"Pakt", czyli co nas pociąga w dziennikarstwie?

Piotr Zabłocki, współpraca: Piotr Mieśnik
Dziennikarski pakt. Oczywiście - pakt z czytelnikiem: sprawdzę dla ciebie informacje za wszelką cenę. A w HBO pakt z widzem, że Marcin Dorociński jako nieprzejednany dziennikarz śledczy nie odpuści.
Fot. mat. prasowe Fot. mat. prasowe

Pan Paparazzo

Mówimy oczywiście o drugiej serii serialu "Pakt", w którym "polityka, media i biznes przenikają się wzajemnie, zacierając granice między prawdą i fałszem". W nowej serii Piotr Grodecki (grany przez Marcina Dorocińskiego) natrafi na splot tajemniczych wydarzeń. Na sprawę dużo bardziej skomplikowaną niż ta, z którą miał do czynienia wcześniej.

Ale dlaczego serial o dziennikarzu jest tak popularny? Skąd twoja - czytelniku - fascynacja moim zawodem (choć muszę przyznać, że codzienność dziennikarza nie jest aż tak spektakularna jak ta "Paktowa")?

CUDOWNE LATA 50.

Hmm, cudowne? Gdyby zajrzeć do książek historycznych, lata 50. wcale nie były takie cudowne. Trwała krwawa wojna w Korei. Ludzie po obu stronach Żelaznej Kurtyny bali się wojny atomowej. W listopadzie 1952 r. Amerykanie zdetonowali ładunek dużo potężniejszy niż bomby z Hiroszimy i Nagasaki - bombę wodorową. Osiem miesięcy później powtórzył to Związek Radziecki. A politycy wymyślili doktrynę zmasowanego odwetu: jeśli ty użyjesz czołgów, my zrzucimy ładunki nuklearne. Dosłownie raj.

A jednak, to właśnie wtedy powstał jeden z najbardziej uroczych filmów o dziennikarzach - "Rzymskie wakacje". Śliczna Audrey Hepburn gra księżniczkę, która odwiedza europejskie stolice. W Rzymie ma już dość sztywnego protokołu, ciągłego potakiwania i podawania dłoni. Ucieka z ambasady, żeby zobaczyć "prawdziwe życie". I tu się zaczyna filmowa bajka, w tym "prawdziwym życiu" spotyka reportera, którego gra Gregory Peck. Pracuję w branży już spory kawał czasu, a Gregory Pecków nie spotkałem. Cóż, Audrey miała szczęście.

Dziennikarz za ekskluzywny wywiad z księżniczką ma dostać mnóstwo pieniędzy. Pokazuje jej życie nocne Rzymu, a kolega oczywiście robi zdjęcia. Na końcu jednak panowie oddają fotki księżniczce.

I to chyba, z dzisiejszej perspektywy, jest w tym filmie najbardziej urocze. W epoce "Plotka" i "Pudelka", paparazzi strzelających zdjęcia gwiazdom pijącym piwo, przechodzącym na czerwonym świetle i robiącym zakupy, trudno wyobrazić sobie fotografa, który rezygnuje z takiego materiału. "Nocne życie księżniczki" - to ustawiłoby go na kilka miesięcy.

Ale to były lata 50. Wprawdzie Rosjanie i Amerykanie mogli zanihilować ciebie, twoją rodzinę i twoje miasto w kilka sekund, ale paparazzi nie robili krzywdy ludziom. Choć to się zaraz skończy, nawet na ekranie. W 1960 r. Federico Fellini nakręci "Słodkie życie" ("La Docle Vita"), w którym dziennikarz rubryki plotkarskiej jest już pozbawionym skrupułów cynikiem i kobieciarzem. To zresztą w tamtym filmie fotograf nazywa się Paparazzo - stąd właśnie nazwa paparazzich.

