tymi deskami? Gdybym nie musiała zaczerpnąć powietrza, zostałabym tam. Izraelski czas płynie jednak zdecydowanie za szybko. Muszę wyjść z wody, bo następnego dnia lecę do Polski.

4
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Zasady koszerności

Wywodzą się z Tory. Według prawa żydowskiego można spożywać mięso zwierząt przeżuwających i mających "rozszczepione kopyto", stworzeń wodnych posiadających płetwy i łuski oraz niektórych gatunków ptaków. Zakazane jest mleko i jaja pochodzące od zwierząt, których mięso nie jest koszerne. Owoce powinny pochodzić z drzew mających co najmniej trzy lata. Produkty mięsne nie mogą być spożywane razem z produktami mlecznymi - co wymusza stosowanie dwóch kompletów garnków i innych sprzętów kuchennych oraz nakryć. Pomiędzy posiłkami mlecznymi i mięsnymi powinna nastąpić kilkugodzinna przerwa.

5
Fot. Katarzyna Waśko Fot. Katarzyna Waśko

Morze Martwe

Jego powierzchnia to najniżej (poza dnami mórz i ocenaów) położone miejsce na świecie. Wskaźnik zasolenia sięga około 26 proc. (dla porównania zasolenie Bałtyku to jedynie 2-12 promili!). Skały są tak ostre od kryształków soli, że rozcinają bose stopy. Nie ma szans zanurkować, nie ma szans się utopić. Dzięki gęstej konsystencji morza ciało utrzymuje się na powierzchni. Można więc uciąć sobie drzemkę na wodzie.

Jerozolima

Jest odwrotnością Tel Awiwu - mistyczna, religijna, chaotyczna, przepełniona tłumem turystów. Ortodoksyjni żydzi z długimi pejsami kiwają się pod Ścianą Płaczu, muzułmanie nawołują z minaretów do modlitwy, a chrześcijanie klękają i całują krzyż na Golgocie. ONZ i większość państw nie uznają Jerozolimy jako stolicy Izraela, pozostawiając to jako kwestię sporną pomiędzy Izraelem a Palestyną. Żadne państwo nie ma też ambasady w Jerozolimie, większość utrzymuje swoje siedziby w Tel Awiwie.

6

Polecamy

7
Więcej na ten temat: azja, podróże