Bokiem, panowie!

Spajnajgor
Naoki podkręca obroty i czeka, aż stojący przed nami gość da kierunkowskazem sygnał do startu. Jest. Nasz Nissan z piskiem opon wystrzeliwuje w ciemność. Blow off syczy, turbo pompuje, są fryty z wydechu w uciekającym aucie.
Fot. worksucks.pl Fot. worksucks.pl

Jedynka, dwójka...

...trójka. Dotykamy przednim zderzakiem bagażnika bliźniaczego nissana. Zaraz skończy się prosta. Agresywny ruch kierownicą. Do pierwszego zakrętu dolatujemy prawymi drzwiami do przodu. Nie mam pojęcia, ile jedziemy, bo nie ma czasu patrzeć na licznik, ale słyszę, że trójka robi łututut, łutututu, więc pewnie jest ponad 120 km/h. Naoki wyciąga rękę przez otwarte okno i dotyka tylnego błotnika auta przed nami. - Okay? - krzyczy. Zafascynowany, nie wiem co mu odkrzyknąć. Bokiem przejeżdżamy cały zakręt do kolejnego przełożenia. Bez dwóch zdań to noc mojego życia, w górach pod Osaką, z Naoki Nakamurą, wielokrotnym mistrzem Japonii w drfitingu.

1
Fot. worksucks.pl Fot. worksucks.pl

Nauka u ojca chrzestnego

Za drifting zabrałem się trochę za późno. Młodość spędziłem w rajdówkach z przednim napędem lub cztery koła. Byłem przekonany, że to wśród sportów motorowych królewska dyscyplina. W końcu mój magiczny Dolny Śląsk jest pełen przełęczy i krętych górskich dróg. Jakie rajdy czy wyścigi górskie by nie były, to najwięcej radości miałem w momentach, gdy - celowo lub przypadkiem - w moim czterobucie (auto z napędem na cztery koła) pojawiał się poślizg. I pewnie robiłbym to dalej, gdyby nie dobrzy kumple. A dobrzy kumple to dobre urodzinowe prezenty. Niewiele mówiąc, zapakowali mnie w samochód i pognaliśmy do Poznania. Lubię niespodzianki, a ta była naprawdę ekstra - na poznańskim torze miałem spotkać się z Maciejem Polody. To ojciec chrzestny polskiego driftingu, ale jak myślisz, że jedziesz na lekcje do bufona, to źle myślisz. Polody to jeden z najskromniejszych gości, jakich poznałem, a przecież na temat driftu zapomniał więcej, niż ja do dziś się dowiedziałem. Ponoć jeszcze jako dzieciak jeżdżący gokartami, zamiast przejeżdżać zakręty linią wyścigową, wolał je pokonywać bokiem.

Przywitaliśmy się, obejrzeliśmy jego zielonego nissana S14, a potem Maciej wytłumaczył mi, co to beczka, ósemka, jak prowadzić auto gazem. Zrobiłem jedno okrążenie, drugie, dziesiąte. Skomplikowane to nie jest. Tak to rozegrałem, że gdyby coach nie siedział ze mną w aucie, to mógłby spokojnie stać na zewnątrz i robić notatki. A na poważnie, to komuś, kto kiedyś siedział w rajdówce, a kierownicą kręcił więcej niż z domu do kościoła i z powrotem, opanowanie podstaw driftingu naprawdę zajmuje chwilę.

Geometria w driftowozach ustawiona jest tak, że kierownica pięknie przesuwa się w dłoniach z jednego punktu do drugiego praktycznie sama. Cały bajer polega na jej odpowiednim zatrzymaniu/złapaniu i pracy gazem. Siadam w fotelu pasażera i przyglądam się jeszcze kilku technikom prowadzenia auta w poślizgu (rodzajów samego inicjowania poślizgu jest jeszcze więcej). Jedna z nich to wspomniane prowadzenie auta gazem. Maciej przejeżdża ustawiony na łuku slalom, nie dotykając kierownicy. Nie wierzę w to, co widzę, ale to nie sen. Po prostu dużo pracy gazem, często na końcówce obrotomierza. Co tu dużo mówić, czapki z głów. Jeśli są chwile, które chciałbyś, żeby trwały wiecznie, to właśnie ta w S14 zaliczała się do nich bez dwóch zdań. A wszystko przez kilka zdecydowanie za krótkich chwil, spędzonych z gościem, który przejeździł kilka banków opon i  paliwa. Radość w  czystej postaci. Z  Poznania (do Polodego wracałem jeszcze dwukrotnie) wyjeżdżałem w przekonaniu, że jeśli nie masz auta, a chcesz zrozumieć, co to jest drifting, to szkolenie u Macieja jest najlepszym rozwiązaniem.

