Sport: kibic w Europie

Roman Imielski
W Niemczech kibice przeciwnych drużyn piją razem piwko na trybunach, we Włoszech mecze to czasami małe wojny, za to w Anglii nikt o zadymach nawet nie myśli - bandytów odstraszają nieuniknione i wysokie kary.
fot. fot.

Zniechęceni przaśną rzeczywistością polskich stadionów kibice coraz częściej odwiedzają stadiony w Anglii, Hiszpanii czy Włoszech. Chcesz wiedzieć, czym różni się kibicowanie w różnych krajach? Specjalnie dla "Logo" mówią o tym znani polscy piłkarze, którzy spędzili za granicą najlepsze lata swojej kariery.

Sport: kibic w Europie, sport, Zbigniew Boniekfot. Kuba Atys

Włochy

Zbigniew Boniek

Ma 57 lata, grał na pozycji pomocnika, obecnie prezes PZPN. Jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii, zawodnik Juventusu Turyn, AS Romy, Widzewa Łódź i Zawiszy Bydgoszcz. 80 razy zagrał w reprezentacji Polski, zdobył 24 bramki. Brązowy medalista mistrzostw świata w 1982 r.

Włoskie kibicowanie przypomina polskie. Równie silne jak w Polsce są kluby kibica, podobnie wygląda organizacja meczów. Niestety, nie jest z tym najlepiej - wyzwiska, wulgarne przyśpiewki i race są na porządku dziennym. Kibice są bardzo szowinistyczni, a Włosi gorący i zapalczywi. Czasem siedzę na meczu obok adwokata czy lekarza i człowieka nie poznaję - na półtorej godziny zmienia się w kogoś zupełnie innego: gestykuluje, wrzeszczy, wygraża...

Niektóre mecze, szczególnie derbowe, przypominają małe wojny - nie tylko na stadionie, ale i na mieście. Kiedyś na derbach Mediolanu chuligani wtaszczyli na stadion skuter i zrzucili go na kibiców rywala siedzących poniżej. Tu można przegrać mecz np. w Lidze Mistrzów i nic się nie stanie, ale porażka z rywalem zza miedzy wywołuje frustrację. Ale piłkarze po porażkach nie muszą obawiać się wyjścia na miasto - zawodników się szanuje.

Przepisy bezpieczeństwa są dosyć ostre, ale jest ten sam problem, co w Polsce - z egzekwowaniem prawa. Nie ma za to problemów z kupieniem biletów, nawet na derby Mediolanu czy Rzymu. Można to zrobić w specjalnych punktach na mieście (trzeba mieć dowód tożsamości), bo kas na stadionach z reguły nie ma, albo u konika tuż przed meczem. Koniki to włoska specjalność i raczej się nie zdarza, by sprzedawali trefne wejściówki. Najlepiej kupić bilet na trybunę centralną - jest drożej, ale bezpieczniej. Wszystkie curvy, czyli zakręty, to rewiry najzagorzalszych kibiców.

Bilety są, bo Włosi zrobili się wygodni i w porównaniu z latami 80., gdy ja grałem w Serie A, przychodzi ich na mecze mniej. Wtedy stadiony były pełne, teraz wszystkie spotkania są pokazywane w telewizji i wielu ludzi woli zostać w domu.

Sport: kibic w Europie, sport, Mirosław Trzeciakfot. Damian Kramski

Mirosław Trzeciak

Ma 45 lat, grał na pozycji napastnika. Grał w  Ejido, Osasuny Pampeluny, ŁKS Łódź, Maccabi Tel Awiw, Lecha Poznań, Young Boys Berno i Gwardii Koszalin. 22 razy zagrał w reprezentacji Polski, strzelił 8 goli.

 

W Hiszpanii jednego modelu kibicowania nie ma, bo poszczególne regiony kraju bardzo różnią się od siebie - zupełnie inaczej ludzie zachowują się w Kraju Basków, a zupełnie inaczej w Andaluzji.

