Kulaj się! Rzecz o brazylijskim jiu-jitsu

Alex Kłoś
Stoją w dwóch rzędach. W rękach złożone poczwórnie pasy. Wprost palą się do tego, żeby mi ostro przylać. Przez ten rytuał przejdzie każdy, kto dostanie kolorowy pas w brazylijskim jiu-jitsu.
Fot. Albert Zawada Fot. Albert Zawada

Mirek

Jestem ubrany tylko w spodnie od gi - jak w brazylijskim jiu-jitsu (BJJ) mówi się na kimono - i szykuję się na tę "ścieżkę zdrowia". W duchu powtarzam: "To tylko pasy. Ból przemija, a sława jest wieczna".

Za chwilę będę posiadaczem niebieskiego pasa (kolorów jest pięć), a promuje mnie sam Mirosław Okniński i piszę o tym dla "Logo".

Okniński to trener, który położył solidny fundament pod BJJ w stolicy i równocześnie bardzo doświadczony instruktor MMA. Chłop o posturze niedźwiedzia. Znamy się od dawna, ale kompletnie mnie zaskoczył: - Dostaniesz ode mnie niebieski pas. Chcesz?

- Jasne, Mirek, to zaszczyt.

- Dobra. Ja z tego nadawania stopni to najbardziej lubię pasowanie - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

DRILLE, TRÓJKĄT I WYPYCHANIE BIODER

W brazylijskim jiu-jitsu nie ma rytualnych form otwierających trening, medytacji, rozwoju duchowości, pracy z energią wewnętrzną. To rozwijający się dynamicznie sport bez rozbudowanej ideologii. Nawet kimona (białe, niebieskie, czarne) nie są niezbędne, bo równie dobrze można ćwiczyć w szortach i mocnym, elastycznym podkoszulku, czyli tzw. rashguardzie. Wtedy to nadal będzie BJJ, ale w formule No Gi. Bywa też, że na jednym treningu garderoba jest mocno pomieszana. Jedni są w gi, inni tylko w koszulkach i spodenkach, a jeszcze inni dla odmiany w górach od kimon i spodenkach. Instruktor tradycyjnego japońskiego judo na widok takiego miszmaszu pewnie skrzywiłby się, bo choć na pierwszy rzut oka oba sporty są podobne, to w rzeczywistości dwa różne światy.

Bez zbędnych pogaduch Mirek zarządza więc rozgrzewkę. Biegamy dookoła maty. Przodem, bokiem, tyłem, robimy przeplatankę i "zbieramy grzybki". Rozgrzewka w każdej sztuce walki jest bardzo podobna. Różnice występują wtedy, gdy pojawiają się elementy techniczne właściwe dla danego systemu. My po rozbieganiu lądujemy w parterze i zaczynamy specyficzne grapplingowe ćwiczenia. Na początku rozgrzewamy kark. Mocny kark dla grapplera, czyli gościa, który walczy za pomocą różnego rodzaju chwytów, to podstawa, bo w grapplingowych sparingach ludzie dosłownie targają się za łby. W trakcie tarzania się po macie odcinek szyjny kręgosłupa co chwilę narażony jest na przeciążenia. Walka w kimonie, czyli jak to się mówi w "szmatach", jest bardziej techniczna i zamiast łapać za głowę, można złapać za kimono. Ale i tak kark musi być mocny jak kolumna Zygmunta.

Podstawowym ćwiczeniem budującym siłę karku jest poruszanie głową. Tyle, że robi się to, leżąc na brzuchu albo na plecach. Jeżeli myślisz, że to bułka z masłem, to spróbuj. Połóż się na plecach, oderwij głowę od ziemi i zacznij poruszać nią w górę i dół. Tak z pięćdziesiąt razy. Oj, ciężko będzie, co? A to dopiero początek. Teraz skręcaj głowę na boki, do obojczyków, patrząc przez cały czas prosto w górę. Kolejne pięćdziesiąt razy. Zrobione? To teraz przekręcaj głowę, dotykając brodą do obojczyków i patrz się, to w jedną, to w drugą stronę (liczbę powtórzeń już znasz). Nie zatrzymuj się, nie odpoczywaj. Kiedy skończysz, przekręć się na brzuch i powtórz wszystko w tej pozycji. Dla niewytrenowanego to męka. Dopiero z czasem staje się to proste (niektórzy mówią, że nawet przyjemne), a szyja robi się gruba i krzepka. Można na niej robić cuda, na przykład kręcić się jak w breakdance, robiąc zapaśniczą karuzelę. My dziś tak nie szalejemy. Stajemy spokojnie na głowach, a potem opadamy w stronę pleców do mostka. Rozgrzewamy i rozciągamy kark, dociskając go energicznie ze wszystkich stron do maty.

