Seks: monogamia to ściema

Tomasz Kozłowski
Marzyłeś o seksie w trójkącie?
Zazdrościłeś tym, którzy tak się zabawiali?
Lubisz niewinnie poflirtować?
Jeśli zaprzeczasz, to albo kłamiesz, albo jesteś pingwinem.

Za czasów studenckich pomieszkiwało się w różnych miejscach. Pewnego razu życie rzuciło mnie do całkiem przytulnej kamienicy. Nie zwróciłem wówczas uwagi na zagadkowe: "Tu nie", powypisywane flamastrami na guzikach domofonu. Sprawa wyjaśniła się parę dni później. Na moje pytanie: "kto tam?", w słuchawce dzwoniącego domofonu słyszałem albo: "O, przepraszam", albo wprost: "Ja do pani z ogłoszenia". Szybko pojąłem, że w kamienicy jest świetnie prosperujący burdel, rozlany na kilku kondygnacjach. Na swoim numerku dopisałem: "Tu nie!".

Niech nikt nie myśli, że w budynku miały miejsce regularne burdy śmietanki półświatka. Przeciwnie. Schludnie, fachowo. Klient przychodzi, dzień dobry, robi swoje, wychodzi. Pełna kultura. Przekrój petentów olbrzymi: od policjantów po białe kołnierzyki. Najstarszy zawód świata nadal jest potrzebny. Niewidzialna ręka rynku stworzyła go w odpowiedzi na naturalne potrzeby gatunku. Teoretycznie bowiem każdy (i każda) z nas jest poligamistą. Masa facetów, którzy przewinęli się przez tamte pielesze, po zapięciu rozporka wracało do żon, konkubin i narzeczonych.

1

Poligamia w hordzie

Może byłoby inaczej, gdyby nie fakt, że na kulturowej mapie świata, jako poligamiści, mamy - jako Polacy, katolicy - pecha.

Od dawien dawna kładzie nam się do głów, że to monogamia jest wzorcem godnym naśladowania. Cnota, wierność, czystość. Nie cudzołóż. Judeochrześcijański katalog został rozbudowany o inne rozdziały. Choćby o psychoanalizę Freuda, która monogamii nadała znaczącą rangę. W jego doktrynie stała się filarem cywilizacji. Poligamia bowiem - jego zdaniem - jest typowa dla pierwotnej hordy, w której instynkty, w tym popęd płciowy, były nieskrępowane. Byliśmy tak zajęci uporczywym parzeniem się, że nikt nie miał głowy do sztuki czy wynalazków.

Kultura miała się pojawić dopiero wtedy, gdy nauczyliśmy się ujarzmiać zwierzęce popędy. Skłonność do gwałcenia wszystkiego naokoło została ukrócona przez małżeństwo i sankcje społeczne. Ci, którzy poskramiali żądze, mogli dać witalnym siłom upust w inny sposób - pisząc, malując, filozofując Problem w tym, że popędy wcale nie zostały stłumione. Freud się mylił, a kontrargumenty mogłem podziwiać na klatce. Wielożeństwo dozwolone jest w wielu kulturach, a w każdej można spotkać drogę na skróty, czyli stosunki pozamałżeńskie. Seks z wieloma partnerkami służył podkreśleniu statusu.

Monarchowie utrzymywali tabuny kochanek i tworzyli haremy, pomocne nie tylko w zaspokajaniu zachcianek, ale i rozplenianiu materiału genetycznego. Wielką czcionką (bo w samej "Księdze rekordów Guinnessa") zapisał się Moulay Ismail Krwawy, władca Maroka z przełomu XVII i XVIII w., który spłodził 888 potomków. Niewykluczone, że chińscy cesarze bili Ismaila na głowę. Przez długi okres istniała tam tradycja dowożenia na dwór młodych kobiet w płodnej fazie cyklu. Dzieci nikt nie liczył. Zapewne mnóstwo Chińczyków jest dzisiaj odległymi kuzynami. Kobiecy rekord w tym względzie to 69 sztuk i należy do chłopki zza Buga z końca XVIII w.

2

Haremy i purytańskie fasady

Kto zwiedzał Pompeje, ten wie, że gwoździem programu jest wizyta w wydobytym spod popiołów domu uciech, z imponującymi malunkami i rzeźbami prezentującymi seksualne możliwości herosów i innych bohaterów mitów. Z nadejściem chrześcijaństwa i pochwały cnoty grzeszne praktyki zeszły do podziemia.

Poważną rysą na purytańskim obrazie świata okazał się raport Kinseya. Amerykański uczony w połowie ubiegłego wieku odsłonił sekrety rodaków. Entomolog, który przerzucił swe zainteresowania ze stawonogów na ludzi, stwierdził, że pozamałżeńskie przygody miały miejsce w połowie związków (50 proc. mężczyzn, 26 proc. kobiet), a w umysłach kwitły fantazje seksualne (12 proc. pań i 22 proc. panów przyznało, że lubi historyjki sadomasochistyczne, zaś połowa badanych nie stroni w łóżku od podgryzania partnera). Liczby wstrząsnęły światem. Niektórzy utrzymują, że stały się zaczynem rewolucji seksualnej.

