Sport: narty skrojone na miarę

Barbara Suchy, Piotr Gnalicki
Garaż, chilloutowa muzyka, narzędzia i zarośnięci goście w kolorowych czapkach szlifujący narty. Znacie takie sceny z amerykańskich filmów freeride'owych? "Customowy" sprzęt - coś dla tych, którzy nie zadowolą się nartami ze sklepu - powstaje już też w Polsce.
fot. Barbara Suchy fot. Barbara Suchy

Narciarska piwnica

Narty muszą być wykonane perfekcyjnie - nie można przeoczyć żadnej drobnej czynności, nie wolno niczego robić po łebkach. No i trzeba wiedzieć, co się robi.

- Mogę wam opowiedzieć dokładnie cały proces produkcji, możecie go opisać w szczegółach, a i tak niczego w ten sposób nie zdradzę. Nie da się go odtworzyć na podstawie opisu, bo jest mnóstwo niuansów, do których trzeba dojść samemu metodą prób i błędów - zastrzega Szymon.

- Może kiedyś powieszę sobie na ścianie pierwsze narty, które zrobiłem. Ale muszę jeszcze nabrać do tego dystansu. Na razie mnie wkurzają, więc leżą sobie tu - mówi Szymon i wyciąga zakurzone deski zza metalowego regału zawalonego wzorami, próbkami drewna, butelkami z żywicą. Wytrzymały kilka dni zjazdów i freestyle'owego skakania. Nad wyprodukowaniem modelu, który bez obaw można sprzedać, pracował trzy lata.

Brakuje tylko centrum badawczego

- Łooo! Ale miejsce! - szeroko otwieramy usta z wrażenia, gdy wchodzimy do piwnicy domu w podwarszawskim Piasecznie.

Ze zwykłego pomieszczenia, w jakim sąsiedzi trzymają zapasowe opony, słoiki z przetworami i wszystko, co chwilowo niepotrzebne w domu, 28-letni Szymon Girtler zrobił narciarski warsztat z prawdziwego zdarzenia. Na środku stoi stół do obróbki rdzenia, przycinania ślizgów. Szlifierka, wyciskarka do szablonów. Pod ścianą regały z kawałkami drewna, próbkami grafik, kolorowe rolki materiału, z którego robi się ślizgi (Szymon wyjaśnia, że ten czarny jest szybszy niż pomarańczowy czy niebieski). Wszędzie mnóstwo narzędzi, próbnych modeli, plakaty filmów freeride'owych, a z ustawionego w kącie radia leniwie płynie muzyka reggae.

Obok, za plastikową kotarą, stoi potężna prasa do nart złożona z odlewanego stelaża, drewnianych profili (każdy koszmarnie ciężki!) i dwóch kawałków... węża strażackiego. To tu wszystkie warstwy nart, pod ogromnym ciężarem, w temperaturze ok. 70 st. C, wiąże się żywicą.

Jeszcze większe "Wow!" robimy na widok nart. Wyglądają, jakby całe były drewniane. Oldskulowe. Bez wzorów, szlaczków, bajerów, jakie znamy ze sklepów. Topsheet, czyli zewnętrzna warstwa nart, zrobiona jest z laminowanego drewna jesionowego (bardzo jasne), dębowego albo ciemnego palisandrowego. Jedyną grafiką jest wstawka z imieniem i nazwiskiem właściciela nart i numerem seryjnym.

- W przyszłości chciałbym być bardziej "eko". Żywica epoksydowa to właściwie jedyny toksyczny składnik nart, ale żeby móc zastosować żywice ekologiczne, powinienem popracować nad zmianą prasy, bo one potrzebują dużo wyższej temperatury. Na razie stosuję to, co już ktoś sprawdził. Inaczej musiałbym stworzyć tu jeszcze małe centrum badawcze - tłumaczy po kolei Szymon, a nam pozostaje tylko kiwać głowami, słuchając o różnych właściwościach włókien szklanych i bazaltowych czy różnicy w sprężystości między świerkiem a jesionem.