To był wstęp do przebogatej grapplingowej krainy ćwiczeń, które budują siłę i cechy motoryczne. Ćwiczeń, które fachowo nazywa się drillami. Większość drilli wykonuje się w parterze, to ćwiczenia, jakich nie zobaczysz w innych sztukach i sportach walki. W Brazylii powstała nawet oryginalna metoda treningowa nazywająca się ginastica natural, która drille z grapplingu połączyła z ćwiczeniami wzorowanymi na sposobie poruszania się zwierząt, czyli animal flow workout.

My na polecenie Mirka robimy prozaiczne tygryski, przewroty przez barki, fikołki do tyłu. Czołgamy się, przesuwamy na plecach przez całą szerokość sali, odpychając raz jedną, raz drugą nogą i wypychamy przy tym biodra na boki. Na koniec wykonujemy trzydzieści powtórzeń ruchu zapinania tzw. trójkąta, czyli duszenia, w którym nogami zakleszcza się rękę i szyję przeciwnika. To jedna ze sztandarowych technik BJJ, która w judo nazywa się newaza sankaku jime. Nie potrafisz wyobrazić sobie trójkąta?

Na pewno oglądałeś pierwszą część "Zabójczej broni". Tam Mel Gibson dusi Garego Buseya w finale ostrej naparzanki. Robi to właśnie za pomocą trójkąta. Choreografię tej walki ułożył sam Rorion Gracie. Zapamiętaj to nazwisko, bo bez niego nie byłoby MMA

1
Fot. Albert Zawada Fot. Albert Zawada

Miękka sztuka dla twardych gości

Mirek z zadowoleniem patrzy na nasz udręczony zespół. Koniec rozgrzewki. Choć pot zalewa mi oczy, nie wypadam z roli i korzystając z kilku sekund rozprężenia, dopadam do Mirka i wyprowadzam serię pytań.

- Czym BJJ różni się od innych sztuk?

Trener patrzy na mnie z wyrozumiałością, ale odpowiada.

To jedna z najpotężniejszych, ale zarazem łagodna sztuka walki. Po japońsku jiu-jitsu to "miękka sztuka". Jej mottem jest "ustąp, aby zwyciężyć". Polega to na tym, żeby wykorzystać siłę przeciwnika przeciwko niemu. Jeżeli on pcha, to trzeba go ciągnąć, jeżeli ciągnie, to pchać. Jeżeli zgina rękę, to trzeba mu w tym pomóc - tłumaczy.

Idę za ciosem i pytam, o co chodzi z tą łagodnością?

- W BJJ nie ma uderzeń i kopnięć. Są za to duszenia i dźwignie. W walce sportowej nie ma uszkodzeń ciała, tak jak na przykład w boksie, kick boxingu czy MMA, bo gdy ktoś założy chwyt, to ta druga osoba może szybko klepnąć przeciwnika albo w matę, co jest sygnałem, że ma już dość i się poddaje. Walka zostaje przerwana i nic nikomu się nie dzieje - tłumaczy Mirek. - Oczywiście pod warunkiem, że ktoś nie jest zbyt ambitny i wie, kiedy trzeba się poddać. Bo to są techniki kończące, za ich pomocą można łatwo uszkodzić komuś staw. Albo kogoś udusić. Dosłownie.

Dopytuję się, z czego wynika legendarna skuteczność BJJ.

- Ze specyficznego modelu treningu. Ponieważ nie ma uderzeń, dużo sparujemy.

