Przez błoto do zwycięstwa!

Paweł Czarowski
Mięśnie rąk zaczynają mnie palić. Płucom brakuje powietrza. Kurczowo trzymam się stalowych kółek rozwieszonych nad basenem wypełnionym po brzegi błotem. Przejdę, muszę przejść. Twardym trzeba być, nie miękkim.
Fot. Sławomir Kamiński Fot. Sławomir Kamiński

Pod wpływem chwili

Z każdym przebiegniętym kilometrem obraz przed oczami coraz bardziej zaczyna mi się rozmywać. Lasek, woda, błoto, piach. Krótki trawiasty odcinek, a potem znów lasek, woda...

"Czarowski, cóżeś ty uczynił?" - kołacze mi się w głowie. Nie zamierzam się jednak poddawać. W końcu Men Expert Survival Race, reklamowany przez organizatorów niewinnie jako miejski bieg z przeszkodami, jest dla tych, którzy chcą się sprawdzić. A ja nie zwykłem przegrywać.

Zaznaczam, nie jestem zapalonym biegaczem. Nie przerzucam też ton żelastwa na siłowni. Kiedyś biegałem, żeby zrzucić wagę, ale było to przed narodzinami dziecka, a potem ograniczyłem bieganie. Co najwyżej łączyłem to z innymi sportami, jak choćby wake lub boks, które bardziej mi odpowiadały.

Pomysł na start narodził się pod wpływem chwili. Był koniec maja. Kumpel chwalił się właśnie na Fejsie fotkami z biegu we Wrocławiu. Choć był utytłany w błocie jak dzika świnia, wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie. Ponieważ spodobała mi się konwencja imprezy, czyli połączenie biegu z konkurencjami siłowymi, nie zwlekając, zagadałem do znajomego: "Jak wrażenia? Polecasz? Zastanawiam się czy nie wystartować".

Po 10-minutowej rozmowie byłem już niemal przekonany, że spróbuję, ale zaznaczyłem: "Spokojnie, jeszcze się z tym prześpię". No, to ja sobie to przemyśliwałem, a on, żeby mnie jeszcze bardziej zmotywować, działał. Zadzwonił do gościa z "Logo", a ten uderzył do mnie, że słyszał, że w czerwcu wystartuję w Warszawie, i czy nie opisałbym tego biegu. Nieco się zdziwiłem takim rozwojem wypadków, ale co tam. Zadeklarowałem: OK.

1
Sławomir Kamiński Sławomir Kamiński

3,2,1... Start!

Miałeś kiedyś wrażenie, że działasz w niedoczasie? Pewnie tak. Ja właśnie wtedy go doświadczyłem. Do biegu zostały trzy tygodnie. Teoretycznie dość, żeby się przygotować. Teoretycznie. Plan miałem taki: trzy dni w tygodniu biegam, kolejne dwa chodzę na siłownię. Jak zwykle życie plany zweryfikowało i ostatecznie trening wykonałem może w jakichś 30 procentach. Dlatego 18 czerwca, dzień przed startem, poczułem się trochę nieswojo. Wiedziałem, że prędzej czy później dobiegnę do mety, ale stawiałem na później. Wyjątkowo wcześnie zjadłem kolację (chyba z tonę makaronu) i poszedłem spać (dawno nie położyłem się tak wcześnie). Zregenerowany, obudziłem się z przekonaniem, że wszystko będzie dobrze.

Mój bieg był zaplanowany na 12.30, ale pojechałem dużo wcześniej, żeby się zarejestrować i rozpoznać teren. Nie ja jeden tak zrobiłem - plac przed Centrum Olimpijskim na Żoliborzu, gdzie znajdował się start, dosłownie roił się od zawodników. O 12.15 spiker wywołał na start grupę. Wtedy niemal wszyscy zaczęli malować twarze w barwy wojenne substancją, która konsystencją przypominała glinę. Jak wszyscy, to i ja, nie będę gorszy, w końcu idę na wojnę. Potem zaczęła się zbiorowa rozgrzewka, którą prowadził chłopak o wyglądzie trenera crossfitu: bieg w miejscu, pajacyki, bieg w miejscu, podskoki, bieg w miejscu, burpees, bieg w miejscu, rozciąganie. Po 15 minutach nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć, że jest nierozgrzany.