1
fot. Barbara Suchy fot. Barbara Suchy

Przepis na narty

Trochę hippisowską modę na własnoręczne robienie i naprawianie desek stworzyli surferzy. I to od nich zajawkę na customowy sprzęt przejęli miłośnicy świeżego puchu, pogromcy stoków francuskich Alp i Alaski.

Przepis na zrobienie nart we własnym garażu można znaleźć w internecie. Niepozorna amerykańska strona internetowa SkiBuilders.com to kopalnia wiedzy dla domorosłych konstruktorów nart. Forum tej "organizacji non profit działającej na rzecz dzielenia się informacjami o domowej produkcji nart i snowboardów" aż kipi. Ludzie z całego świata wymieniają informacje, doświadczenia, radzą się, czy zastosować takie drewno czy inne, z czego zrobić prasę, opisują sukcesy i kompletne porażki.

To tutaj trzy lata temu zaczął szperać też warszawiak. Zanim zabrał się za narciarski warsztat, nie pracował na skrót "inż." przed nazwiskiem. Skończył stosunki międzynarodowe, popracował trochę w międzynarodowej firmie.

- A jak, garniturek też zaliczyłem! Ale nie chciałbym już wrócić do takiego życia przed komputerem. Co się zmieniło? Mniej bolą mnie oczy od patrzenia w monitor, a bardziej plecy. Za to z Warszawy chyba nie chciałbym się wynieść. Jasne, niby fajnie mieć za oknem góry i móc od razu przetestować każdy wykonany przez siebie sprzęt, ale ja lubię to miasto. Poza tym tutaj mam znajomych, a oni mają znajomych dobrze zarabiających w korpo. Od czegoś ten biznes trzeba zacząć - śmieje się Szymon.

Sport: narty skrojone na miarę, sport, narty, W warsztacie Szymona Girtlerafot. Barbara Suchy

Myślenie o zbudowaniu własnych nart zacząć musiał od zdobycia specjalistycznych materiałów. O ile włókna szklane, żywice czy kevlar można kupić bez większego problemu, bo to tworzywa używane w wielu dziedzinach, to schody zaczynają się, gdy chce się kupić ślizgi albo krawędzie.

- Wiadomo, kto je produkuje, ale minimalne zamówienia ustawione są na nieosiągalnym dla mnie poziomie, na przykład na minimum 2 tys. par nart. W Polsce nikt nie myśli o produkcji rzędu 50-100 sztuk w sezonie. Najczęściej biorę więc je od producentów, którzy robią więcej sprzętu, a nadwyżkę materiałów sprzedają - wyjaśnia Szymon.

Eksperymenty z nartami kosztowały go już niemało. A za coś jeszcze trzeba było żyć. Wreszcie powstały narty Monck Custom, których nazwa jest wariacją na temat Mnicha. "M" z jego logo faktycznie kształtem przypomina ten charakterystyczny tatrzański szczyt.

2
fot. Barbara Suchy fot. Barbara Suchy

Jak sto lat temu

Domowa produkcja nart to też swego rodzaju powrót do korzeni, choć już w zupełnie innej technologii. Prapradziadkowie dzisiejszych narciarzy, korzystających z kevlaru i innych ultralekkich, superwytrzymałych materiałów, już ponad 100 lat temu strugali sobie narty, spoglądając od czasu do czasu na tatrzańskie szczyty i planując kolejne górskie eskapady.

Jednym z pierwszych zakopiańskich narciarzy, który eksperymentował z użyciem tego typu sprzętu podczas tatrzańskich wycieczek, był Stanisław Barabasz. W 1894 r. razem z Janem Fischerem dotarli na nartach nad Czarny Staw Gąsienicowy, dając tym samym początek zimowej eksploracji Tatr, w które mało kto miał odwagę zapuszczać się o tej porze roku.

Sport: narty skrojone na miarę, sport, narty, W warsztacie Szymona Girtlerafot. Barbara Suchy

Barabaszowi tak bardzo spodobało się narciarstwo, że postanowił przenieść się do Zakopanego i objąć posadę dyrektora Szkoły Przemysłu Drzewnego. Robiono tam głównie meble, ale niby przy okazji spod hebli i pił uczniów Barabasza wychodziły także narty, na których dokonywano później zjazdów do dziś budzących respekt narciarzy.