Na razie wystarczy. Pora na dalszą naukę.

2
Fot. Albert Zawada Fot. Albert Zawada

Ormoplata, walacha, waleczka

Na treningach grapplingu z reguły instruktorzy demonstrują tylko kilka technik. Na przećwiczenie każdej jest pięć minut, a potem to samo ćwiczy partner. Mirek przydziela mi partnera z białym pasem, więc chłopak jest na moim poziomie. Jest świeży i głodny walki. Na początku zaczynamy od obalenia. Jedna ręka chwyta za nogawkę, druga za kołnierz, bo przeciwnika trzeba pozbawić równowagi i obalić. Akcję kończy przyciśnięcie go do ziemi kolanem obciążającym brzuch. Potem trenujemy omoplatę, balachę, obronę przed balachą i jeszcze jedno obalenie. Każda z technik składa się z kilku faz i wszystko jest na tyle skomplikowane, że musisz sam tego spróbować, żeby dokładnie zrozumieć.

BJJ to nowy język walki, którego trzeba się nauczyć od podstaw. - A podstawą jest osiągnięcie pozycji, z której można założyć dźwignię lub duszenie. Podstawowe pozycje to garda, boczna, plecy i dosiad. Z każdej z nich można zakładać techniki kończące. We współczesnym sportowym brazylijskim jiu-jitsu w użyciu są tylko chwyty. Kiedyś w grę wchodziły także uderzenia, i ze zdobytej pozycji można było uderzać - tłumaczy Mirek.

OK. Czas na waleczkę, jak pieszczotliwie nazywa się sparingi. Co ważne, ludzie tu nie walczą, ale się kulają.

- Kulamy się? - gdy pada takie pytanie, wiadomo, że to właśnie propozycja sparingu.

Na każdym treningu zawsze są trzy, cztery, ale bywa, że cały trening to jeden wielki sparing. Na początek będę się kulał z Pawłem Mistewiczem, posiadaczem jednego ze 157 czarnych pasów BJJ w Polsce. Paweł jest związany z klubem Mirka od 15 lat. Zdobył w tym czasie tytuł wicemistrza Europy w kategorii purpurowych pasów. Zaczynamy kurtuazyjnie od złapania się za kimona. Kombinuję, jak coś ugrać, ale to on kontroluje całą zabawę. Przypomina to sytuację, gdy łaskawy kotek spotyka się z ciekawską myszką. Paweł pozwala mi się poruszać, poszukać, ale gdy tylko wydaje się, że mój koncept ma sens, on momentalnie mnie stopuje. W jego poczynaniach nie ma napięcia, jest miękkość, płynność.

Ale może być całkiem inaczej. Sparuję z Bartkiem "Chmurą" Chmurowiczem. To bardzo doświadczony grappler, trenuje ponad 20 lat. Ma czarny pas w judo i purpurowy w BJJ. "Chmura" działa błyskawicznie. Ogarnia mnie jak szmacianą lalkę i łamie jak zapałkę. Kończy błyskawicznie ostrą dźwignią, a ja muszę się bardzo spieszyć, żeby klepnąć, że mam dość. Zakłada dźwignie na wszystkie możliwe stawy, pomijając palce, bo tego w sportowym BJJ się nie robi Nic dziwnego, że parterowe techniki zostały wykorzystane w bojowym systemie walki wręcz armii USA (Modern Army Combatives Program) oraz w wielu systemach samoobrony, na przykład w krav madze.

3
Fot. Albert Zawada Fot. Albert Zawada

Jestem niebieski

Pora na moje pasowanie. Mirek jeszcze tylko przypomina: - Można uderzać tylko w górę pleców.

Gdy ruszam, spadają na mnie razy. Przechodzę pomiędzy bijącymi, zatrzymuję się i po chwili zawracam. Wszyscy mają parę w łapach, więc plecy mam sine. Wreszcie Mirek przewraca mnie na ziemię, to także część zabawy. Koniec treningu, jestem trochę obolały, ale z megadumą spoglądam na swój niebieski pas.

4
Więcej na ten temat: brazylia, jiu jitsu, sztuki walki