Podróż do krainy żubrów

Piotr Zabłocki
Trzy żubry stały sobie i żarły trawę. Przeżuwały majestatycznie wśród porannych mgieł. Albert cykał fotę za fotą, ja gapiłem się przez lornetkę, i powiem wam, że taki żubr o poranku to jednak robi wrażenie.
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Białystok? Białowieża?

Kochanie, znikam na kilka dni. Jadę do Białegostoku, na żubry i inne różności - rzuciłem w domu. Potem, gdy już dotarłem na Podlasie, przypomniałem sobie historię kolegi dziennikarza ze Szczecina. Gdy warszawska redakcja prosiła go o jakąś fotkę znad morza, zawsze się zgadzał. Zawsze też jednak zaznaczał, że na trasie do Świnoujścia są korki, więc zajmie mu to cały dzień. - Korki? Świnoujście? O czym ty mówisz? - dziwili się szefowie z Warszawy. Potem zerkali na mapę. Właśnie, Szczecin nie leży nad morzem.

Białystok nie leży natomiast w Puszczy Białowieskiej.

Zorientowałem się, że zawaliłem planowanie, kwadrans przed wyjazdem, gdy rzuciłem okiem na Google Maps. - Albert - zadzwoniłem do fotografa: - Sprężamy się. Te żubry są w Białowieży, a to kawałek drogi od Białegostoku. Albert przestał się ze mnie śmiać dopiero po kilkudziesięciu kilometrach.

1
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Drang nach osten

Tak właśnie zaczęła się moja wyprawa na Wschód. Ja z Wielkopolski, już w Warszawie przeżyłem szok kulturowy, gdy zobaczyłem cerkiew, a tu taka przygoda. Czytałem Stasiuka, który po drugiej stronie Wisły znajduje zawsze jakąś inną religijność, mistycyzm i w ogóle wielką Tajemnicę. Pomyślałem, że może i ja odnajdę w sobie, poza zamiłowaniem do "porzundku", taką stasiukową głębię. Tym bardziej że stasiukowa głębia przyciąga kobiety jak miód osy, więc chyba warto.

Aż chciałoby się napisać, że ruszyliśmy z kopyta, ale 100 koni mechanicznych mojej renówki spokojnie drzemało w megakorku na wylocie z Warszawy.

- Otworzymy okna? - zasugerował Albert.

- Zamkniemy okna! - zgodziliśmy się obaj, gdy kolejne tiry radośnie radośnie smrodziły obok nas.

- Może włączysz klimę? - nieśmiało poprosił Albert.

- Niestety, Albercie, ona jest włączona. Ale słońce włączone jest bardziej - odparłem ponuro.

W Radzyminie obaj nadawaliśmy się do kąpieli. Ale droga jakby trochę się poluzowała, więc ruszyliśmy na Wschód. Chciałem tak mistycznie jak Stasiuk, słońce ma zachodzić za plecami, a ja jadę w drugą stronę. Męska przygoda; gdybym miał więcej czasu, to zamieniłbym samochód na mustanga. Męska przygoda musiała ustąpić jednak poznańskiemu racjonalizmowi gdzieś za Małkinią Górną a przed Brańskiem. Trafiliśmy w takie chęchy, jechaliśmy tak dziwną drogą (ścieżką?), że trudno nam było uwierzyć, że to trasa Warszawa-Białowieża. A tymczasem włączony racjonalnie GPS powiedział, że owszem, to właśnie jest najkrótsza droga między tymi dwoma osadami.

Ale potem... za Brańskiem, za Bielskiem Podlaskim znalazłem się w innym świecie. Pola z lewej i z prawej, droga prosta, jak z bicza strzelił, a wszędzie pusto. Na drodze pusto, po bokach pusto, jakiś myszołów nad tymi polami kołował. Nawet klimatyzacja zaczęła działać, bo słońce już odpuszczało, ale ją wyłączyliśmy i otworzyliśmy okna. Zapachniało trawą. Przypomniała mi się jazda przez Michigan, przez amerykańskie pustki, i to rodzące się za kierownicą kowbojskie poczucie wolności.