Po wojnie, kiedy ojczyzna ludowa położyła łapę na wszelkiej produkcji, w tym również narciarskiej, w miejscowości Szaflary nadal powstawały narty. Kto nie jeździł na słynnych polsportach! Daleko im było do nart zza żelaznej kurtyny czczonych niczym Święty Graal. Technologia bardziej przypominała tę, jaką posługiwali się Czterej Pancerni i Pies w rajdzie na Berlin, ale wszyscy na nich jeździliśmy i też bywało fajnie.

Gdzie teraz w Polsce robi się narty? Serce fabryki z Szaflar postanowił uratować na początku lat 90. Dariusz Rosiak - przedsiębiorca i pasjonat rodzącego się wtedy w Polsce snowboardu. Planując rozpoczęcie produkcji desek snowboardowych dla zagranicznych kontrahentów, zakupił od upadającego zakładu niezbędne do tego maszyny.

Dziś w jego fabryce Nobile w Bielsku-Białej, powstają snowboardy, deski do kitesurfingu, polskie narty Majesty oraz narty na zlecenie szeregu marek zagranicznych.

3
fot. Barbara Suchy fot. Barbara Suchy

Custom to jest to!

Czy ktoś to kupi? Pewnie że nieraz Szymon zadał sobie takie pytanie, ale postanowił zaryzykować. Zrobił już narty dla kilku znajomych, teraz czas na odpalenie narciarskiego biznesu.

Ale nie ma zamiaru robić nart na zapas. Każda para ma być skrojona na miarę.

- Nie chodzi o to, żeby przyjść do sklepu i powiedzieć: O, to biorę. Największą frajdą w tym wszystkim jest uczestniczenie w procesie powstawania tych nart: trzeba podjąć kilka decyzji, co do sztywności, ślizgu, rodzaju drewna, potem czeka się na efekt. To największa zajawka w customowych nartach! Osób, które tak myślą, jest w Polsce coraz więcej - opowiada 28-letni konstruktor z coraz większą pasją w głosie.

Faktycznie, wystarczy poszperać po internetowych forach czy przejrzeć magazyny lifestyle'owe - ludzie coraz bardziej lubią przerabiać swoje motocykle, rowery, dodawać do nich własne bajery. Wybierają autorskie meble zamiast szafek z Ikei.

Szymon odpala szlifierkę i powoli przepuszcza przez nią rdzeń narty. Mierzy. Za grube, jeszcze ze dwa razy. Potem w stół trzeba wkręcić drewniany szablon i na nim dociąć ślizg, dokleić krawędzie.

Jednocześnie przekrzykuje ryczącą maszynę: - Jedyny etap, którego nie lubię, to gięcie krawędzi. Upierdliwa robota i taka mało twórcza. W zasadzie wszystkie narty są "hand made", te robione w Chinach też. Maszyny wycinają i kleją kolejne elementy, a potem musi przyjść człowiek, który to wszystko poskłada, włoży do prasy. Ale w fabryce, jak coś nie przylega, to leci dalej, najwyżej odpadnie na końcu produkcji. A ja sobie spokojnie wszystko poprawiam. Dlatego tyle to trwa. W ciągu dwóch tygodni da się zrobić jakieś pięć par nart.

Dzwoni telefon. - OK, jutro przyjadę odebrać - słyszymy fragment rozmowy.

- Chodzi o prawko na motor. Niedawno zrobiłem. Zamówiłem już też motor. Customowy, oczywiście - komentuje, odkładając słuchawkę.

 

Ile to kosztuje?

Narty Monck Custom są dostępne w trzech wariantach: slalomowe SL Ripper (166 i 158 cm; 2690 zł), freestyle'owe Freeski (177 cm; 2390 zł) i Freeride dla amatorów głębokiego puchu (193 i 184 cm; 2790 zł). Kolor na życzenie - od jasnych jesionowych po intensywny palisander.

4
Więcej na ten temat: narty, sport