Zaczęło się odliczanie: 3, 2, 1... Start!

Tłum z bojowym okrzykiem wyrwał przed siebie. Do wysiłku zagrzewały nas tabuny kibiców. Z trudem powstrzymałem się, żeby nie popaść w tę zbiorową euforię, bo moja taktyka była prosta: biegnę spokojnie, ustawiam się pod koniec stawki, celem jest dobiec do mety, a nie bić rekordy

2
Fot. Sławomir Kamiński Fot. Sławomir Kamiński

W krainie błota

Już po około 30 metrach napotykamy przeszkodę - hałdę opon. Ułożone są jedna na drugiej i ich pokonanie nie sprawia nikomu trudności. Prawdziwe wyzwania pojawią się później. Znikamy w lasku, z czekającymi na nas wąskimi ścieżkami i powalonymi drzewami, przez które trzeba skakać lub ewentualnie przejść pod nimi. Ale, i chyba to najważniejsze, jest cień! Zapomniałem napisać, że było parno. Początkowo stawka biegaczy nie rozciąga się, to ulegnie zmianie, gdy część zawodników opadnie z sił, ale na razie wszyscy mają energii pod korek. Po jakiś 15-20 minutach usłyszałem z przodu grupy jakieś gromkie śmiechy i wiedziałem że czeka nas jakaś niebanalna przeszkoda. Nie pomyliłem się. Trzeba było pokonać wypełnione błotem bajorko. W życiu nie widziałem, żeby tyle dorosłych cieszyło się równocześnie z błotnej kąpieli.

Przez następne kilometry biegniemy laskiem o dość grząskim podłożu. Pokonujemy dwa razy pajęczą sieć, czyli gęstą plątaninę lin, zawieszoną nad ziemią. Nie była trudna, ale aby bezpiecznie ją przejść, potrzebna była pomoc innych uczestników. Jak się później okazało, to norma, że wszyscy sobie pomagają, bo tu rywalem nie są inni, ale twoja własna słabość.

Wreszcie lasek się skończył. Wbiegamy w piaskowy wąwóz. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to: "Gdzie ja jestem?". Pochodzę z Bielan i pół życia kręciłem się po Żoliborzu, gdzie był rozgrywany bieg, ale to miejsce widzę po raz pierwszy. Dam sobie głowę uciąć!

Szybko przestaję jednak roztrząsać tę kwestię, bo zaczynam tęsknić za cieniem lasu. Na otwartym terenie słońce nie patyczkuje się z nami. Do tego dochodzi piasek. Jeśli próbowałeś kiedyś biec po wyjątkowo głębokim piachu, to znasz ten ból. Zaciskam zęby i brnę przed siebie. Czy mi się wydaje, ale już nie biegniemy zwartą grupą, tylko długaśnym sznurem?

W strefie piaskowej (tak ją nazwałem) coraz trudniej było też wykonywać kolejne zadania - przetoczyć oponę od tira czy przeczołgać się pod jeepem. Na pożegnanie piachu trzeba było wykąpać się w kontenerze z wodą zmieszaną z błotem (znowu!?). Było to chyba tylko po to, aby zwiększyć doznania podczas przebiegania przez Elektrofazę 2.0, która miała w sobie 8000 voltów elektrycznej motywacji do dalszego biegu.

3
Fot. Sławomir Kamiński Fot. Sławomir Kamiński

Lina, czyli padłeś - powstań!

Dalsza trasa prowadzi na przemian nad Wisłą, laskiem, nad Wisłą...