2
Fot. worksucks.pl Fot. worksucks.pl

Szukam taniej opcji

Mijały miesiące. Ujeżdżałem bokiem swoje subaru imprezę i  pocieszałem się, że czterobutem też można driftować.

Mogłem się oszukiwać najpiękniej, jak potrafiłem, ale to było równie prawdziwe jak to, że jeśli dasz krowie kakao, to wydoisz czekoladę. Wreszcie przyszedł dzień, w którym spojrzałem w lustro i postanowiłem: - Czas na tylny napęd.

Zakup topowo przygotowanego samochodu dla przeciętnego Kowalskiego ma tyle samo sensu, co siadanie gołym tyłkiem na jeżu. Bo zakup takiego driftowozu to tylko początek, potem samo jego utrzymanie pochłania kilka wagonów pieniędzy. Nawet o tylnonapędowym nissanie, i to o przechodzonym cywilnym golasie, mogłem tylko pomarzyć. Nie dysponowałem nigdy nieograniczonym zasobem królów polskich (wiesz, Jagiełło i cała reszta na banknotach), więc nie było mnie stać na wyłożenie co najmniej 10 tys. euro za samochód. Jeździłem na zawody, wdychałem zapach spalonych opon (po pewnym czasie przestaje to być smrodem, a staje się właśnie zapachem), przyglądałem się z zazdrością driftującym chłopakom, a po powrocie jak szalony przeglądałem internetowe aukcje w poszukiwaniu skarbu na moją kieszeń. Maciek Polody poradził mi, żebym nie szukał jakichś turbowariatów za 30 tys. zł plus. Zasugerował, że dobrym rozwiązaniem, i to za połowę tej sumy, jest upolowanie bmw E36. Najlepiej w wersji sedan, żeby było dużo łatwo wymienialnych elementów. To samo powiedział mi Marcin Mospinek z  ReduxTeam (wicemistrz Drift Masters GP 2015). Marcin twierdzi, że nie ma czegoś takiego, jak najważniejsza część w aucie. Z osobna nie jest ważna ani moc silnika, ani zawieszenie, ani opony. Auto jest dobre dopiero wtedy, gdy wszystko ze sobą współgra.

- Rozwiązanie jest proste: kup bmw, a resztę pieniędzy, które wydałbyś na zakup i remont nissana przeznacz na treningi - rozwiał resztki moich wątpliwości. Posłuchałem rad kolegów, którzy na driftingu zjedli zęby i teraz intensywnie użytkuję E36 z idiotoodpornym 2,5-litrowym silnikiem. Zestaw nie do popsucia. Moje E36 w porównaniu z samochodem, na którym zaczynał Marcin Mospinek, to i tak kosmiczna fura. Jego początki to polska myśli technologiczna, czyli polonez, którego podbierał dziadkowi w zimowe wieczory. Zaskakujące, ale za każdym razem auto brał i oddawał w jednym kawałku. Zaczynał na ośnieżonych parkingach, pustych placach, gdzie kręcił kółeczka, beczki i ósemki.

- Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to wszystko ma jakąś nazwę, że można zorganizować zawody i całość jakoś usystematyzować. Najważniejsza była radocha i fun - mówi Marcin. Jego przyjaźń z polonezem skończyła się po kilku zimach. Zastąpił go opel omega z 3-litrowym benzyniakiem - wielka ciężka kluska, ale na szczęście z manualną skrzynią biegów. Potem było bmw E30, w którym Krzysiek Puz przecierający szlaki w przekładaniu silników w autach do driftu zamienił silnik 1.6 na 3.0.

- Nie było tak jak teraz, że jeśli chcesz powiększyć w aucie skręt, to osiem polskich firm ma dla ciebie gotowe rozwiązania. Do wszystkiego dochodziliśmy sami - wspomina z uśmiechem Mospinek.

Dzisiaj Marcin inicjuje poślizg przy prędkości przekraczającej 220 km/h i jest jednym z lepszych zawodników w Europie, a jego bmw E30 Redux Motorsport z magicznym silnikiem z corvetty generuje ponad 500 koni.

3
Fot. worksucks.pl Fot. worksucks.pl

W kolebce driftu

Zima 2015. Okolice Osaki. Przede mną stoi kilkanaście driftingowych maszyn. Żadna nie ma zderzaka, wyraźnie widać duże intercoolery. Przypominają wielobarwną tęczę - róże, limonki, dużo napisów, wzorów. Kolor rządzi. Koła wyraźnie wystają poza obrys samochodu. Bagażniki poklejone taśmą, narożniki mocno pogięte. Widać, że te samochody zdecydowanie więcej jeżdżą niż stoją, a "kiss the wall" nie jest niczym niezwykłym dla tych lokalnych woźniców. Czuję się jak chłopiec, który dobrał się do świątecznych prezentów. Zrealizowałem swoje marzenie i przyjechałem do Japonii uznawanej za kolebkę współczesnego driftingu.