A jeszcze chwilę potem, już przed Hajnówką, po lewej stronie szosy zobaczyliśmy cerkiewkę. Niebieściutką, jak z rosyjskiej baśni. Dla mnie bardziej egzotyczną niż michigańskie lasy.

2
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Salonka i kieliszek

W delegacji wybiera się hotel wygodny, w centrum miasta (coby wieczorem na piwo wyskoczyć), aczkolwiek nieprzesadnie gwiazdkowy, żeby księgowość nie zainteresowała się jakoś specjalnie fakturą za nocleg.

Ja to wszystko wiem, ale w Białowieży nie mogłem po prostu wybrać czegoś niedrogiego w centrum (również dlatego, że centrum Białowieży to raczej umowny punkt geograficzny niż fizyczne zagęszczenie ludzi, barów, knajp, kin i komunikacji miejskiej). Po prostu musiałem zaklepać nocleg w wagonie przy restauracji Carskiej.

Tak, w wagonie. Starym, odrestaurowanym, stylizowanym na carską salonkę.

Nie mogłem się oprzeć. Albert też strasznie się cieszył na takie spanie. - Widziałem w necie. Ale zdjęcia tam zrobimy! Dopiero jednak, gdy zobaczyłem znak "Restauracja Carska, 2,5 km", powiedziałem mu prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Już nie mógł uciec.

- Albert, sorry, ale te salonki są bardzo drogie. Wziąłem więc nam jedną na spółkę, a tam jest tylko jedno łóżko - powiedziałem znad kierownicy.

- To taki żart, prawda?

- Nie, stary. Ale postaram się nie chrapać.

Nie chrapałem, Albert też nie, zresztą snu mieliśmy tyle, co kot napłakał. Bo najpierw poszliśmy do restauracji. A tam pielmieni i ucha (taka rybna zupa). Bo od granicy z Białorusią (Biało- czy nie biało, ale dla poznaniaka - Rusią. Totalna egzotyka) dzieliło nas w linii prostej 1200 metrów. Normalnie jakbym był sąsiadem Łukaszenki. Pielmieni i uchę musiałem więc zjeść.

I powiem tak: w Carskiej karmią cudownie. Dowiedziałem się przy okazji, że do uchy można wlać kieliszek wódki, a wtedy zupa zmienia smak. Fakt, zmienia. Do dziczyzny strzeliłem kieliszek Żubrówki (wspieram lokalne jedzenie, gdzieś w okolicy zbierają w końcu te trawki, które potem są ręcznie wkładane do butelek) i zrobiła się północ.

- Rewelacja - westchnąłem.

- Za trzy godziny pobudka - przypomniał Albert.

Racja. W końcu jesteśmy umówieni na oglądanie żubrów.

3
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Żubr jaki jest, każdy widzi (jeśli wstanie)

Z umawianiem się na żubry są dwa problemy. W każdym razie na takie prawdziwe żubry, co chodzą na wolności, a nie z rezerwatu pokazowego. Pierwszy to godzina. Żubry pierwsze śniadanie jedzą przed wschodem słońca. Wtedy wyłażą na łąki. Jak się najedzą, zalegają w lesie, i nici z oglądania. Drugi problem to taki, że my się mogliśmy na oglądanie tych zwierząt umówić, ale one nic o tym nie wiedziały. Przesympatyczny kelner z Carskiej uprzedzał nas: - Panowie, żubra czasami trudno spotkać. Ale przyroda jest piękna. No, ale umówmy się: żeby obejrzeć kwiatki, nie trzeba wstawać o trzeciej nad ranem!