3

Nie ma miłości bez zazdrości

Genetycznie najbliżej nam do szympansów (dzielimy aż 98,4 proc. genów). A te znane są w świecie natury z wyuzdania, zamiłowania do seksu grupowego, oralnego, analnego, homoseksualnego i innych wariacji na temat. Tłuką się oprócz tego o partnera niemiłosiernie. Nierząd i margines. Dlatego z dziećmi lepiej omijać niektóre klatki w zoo.

Zresztą, jeśli wierzyć dawnym podróżnikom, ludzie również mogą pochwalić się ciekawymi epizodami. Ksenofont w IV w p.n.e. opisywał np. żyjący w Azji lud Mosynojków, którzy seks uprawiali publicznie. Panowie lubili się też popisywać bezpardonową publiczną masturbacją. O Mosynojkach kronikarz Apollonius z Rodos pisał: "To, co my robimy w domu, ludzie ci bezwstydnie na drodze robią. Nikt nie wstydzi się uprawiania miłości, robią to jak świnie na pastwisku, nie dbając o świadków". To se nevráti.

Od monogamistów - jak definiuje ich biologia - różni nas prawie wszystko. Prawdziwy monogamista ma niezmiernie nudne życie. Dorasta, trwając w cnocie aż do poznania partnera seksualnego, który jest jedyny, aż po grób. Nie ma etapu "chodzenia" z kilkoma osobami, nie ma rozwodów i zerwanych zaręczyn. Nie ma rozstań. Nie ma zdrad, romansów ani zazdrości. Nie istnieje walka o partnera. Żyje się po prostu we dwoje, wychowuje małe, kropka. I takie praktyki się zdarzają. Wśród łabędzi, gibbonów czy albatrosów. Ale nie wśród ludzi.

Przemawiają za tym nie tylko świadectwa historyczne i moje obserwacje z klatki schodowej. Ludzie wypracowali zupełnie inny dorobek: choroby weneryczne i dzielnice czerwonych latarni, pornografię i cyberseks, przemysł erotyczny i coraz popularniejsze zjawisko swingersów. Seks od dawna napędzał kulturę. Zdaniem amerykańskiego psychologa Davida M. Bussa to właśnie za sprawą poligamii wykształcił się w naszym umyśle mechanizm zazdrości o partnera. Myśl o zdradzie, tak uczuciowej, jak i cielesnej, każdemu potrafi spędzić sen z powiek i wpędzić w obsesję.

4

Wojna plemników

Na tym nie koniec różnic między nami a monogamistami. Konia z rzędem temu, kto wskaże samca pingwina, łabędzia czy albatrosa. Są one praktycznie nieodróżnialne od samic. Płeć gatunków typowo monogamicznych - bez fachowej (i często dogłębnej) oceny zoologa - jest nie do ustalenia. Mężczyźni natomiast są więksi od kobiet przeciętnie o 20 proc., znacznie bardziej owłosieni, masywni i dużo silniejsi. Przyczyna tego stanu rzeczy jest prosta. Poligamiści muszą o samice walczyć. Pingwin przygrucha pingwinicę i jest spokojny, nikt mu jej nie weźmie, bo każdy zajął się swoją.

U ludzi taki luksus to rzadkość.

To wystarczyło, by biolog uznał nas za jeden z najbardziej rozpustnych gatunków wśród naczelnych. Miarą owej rozpusty są, co ciekawe, centymetry członka mężczyzny, który daleko w tyle zostawia nawet przyrodzenie goryla! Na wielkość niebagatelny wpływ miały - uwaga - samice. A dokładniej ich skłonność do zdrady. Okazuje się, że im ta skłonność większa, tym jądra samców większe, a penis - dłuższy.

Gorylice są daleko bardziej wierne niż kobiety, dlatego do zapłodnienia samicy wystarcza penis trzycentymetrowy. Natura wyposażyła mężczyzn w rynsztunek przydatny do prowadzenia wojny plemników. Wielkość, niestety, ma znaczenie.

Pod względem wielkości jąder przebijają nas tylko szympansy. Produkowane przez mężczyzn nasienie jest niezwykle agresywne. Zawiera co najmniej trzy grupy plemników.

Jak twierdzi Robin Baker, autor bestsellerowych "Wojen plemników", w skład spermy wchodzą sprinterzy, czyli ci, którzy mają zapładniać (raptem 10 proc.), blokerzy - ciężkie i zwaliste plemniki utrudniające dotarcie do celu plemnikom konkurenta, oraz killerzy - niszczący obcy materiał genetyczny za pomocą broni chemicznej. Według biologa agresywna sperma to pamiątka po hulaszczej paleolitycznej przeszłości. Jakichkolwiek peanów na cześć monogamii byśmy nie śpiewali, od pasa w dół mamy cały zestaw dowodów na rzecz tezy przeciwnej.