- W Ameryce i Europie zrobiliście z driftu show. Ogromne budżety, sakramencko mocne samochody. A tutaj niektórzy odpalają auta śrubokrętem, ale każdy z  nich przepcha cię drzwiami i przyklei się do ciebie jak nigdzie indziej - mówił jeden z moich japońskich znajomych. - Zaraz spotkasz się zresztą z facetem, który wywróci cały twój driftingowy świat do góry nogami.

I  oto stoi przede mną Naoki Nakamura, wielokrotny mistrz Japonii w drifcie. Uśmiechnięty, niezwykle uprzejmy gość. Choć on nie mówi po angielsku, a ja po japońsku, rozumiemy się bez słów. Czuć dobrą energię, jakbyśmy znali się od lat. Wskakuję na miejsce pasażera. Brakuje kubła i pasów szelkowych - te są tylko po stronie kierowcy. Naoki ma za to cały potrzebny zestaw. Po kanapie z tyłu nie zostało śladu. Tak samo wyparowała podsufitka i wszystkie elementy, które niepotrzebnie obciążałyby samochód. Z  seryjnych elementów został chyba tylko hamulec ręczny, co szczerze mówiąc, trochę mnie zdziwiło.

Pierwsze trzy biegi. Na pewno mamy dobrze ponad 120 km/h. Kończy się odcinek prostej. Jest szybko i bardzo agresywnie.

Samochód wrzucany jest błyskawicznie w pierwszy zakręt, później przekładany w kolejne. Przed nami i za nami auta. Sekwencja sześciu zakrętów kończy się dwoma odcinkami prostej, na której kolorowa kawalkada zawraca i zaczyna zabawę od początku. To robi ogromne wrażenie. Prędkość, odległość pomiędzy samochodami (a właściwie jej brak) - chyba zaczynam się bać. To jest to wariackie uczucie, kiedy strach miesza się z zachłannością pędu. Rozsądek bawi się w chowanego z rozumem, a całość balansuje na granicy bezpieczeństwa. A ja siedzę na tym lewym fotelu, widzę wszystko przez boczną szybę i zastanawiam się, ile fartu, a ile skilla ma faktycznie mój skośnooki kolega. To, co się działo, wywracało standardy myślenia o ślizganiu się samochodem. A pompowanie seryjnym ręcznym na prostych odcinkach na spadaniu przekracza już wszelkie pojęcie.

- Okay? - wydziera się Naoki. Byłbym wariatem, gdybym powiedział, że jest inaczej. Doganiamy Atasouke, innego driftującego samuraja. Pierwsze trzy zakręty super, jest między nami jakieś wariackie 40 cm, więc jak na Japonię odległość pomiędzy samochodami duża. W czwartym winklu Naoki przykleja się do Atasouke, tak że jego prawe tylne koło jest na moich drzwiach. Trochę za dużo się dzieje, zastanawiam się czy japońska kombinacja fartu ze skillem może teraz przegrać z pesymistycznym myśleniem pasażera i coś w końcu nie pyknie. Nie pyknęło, a ja teraz lubię włączyć sobie filmik z  przejazdu z  japońskim mistrzem. A gdy mam zły dzień, wskakuję w swoje stare bmw i pędzę na tor - to najlepszy poprawiacz humoru, jaki kiedykolwiek miałem. Nie wiem, gdzie drifting może zaprowadzić ciebie, ale wiem, że jeśli zaczniesz, najlepsze będzie dopiero przed tobą. Keep drifting fun!

4
Fot. worksucks.pl Fot. worksucks.pl

Drifting

Polega na celowym zerwaniu przyczepności kół samochodu przy dużej prędkości i kontrolowaniu poślizgu na jak najdłuższym odcinku. W latach 60. ubiegłego wieku w ten sposób zaczęli po górskich drogach jeździć młodzi Japończycy. Światową popularność drift zawdzięcza jednak Amerykanom, którzy z zawodów uczynili wielki show. W Polsce prekursorem driftingu jest Maciej Polody, który w 2004 r. zwyciężył w zawodach Drift Challenge na niemieckim torze Hockenheim. Obecnie mamy kilka lig driftingowych. Najważniejsze to Drift Open, STW DC i Drift Masters GP. Tylko w tej ostatniej serii potrzebna jest licencja lub zaproszenie od organizatorów. Jeśli czujesz, że drifting jest dla ciebie, warto się tam wybrać. Nie tylko po to, żeby zobaczyć rywalizację, ale przede wszystkim pogadać z kierowcami i mechanikami. To niemal reguła, że udzielą ci porad niezbędnych na początku twojej driftowej drogi.

5
Więcej na ten temat: motoryzacja