W każdym razie wstaliśmy. Ubraliśmy się. Wsiedliśmy do auta. Pojechaliśmy na miejsce zbiórki. A żubry już czekały. Trzy żubry stały sobie i żarły trawę. Przeżuwały majestatycznie wśród porannych mgieł. Albert cykał fotę za fotą, ja gapiłem się przez lornetkę, i powiem wam, że taki żubr o poranku to jednak robi wrażenie.

Za blisko podejść nie można, bo zwierz, mimo że spory, potrafi się rozpędzić do 40 km/h (obliczyłem szybko w głowie: ja w sprincie robię jakieś 25 km/h) i może nie wyhamować. Zderzenie z ponadpółtonowym żubrem do przyjemnych nie należy. Staliśmy więc sobie w oddali, gapiliśmy się, a żubry przeżuwały.

Pomyślałem, że jest super. Mieliśmy znaleźć żubry i zrobić im zdjęcia. Jest 4.30, zadanie wykonane, można wracać do łóżka. Niestety, przewodniczka miała inne plany. Wśród tych planów były rozlewiska Narewki, bobry, sarenki i dzięcioł jakiś tam.

Dzięcioła jakiegoś tam nie widzieliśmy, podobno rzadka to bestia, zobaczyliśmy jednak, co jego kuzyn, dzięcioł czarny, potrafi zrobić z drzewem. Potrafi zrobić dziurę, która wygląda jak małe okno. Niezły jest skubaniec.

Niezła była też nasza przewodniczka, która znała każdy kwiatek, każdą roślinkę w puszczy. Trochę dziwnie na nas spojrzała, gdy na pytanie: "o, a co tam lata?", odpowiedzieliśmy z Albertem: "jakiś ptak". Postanowiła jednak urządzić poranek edukacyjny i cierpliwie opowiadała nam, miejskim baranom, o przyrodzie.

Andrzej Bursa napisał kiedyś tak:

"widziałem zachód słońca
i wychodek w nocnym lokalu
nie znajduję specjalnej różnicy"

Ja wiem, że to poezja, ale pan poeta racji nie miał. Wschód słońca w Puszczy Białowieskiej jest przepiękny. Sam sprawdź, polecam.

4
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Dusza wódki

Oglądanie przyrody przeciągnęło się do śniadania. Spać nam się chciało okrutnie, ale łóżko nas nie kusiło, bo jedno. Zgodnie z planem ruszyliśmy więc do Białegostoku. Miasto wojewódzkie, wiadomo. Raj dla miłośników zwiedzania, bo są i kościoły, i cerkwie, i zabytkowy pałac Branickich (Wersal Północy!) i cudeńka modernistyczne. Ale my ominęliśmy slalomem zabytki i pojechaliśmy do dumy Podlasia, miejsca miłego sercu każdego mężczyzny, czyli destylarni. Destylarni, w której powstaje Żubrówka. Jako miłośnik alkoholi wszelakich załatwiłem sobie zwiedzanie (nie jest to takie proste, ale "Logo" otwiera wiele drzwi).

- Albert, ponieważ ja się zajmuję alkoholami w "Logo", więc to ja testuję, a ty robisz fotki i prowadzisz auto, OK?

- Mus to mus - odparł markotnie fotograf.

Każdy facet wie mnie więcej, jak powstaje wódka. Zacier ze zboża, destylacja, rektyfikacja, powstaje czysty alkohol, rozcieńcza się go czyściutką wodą, leje do butelek i voila! Po wizycie w białostockim Polmosie wiem, że to nie jest aż tak proste. Zanim krzykniemy "voila", wielu fachowców musi dorzucić swoją cegiełkę. Zwiedzanie Polmosu zaczęliśmy jednak blisko tego "voila". Od linii butelkowania najnowszego białostockiego dziecka, Żubrówki Czarnej. Każda butelka z czarnego szkła owinięta jest w folię (żeby nic się jej nie stało), specjalnie przeszkolone panie dokładnie je oglądają (ja bym zwariował, patrzeć i nie móc spróbować, groza!) i układają w kartonikach. Zwiedzałem w specjalnym fartuchu, bo musi być czysto. O wódkę dba się jak o niemowlaka.