Mijam grupkę, która na piaszczystej wysepce rozbiła namioty i kończyła właśnie nocną imprezkę, wciąż popijając (Boże, jak ja napiłbym się chłodnego piwa!) i chrypliwie dopingując nas. To się naprawdę przydało, bo mijanych co jakiś czas wolontariuszy pytałem, ile już przebiegliśmy, i niezmiennie słyszałem, że 5 kilometrów. To musiało być w takim razie najdłuższe 5 kilometrów, jakie w życiu przebiegłem.

Koniec końców byłem jednak zadowolony, bo jeszcze nie napotkałem przeszkody, której bym nie był w stanie pokonać. Moją pewność siebie zachwiała dopiero lina - długa i śliska. Nie dałem jej rady i był to chyba mój pierwszy kryzys podczas biegu. W jednej chwili poczułem się mega zmęczony. Próbowałem się kilka razy podciągnąć, ale było to ponad moje siły. Zresztą nie tylko ja. Zasada jest taka, że można ominąć przeszkodę, ale wtedy trzeba za karę wykonać 30 burpees. W głowie kołatało mi się, że ćwicząc burpees (przysiad, deska, pompka i wyskok), wysmuklę uda, wzmocnię pośladki i ramiona. Uwierz, w tamtym momencie była to marna pociecha.

Podczas gdy trzaskałem swoje karne padnij-powstań, jakiś gość zwalił się z liny z łoskotem tuż obok mnie.

- Chłopie, żyjesz? - zapytałem z troską.

Chwilę leżał bez ruchu, ale wreszcie wysapał: - Tak, tak. Słaby jestem, to będę pompował.

Przy linie spotkałem wreszcie wolontariusza, który zaklinał się, że wie na sto procent, że lina to połowa trasy, czyli 6 kilometrów.

Przyjąłem to pokornie do wiadomości i pobiegłem dalej. Do dziś nie mogę się nadziwić, że od brodzenia w wodzie i błocie nie wyrosły mi błony jak jakiejś żabie. Równocześnie rozpaczliwie chciało mi się pić. Wodopój był mniej więcej na siódmym kilometrze i była to najlepsza woda, jaką kiedykolwiek w siebie wlałem.

4
Fot. Sławomir Kamiński Fot. Sławomir Kamiński

Ostatni skok i na piwko

Dalsza część trasy nieco mi się zatarła, a drugi oddech złapałem niedaleko przed metą. W sama porę, bo tuż przed spotkaniem z wikingami (zawodowi rugbyści, którzy mieli za zadanie nie przepuścić nikogo dalej, w każdym razie nie przepuścić od razu).

Wikingowie jak to wikingowie, spuścili mi wpierdol i dopiero mocno sponiewieranemu pozwolili biec dalej. Czekał mnie już tylko Quarter Pipe 2.0. To kilkumetrowa rampa, którą trzeba było pokonać. Nie byłem wcale pewien, czy doskoczę do jej krawędzi. Na szczęście na rampie siedział jakiś biegacz, który pomagał innym się wdrapać. Biegnąc w jego stronę, układałem sobie, jak to rozegram: 1,2,3, szybkie kroki i wyskakuję w górę. I tak było! Gość mnie złapał i podciągnął kawałek. Wystarczyło, żebym uchwycił się krawędzi.

To już była naprawdę ostatnia przeszkoda, za którą czekała mnie meta, medal za waleczność, zimne piwo bezalkoholowe i woda.

Udało się! Przeżyłem i zaliczyłem 49 przeszkód, tylko ta nieszczęsna lina psuła mi wynik, ale kto by ją liczył (przecież odwaliłem burpees, no nie?). Co ciekawe, na mecie okazało się, że trasa Men Expert Survival Race miała około 14 kilometrów, zamiast zapowiadanych 12.

Dobra, teraz czas się zregenerować, dobrze zjeść i wrócić do kolejnych treningów, bo już w głowie pojawił się następny szalony (jak na mnie) plan, żeby być aktywnym i (a jakże) twardym, nie miękkim.

5
Więcej na ten temat: bieg, sport