Na słonecznym południu fani są bardziej impulsywni, ekspresyjni. Doping wszędzie jest żywiołowy przez cały mecz, ale na południu kibiców łatwiej wyprowadzić z równowagi. Jak sędzia się pomyli albo ich zespół gra słabo, wstają, gestykulują, wygrażają, gwiżdżą. A jeśli zespół nie ma wyników, po prostu nie przychodzą na mecze - frekwencja mocno wtedy spada. Szczególnie niecierpliwi są kibice Valencii - klubu, który jeszcze niedawno miał wielkie sukcesy.

Fenomenem - i to dla wszystkich - są jednak fani Athletic Bilbao. Oni kochają swój klub niezależnie od tego, czy gra o czołowe miejsca, czy broni się przed spadkiem. Zdecydowana większość ludzi na meczach to socios, czyli ci, którzy wykupili karnety na cały sezon. Nawet jak Athletic przegrywa, to na stronie internetowej dziewięć na dziesięć wpisów to nie są bluzgi pod adresem piłkarzy czy trenera, ale pokrzepiające serce deklaracje: że nigdy was nie opuścimy, że zawsze będziemy was wspierać. Zupełne przeciwieństwo tego, co jest w Polsce. No i doping na meczach też jest fantastyczny - od pierwszej do ostatniej minuty.

Specyficzne są za to Real Madryt i Barcelona - tam na niektórych meczach jest tak cicho, że można usłyszeć, co mówią między sobą piłkarze. Szczególnie na spotkaniach ze słabszymi rywalami, gdy wielu socios nie przychodzi na stadion (kupienie biletu na mecze z poważnymi rywalami jest prawie niemożliwe). Za to na stadionie jest wielu turystów, przypadkowych widzów, którzy przyszli zobaczyć legendarny zespół, jakby zwiedzali muzeum.

Nigdzie w Hiszpanii nie ma "systemowych" przekleństw, takich jak w Polsce, wulgaryzmy to naprawdę incydentalne przypadki. Kibice dopingują swój zespół, a nie skupiają się głównie na obrażaniu rywala, arbitra czy szefów federacji. Normalną sytuacją jest też wspólna jazda metrem czy pociągiem fanów na mecz. Oczywiście, są przypadki skrajnych animozji - jak pomiędzy kibicami Betisu i Sevilli, klubów z jednego miasta - ale to są tylko przypadki.

1
fot. Kuba Atys fot. Kuba Atys

Anglia

Marek Saganowski

Napastnik, ma 35 lat. Obecnie piłkarz Legii Warszawa, grał też w Southampton, Aalborgu, Troyes, Vitorii Guimaraes, Odrze Wodzisław, Orlenie Płock, ŁKS Łódź, Hamburgerze SV i Feyenoordzie Rotterdam. W reprezentacji Polski wystąpił 32 razy, zdobył 5 bramek.

 

Wcale nie uważam, by na zachodzie kibicowanie było lepsze niż w Polsce. Lepsze jest za to opakowanie - stadiony z zamkniętymi trybunami, gdzie nawet niezbyt duża grupa kibiców może zrobić wielki hałas. To tak jak w kinie - im lepsza sala, tym fajniej się ogląda film. Z drugiej strony, grałem też w Anglii w meczach, gdzie na trybunach siedziało 50 tys. ludzi, a z kolegami słyszeliśmy samych siebie. Po prostu zero dopingu. Za to jak wyszedłem na Old Trafford grać jako piłkarz Aaalborga z Manchesterem Utd., doping 75 tys. ludzi spowodował, że przeszły mnie ciarki.

Anglia to przede wszystkim żywiołowe kibicowanie przez cały mecz. Mecze naszego zespołu to święto. W sobotę o godz. 15, po obiedzie, ludzie przebierają się w koszulki zespołu i idą na stadion. Na mieście od razu widać, że zespół gra u siebie. Na każdym meczu jest po 20-30 tys. kibiców - i nie ma znaczenia, czy gramy z silnym rywalem, czy słabym. Zdarzało się, że na spotkaniach ze słabszymi przeciwnikami było więcej kibiców niż na tych z silniejszymi.

Większość kibiców ma karnety na cały sezon, bo w Anglii miłość do klubu przechodzi z pokolenia na pokolenie, a najgorszą rzeczą, jaka może spotkać fana, jest zakaz stadionowy, twardo tu egzekwowany. Doping jest raczej pozytywny, choć zdarzają się, oczywiście, gwizdy czy okrzyki dezaprobaty, ale chamstwa, wulgarnych przyśpiewek nie ma.