Dla mnie najciekawsza była jednak wizyta w laboratorium, gdzie kontroluje się spirytus. - Im lepszy, im czystszy, tym wódka jest lepsza. A my dbamy, żeby spirytus był doskonały - zachwalał Krzysztof Baranowski, ekspert od jakości w laboratorium.

No to sprawdzam.

- Ale ja panu rozcieńczę, bo to 98 proc.

- To poproszę - zaśmiałem się.

Mlask, mlask. Spirytus z pszenicy pyszny. Potem jeszcze degustowaliśmy Czarną, a na wykresach oglądałem, jak wódka wygląda od strony chemików.

- Ale skoro spirytus taki czysty, to skąd smak? Czemu jedna wódka różni się od drugiej?

- Dochodzimy, panie redaktorze, do duszy wódki.

Czyli jednak wschodnia metafizyka. Wokół kolumny rektyfikatorów, czyste rurki i rury, skomputeryzowany system sterowania, sterylne laboratorium, tajemnicze wykresy, a o smaku wódki decyduje coś nieuchwytnego, coś, czego żaden aparat nie wykryje. Dlatego czyściutka woda jest z Puszczy Białowieskiej, a filtr z węgla drzewnego z białowieskich dębów. A o tym, czy jakaś partia Czarnej trafi na rynek, decydują degustatorzy. I bądź tu, panie, oświeceniowym racjonalistą.

- A panu smakuje?

- Dla mnie bomba!

5
Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Porządek musi być

Zwiedzanie skończyliśmy wczesnym popołudniem. Słoneczko grzało, oczy mi się zamykały, bo spałem trzy godziny. No i degustowałem spirytus.

- Idziemy spać, a potem skoczymy w miasto? - zapytał fotograf ziewający za kierownicą.

- Albert, jak pójdziemy do hotelu, to się do rana nie obudzimy. Idziemy w miasto od razu.

Wiadomo, twardym trzeba być.

Postanowiliśmy za dużo nie chodzić. Ot, piwko w jednej knajpie, spacerek do drugiej, żubróweczka, kawa i przemarsz (tfu, będę unikał słowa "przemarsz" w kontekście Białegostoku), a więc przejście do następnej lokacji.

Wokół nas maturzystki oblewały matury, zabytkowe cerkwie i kościoły rzucały przyjemne cienie, modernistyczne budynki również, piwo lało się strumieniami, zmusiłem Alberta do sączenia Żubrówki w temperaturze pokojowej.

- Ciepła wódka? - skrzywił się.

- Tylko ciepła, bo wtedy poczujesz aromaty. Degustujemy!

Degustację zakończyliśmy grzecznie, przed północą. W nocy śniły mi się żubry i linia butelkowania w Polmosie.

Dzyń, dzyń, dzyń, stukały w moim śnie butelki.

Dzyń, dzyń, dzyń, zadzwonił budzik.

I znów zawitaliśmy na ul. Lipową. Tym razem, żeby postawić się na nogi. Znalazłem knajpkę, która serwowała coś, co się nazywało Detoks Water. Wziąłem gruszkowo-granatowo-goździkową.

Dostałem plasterki gruszki, ziarenka granatu i goździki zalane wodą. Pełny detoks.

Dmuchnęliśmy profilaktycznie w alkomat (wyszło zero przecinek zero) i ruszyliśmy do domu. Dwupasmówka zachęcała, by docisnąć. Docisnąłem. Z radyjka poleciało "Wu-Tang Clan Ain't Nuthing Ta Fuck Wit".

A co, po kozacku!

Kozaczenie skończyło się po chwili, gdy przemiły policjant machnął lizakiem.

- Panie kierowco, proszę jeździć ostrożniej - rzucił, wręczając mi mandat.

Żeby poznaniaka na Wschodzie uczyli porządku...

6