5

Na zimne pompuj

Pewnych wskazówek co do naszej "natury" dostarcza również sam przebieg aktu seksualnego. U ludzi seks jest czynnością bardzo dynamiczną, o wiele bardziej gwałtowną niż ma to miejsce u wielu gatunków. Wymownym świadectwem naszej skłonności do pozazwiązkowych uciech są ruchy frykcyjne, czyli dobrze znane "w przód i w tył". Brzmi to absurdalnie, lecz według Bakera są one niczym innym jak próbą wypompowywania nasienia rywala z ciała kobiety. Wydaje ci się, że wykonujesz je, by odczuwać przyjemność? Jest odwrotnie: przyjemność odczuwasz po to, by nie przestać wypompowywać plemników. Jeśli się nad tym chwilę zastanowić, faktycznie, w podobne podrygi bawią się tylko te gatunki, których samice pokrywane są przez wielu samców w ciągu całego życia (szympansy, psy, króliki).

6

Nie wierz dziewczynie

 

Raport Kinseya

W purytańskiej Ameryce połowy XX wieku zdradzał co drugi mąż i co czwarta żona. Okazało się, że cywilizacja nie za wiele w tej materii zmieniła.

Nie od dziś się słyszy, że każdy mężczyzna pragnie zdradzać, kobieta zaś marzy o tym jednym jedynym. Wobec obserwacji antropologów i biologów to tylko seksistowskie bajeczki. Teza o monogamiczności płci pięknej jest z gruntu fałszywa. Po pierwsze, w zdecydowanej większości przypadków mają więcej niż jednego partnera seksualnego w ciągu życia. Po drugie, organizm pań skonstruowany jest tak, by umożliwić plemnikom prowadzenie wojen.

Istotą cyklu rozrodczego kobiet jest ukryta owulacja. W przeciwieństwie do samic wielu gatunków kobiety nie przechodzą okresu rui. Nie pachną, nie wyśpiewują serenad przy pełni księżyca, nie rumienią się im pośladki. Są jednak nie mniej skuteczne. Baker z kolegą profesorem Markiem Bellisem wykazali, że spontaniczne zdrady u kobiet przypadają zadziwiająco często w fazie płodnej. To prawie tak, jakby natura faworyzowała zdradę kosztem wierności. Badania GUS-u wskazują, że aż 20 proc. dzieci jest owocem skoku w bok. Kobiety zdradzając starszego mężczyznę z młodszym i bardziej atrakcyjnym, zapewniają swym potomkom lepsze geny, a nieświadomi niczego mężowie łożą z kolei na ich utrzymanie. I wszyscy są zadowoleni: młodej partnerce rośnie dorodne potomstwo, a żyjącemu w błogiej niewiedzy panu z kryzysem wieku średniegoego.

7

Happy end

Psychologowie ewolucyjni skłaniają się ku tezie, że naturalną strategią homo sapiens jest umiarkowana poligamia, zwana także seryjną monogamią. Mówiąc prościej, przebywamy z jednym partnerem, poznajemy innego i zmiana warty. Świadczy o tym "kryzys trzeciego roku", zmora wielu związków. Po upływie tysiąca dni nudzimy się partnerem i zaczynamy szukać następnego. Nasilają się kłótnie, a pożycie rozkłada się przez różnice charakterologiczne. To głos natury, który trudno zignorować.

Jest w tym jakiś fatalizm.

Albo ktoś kogoś zdradzi, albo się człowiek znudzi i rozstanie. Czy nie ma ucieczki? Jest, bo nasza poligamiczna natura jest jednak plastyczna. Potrafi dostosowywać się do wymogów nakładanych przez kulturę.

Warto pamiętać, że w badaniu Kinseya był duży procent tych, którzy pozostali sobie wierni. I dla wielu par najważniejszym aspektem seksu jest wspólne przeżywane orgazmu, cementujące związek i jak nic innego zwiększające wydzielanie endorfin - hormonów szczęścia.

W "Oczach szeroko zamkniętych", po poważnym kryzysie, Nicole Kidman zwraca się do Toma Cruise'a tymi słowy:

- Jest jedna bardzo ważna rzecz, którą musimy zrobić.

- Co takiego?

- Pójść do łóżka!

 

Tekst: Tomasz Kozłowski, socjolog, autor "Kłamię, więc jestem" i współautor "Nagiej małpy przed telewizorem"

Zdjęcia: GETTY IMAGES/FPM, CORBIS, SHUTTERSTOCK (montaż)

8
Więcej na ten temat: seks