Mnie zdziwiło to, że w wielu ligach w Europie [Saganowski grał m.in. w Holandii, Niemczech, Portugalii i Francji - przyp. red.] oklaski dostaje się za przeprowadzenie składnej akcji, a w Anglii równie duże brawa albo nawet większe za udany wślizg, wygranie fizycznego pojedynku z rywalem. Tu ludzie doceniają zaangażowanie, tu się nie odpuszcza.

W Anglii kibice drużyn, które grają ze sobą w danym dniu, często przed meczem i po nim razem piją piwo w pubach, gadają o piłce, wchodzą i wychodzą ze stadionu tymi samymi bramami. Kary za wskoczenie na boisko czy niewłaściwe zachowanie na trybunach - nawet przekleństwa - są bardzo wysokie i natychmiast egzekwowane, a rozrabiającego kibica natychmiast wyłapuje monitoring. Na meczach policjantów jest niewielu, o porządek dbają specjalni stewardzi, ale ich poleceniom nikt się nie sprzeciwia.

Sport: kibic w Europie, sport, Artur Wichniarekfot. Roger Gorączniak/Wikipedia cc3

Artur Wichniarek

Napastnik, ma 36 lat, były reprezentant Polski. Najlepszy strzelec klubu Arminia Bielefeld w historii jego potyczek w niemieckiej Bundeslidze (36 goli). Grał też w Herthy Berlin, Widzewie Łódź i Lechu Poznań. 17 razy wystąpił w reprezentacji Polski, strzelił 4 gole.

 

 

W Niemczech między kibicami a piłkarzami są zdecydowanie inne relacje niż w Polsce - nawet jeśli podczas meczu kibice nas wygwizdali i zwyzywali, to ostatni gwizdek oznaczał koniec negatywnych emocji.

Pomagają temu regularne spotkania piłkarzy z kibicami. Raz w tygodniu dwóch zawodników przychodzi na spotkanie z fanami. Klub pomaga także kibicom organizować oprawy meczów - są flagi, natomiast rac zakazano - oraz wyjazdy na pojedynki poza Bielefeld. Nawet my, piłkarze, się w to angażowaliśmy - na przykład pokryliśmy z własnej kieszeni część kosztów związanych z wyjazdem fanów do Cottbus. Chcieliśmy mieć tam doping, walczyliśmy przecież o utrzymanie się w 1. Bundeslidze.

Na naszych meczach bywało co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi. 14-16 tys. regularnie kupuje co sezon karnety na wszystkie spotkania, kolejnych kilka tysięcy biletów rozchodzi się przed każdym meczem w kasach. Frekwencja zależy oczywiście też od rangi rywala.

Tym, co podziwiam w Niemczech, jest kulturalne zachowanie kibiców różnych zespołów. Fani drużyny gości siedzą razem z naszymi, popijają piwo i nie ma zadym. Przychodzą całe rodziny z dziećmi, nikt się nie boi. Niesamowite wrażenie robią wyjazdy na Bayern Monachium, Borussię Dortmund czy Schalke 04 Gelsenkirchen. W Dortmundzie zawsze stadion jest pełny - 80 tys. widzów - a na najbardziej gorącej trybunie, za jedną z bramek, siedzi aż 30 tys. kibiców ubranych w żółto-czarne barwy! Tam 50 tys. ludzi co roku kupuje karnety na cały sezon! Tak samo jest na Schalke - całe trybuny, 60 tys. ludzi, w niebiesko-białych barwach. W dodatku stadion jest supernowoczesny [ma m.in. całkowicie zamykany dach oraz - jeśli trzeba - wyjeżdżającą murawę - przyp. red.], co robi dodatkowo wielkie wrażenie.

W ogóle najfajniej gra się na tych stadionach, które zostały zmodernizowane lub wybudowane z myślą o mistrzostwach świata. Inne obiekty w Niemczech nie są już niestety tak nowoczesne.

2
Więcej na ten temat: piłka nożna, sport