1
fot. mat. prasowe fot. mat. prasowe

Czwarta władza

Paparazzi zrobili się bezczelniejsi, ale Amerykanie i Rosjanie nie zniszczyli świata - choć w czasie kryzysu kubańskiego (1962 r.) było naprawdę blisko. W Stanach zaczęła się rewolucja obyczajowa, hippisi protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie, śpiewając na ulicach "Give Peace a  Chance". W 1969 r. prezydentem USA zostaje Richard Nixon, polityk z jednej strony wybitny, z drugiej - kompletnie nie rozumiejący, że czasy się zmieniły, że opinia publiczna oczekuje od rządzących nie tylko skuteczności. Reszta jest historią. Nixon musi w 1974 r. ustąpić ze stanowiska po aferze Watergate - jego ludzie prowadzili nielegalne działania przeciwko opozycji z Partii Demokratycznej, m.in. zakładali podsłuchy.

Afera, mimo że część wydarzeń była znana już w czasie wyborów w 1972 r., została nagłośniona przez dwójkę dziennikarzy "Washington Post" - Boba Woodwarda i Carla Bernsteina. A o ich walce o informacje opowiada genialny film "Wszyscy ludzie prezydenta" (1976 r.), ze świetną obsadą: Woodwarda zagrał Robert Redford, Bernsteina - Dustin Hoffman.

To, co uderza w tym filmie, to oddanie realiów pracy reporterów. Szef działu, który żąda wyników. Redaktor naczelny, który musi podjąć ryzyko i pójść na konfrontację z prezydencką administracją. Wyścig o newsy z konkurencją i deadline'y (terminy oddania materiałów) - zmora dziennikarzy. Czego jeszcze mogę się dowiedzieć? Czy materiał jest gotowy do publikacji? Czy moje źródła informacji są pewne? A może ktoś wsadza mnie na minę? I ciągła gonitwa z czasem. Nie ma wieczorów w kinie, są spotkania z kolejnymi ludźmi, zbieranie skrawków informacji i ich porządkowanie. Efektem są opublikowane materiały i kolejna gonitwa.

2
LUKE MACGREGOR / REUTERS LUKE MACGREGOR / REUTERS

Kamera, akcja!

Drogi czytelniku, tego dziennikarstwa już właściwie nie ma. W dobie internetu i mediów społecznościowych żadna chyba redakcja nie zainwestuje czasu dwóch reporterów w tropienie afery. Takie publikacje jak "Układ warszawski. Czy reprywatyzacja w stolicy zatrzęsie polską polityką" warszawskiej "Gazety Wyborczej" to chlubne, ale niestety, tylko wyjątki. Zresztą amerykański senat wszczął dochodzenie po publikacjach "Washington Post", ale Nixon ugiął się nie przed pismakami, a przed kamerą telewizyjną. O czym opowiada bardzo dobry, choć dla mnie - zawodowo - smutny "Frost/Nixon" z 2008 r.

David Frost był m.in. gospodarzem programu satyrycznego. Był dziennikarzem, ale bardziej jednak showmanem. Wywiad telewizyjny z Richardem Nixonem przeprowadził, bo taka była decyzja biznesowa, a nie dlatego, że był wybitnym reporterem. W filmie widać to doskonale. Gdy rozmawia z byłym już prezydentem USA o znienawidzonej przez społeczeństwo wojnie w Wietnamie, producenci wywiadu mówią: "Tego nie możemy przegrać". Frost jednak przegrywa, Nixon prezentuje się jako prawdziwy mąż stanu. Ale na końcu Frostowi udaje się wywołać emocje, Nixon przyznaje się do błędów, po jego policzku spływa łza.

Oklaski? Na pewno. Ale dla autora show, a nie dla dociekliwego reportera.

3
fot. materiały prasowe HBO fot. materiały prasowe HBO

Dziennikarze też ludzie

Być może właśnie dlatego (a może dlatego, że jednak zbieranie informacji i pisanie tekstów to dość mało pasjonująca sprawa, gdy się patrzy z zewnątrz), twórcy filmowi skupili się nie na samej pracy dziennikarzy, a na ich życiu.

Film "Rok niebezpiecznego życia" (1982 r.) oraz świetny serial HBO "Newsroom" (2012-14) łączy właśnie pokazanie reporterów jako zwykłych ludzi, ale ogarniętych pasją. Ten pierwszy Amerykanie nazywają romantycznym dramatem wojennym. Mel Gibson jako australijski dziennikarz Guy Hamilton walczy o newsy podczas wojny domowej w Indonezji w latach 60. Jest nowicjuszem, ale zdobywa uznanie. Ale w tle - i być może to jest najważniejsze - jest związek z Jill Bryant, graną przez Sigourney Weaver.

W "Newsroomie" walka o wiadomości, o widza, o rzetelność jest główną osią. W końcu bohaterami serialu są pracownicy stacji telewizyjnej. Ale gdyby tylko o tym był ten serial, to byłby popularny jedynie wśród studentów dziennikarstwa. Pokazuje on jednak dziennikarzy jako ludzi, zakochujących się, kłócących się, mających chwile słabości. To tak jak w "Doktorze Housie" - nie oglądasz go, żeby zobaczyć sukcesy medycyny, prawda?

4
MARIO ANZUONI / REUTERS / REUTERS MARIO ANZUONI / REUTERS / REUTERS

Tęsknota za reporterami

Być może jednak tym, czego potrzebuje dobry film (a nie serial, który może zgłębiać w ciekawy sposób wątki poboczne) o mediach, jest temat. Tak jak w dziennikarstwie: możesz umieć pisać, jeśli nie masz tematu, nic nie napiszesz.

A temat był dobry: na początku wieku reporterzy "The Boston Globe" dostali Pulitzera za dziennikarskie śledztwo i ujawnienie przez prasę przypadków tuszowania seksualnego molestowania nieletnich przez księży katolickich w USA. "Spotlight" - bo o tym filmie mowa - zgarnął natomiast w 2016 r. dwa Oscary za najlepszy film i scenariusz. Czy jednak "Spotlight" tak naprawdę opowiada tylko i wyłącznie o tym śledztwie?

Z całą pewnością nie. Uważny obserwator otaczającego nas świata i tłumaczących go nam mediów z całą pewnością dostrzeże jeszcze jedno. Takich mediów nie ma już wcale albo są na wymarciu. Wprawdzie tytułowy Spotlight, a więc najstarszy amerykański zespół dziennikarstwa śledczego, wciąż działa w "The Boston Globe", ale światowy trend w mediach jest zgoła inny. Składy poważnych mediów są odchudzane, tnie się etaty i budżety. Coraz większa para idzie w tzw. internety. A tam nie ma czasu na wielomiesięczne dziennikarskie śledztwa, ba, często nie ma czasu, by wykonać telefon, weryfikując informację. Liczy się chwytliwy tytuł, no może jeszcze te dwa, trzy zdania wprowadzenia. Wymuszanie klików. Ktoś kiedyś powiedział, że żelazna zasada obowiązująca w internecie,to ta, że "bardziej opłaca się być pierwszym z nieprawdziwą informacją niż drugim z prawdziwą". Czy to jest jeszcze dziennikarstwo czy tylko media workerstwo? Czy w dzisiejszych czasach jest jeszcze możliwe, żeby dziennikarze zdemaskowali taką aferę jak ta, którą ukrywał bostoński Kościół katolicki?

Ale fenomen "Spotlight" pokazuje jednak, że w czasach żebrolajków, plotek i medialnych kundelków czytelnicy - i widzowie - tęsknią za czwartą władzą. Za ludźmi, którzy z pasją, właśnie w imieniu czytelników, będą szukali prawdy. Bo kto, jeśli nie oni?

5
Fot. mat. pras. Fot. mat. pras.

Koniec medialnego jazgotu?

Chyba z takiej tęsknoty wynika również popularność polskiego serialu HBO "Pakt" z Marcinem Dorocińskim w roli nieprzejednanego reportera Piotra Grodeckiego. To bohater, który przyciąga widza - ma dość współczesnego medialnego jazgotu i dziennikarzy wydających wyroki przed dotarciem do prawdy.

O tak, Piotr Grodecki zdecydowanie jest reporterem, za którym wszyscy tęsknimy!

6
Więcej na ten temat: dorociński, hbo, pakt, spotlight