Miłość i seks w naprawdę wielkim mieście

Jakub Korus
Zamożne singielki z monstrualnych chińskich aglomeracji były do niedawna wypychane na margines społeczeństwa. Dziś uwalniają się z pułapki konwenansów i odważniej szukają partnerów - wśród chińczyków równych sobie statusem lub obcokrajowców.
Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Ogłoszenia dotyczące ślubów

Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

W centrum Szanghaju, 23-milionowej metropolii, jest miejsce zwane Placem Ludowym. Nietrudno je odszukać, park stworzony w miejscu starego toru wyścigów konnych leży rzut beretem od handlowej ulicy Nankińskiej. Jeśli wybierzecie się tam w sobotę lub niedzielę, najlepiej między południem, a piątą po południu, zobaczycie niecodzienny widok - na długich linkach, zupełnie jak pranie, wiszą jedno obok drugiego ogłoszenia matrymonialne.

Obowiązkowe punkty anonsów to przede wszystkim: wiek, wzrost, zawód, przychód i wykształcenie kandydatów. Dalej koniecznie chiński znak zodiaku i krótki opis osobowości. Co bardziej przedsiębiorczy wspominają w ogłoszeniu o samochodzie i mieszkaniu.

Ogłoszenia dotyczą randek? Nic podobnego. Ślubów! Co ciekawe, wśród odwiedzających park i wieszających ogłoszenia są głównie rodzice - dobiegający starości albo całkiem już sędziwi Chińczycy marzący o niezłym wybranku lub wybrance dla córki lub syna. Z naciskiem na "córki". "To jak sprzedawanie własnego dziecka!" - ktoś powie. Tak, właśnie tak jest. Nie bez przyczyny ten fragment parku nazywany jest Szanghajskim Targiem Ślubnym. Dla tych, którym nie chce się chodzić pomiędzy rzędami papierowych ogłoszeń, matrymonialni brokerzy mają tu nawet spis telefonów, które zawarto w anonsach. Cena? 16 dolarów. Dla tradycjonalistów zwykłe ogłoszenie za 3,20. Z gwarancją wywieszania w parku przez pięć miesięcy.

1
Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Małżeństwo

W Państwie Środka dobry wiek na zamążpójście to mniej więcej 25 lat. Każda kobieta, która zaryzykuje przesunięcie tej granicy, z góry musi liczyć się z tym, że zostanie starą panną. A to dobry powód, aby rodzice nie odzywali się do niej przy niedzielnym obiedzie, a sąsiedzi i przyjaciele rodziców bawiący już wnuki wytykali ją palcami. To dlatego część rodziców tak desperacko krąży po miejscach przypominających targ.

- W chińskiej kulturze okazywanie szacunku rodzicom jest jedną z najważniejszych wartości - tłumaczy 27-letnia Wang Xiao Qi, przedszkolanka i aktorka dziecięcego teatru. - A odwlekanie pójścia za mąż uważane jest za jeden z najbardziej jaskrawych przejawów nieposłuszeństwa i braku respektu. Zresztą przecież wszystko, czego i ja chcę, to stabilne małżeństwo, które nie skończy się rozwodem. Nic więcej - przekonuje. I wie, co mówi. W chińskich aglomeracjach, takich jak Szanghaj czy Pekin, wskaźniki rozwodów sięgają już europejskich - rozstaje się już niemal co trzecie małżeństwo.

Napomknienia, że czas znaleźć sobie męża, Wang zazwyczaj zbywała. "Nie chcę się tym zamartwiać, nie wtrącajcie się" - prosiła rodziców. Od presji ciężko jednak uciec.

- Pamiętam, jak kiedyś wyjeżdżałam z domu i rodzice odwozili mnie na stację. W samochodzie słuchaliśmy radia, rozmawialiśmy o błahostkach. I nagle tata, jak gdyby nigdy nic, powiedział: "Kochanie, powinnaś się spieszyć. Małżeństwo nie będzie na ciebie czekać". Kiedy po wyjściu z auta zamknęłam drzwi, oczy zaszły mi łzami - wspomina.

Na takie kobiety jak Wang Chińczycy mają już zresztą określenie. "Sheng nu", czyli "Kobiety resztki".

2
Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Pożółkłe perły

Dokładna etymologia słowa "sheng nu" ciągle nie jest znana, ale jego stworzenie przypisuje się Xu Weiowi, redaktorowi naczelnemu chińskiego "Cosmopolitana", który miał użyć go po raz pierwszy w 2006 r. Dość powiedzieć, że zwrot, który można przetłumaczyć jako "kobiety pozostawione" lub bardziej dosadnie "kobiety resztki", szybko wszedł do oficjalnego obiegu. Chińskie ministerstwo edukacji w oficjalnych komunikatach używa go wszędzie tam, gdzie wspomina o "niezamężnych kobietach po 27. roku życia". Co więcej, obraźliwe "sheng nu" ma w sobie pierwiastek piętnujący - urzędnicy nie pozostawiają wątpliwości, że chodzi o kobiety, "które nie zdołały znaleźć męża za względu na swoje zbyt wysoko postawione wymagania".

Jak gdyby tego było mało, samotnymi "sheng nu" pogardza też część Chinek. All-China Women's Federation - komunistyczna organizacja powołana do życia w 1949 r. przez partię, aby bronić "praw i interesów kobiet", poświęciła singielkom cykl artykułów, na czele z niesławnym "Kobiety resztki nie zasługują na naszą sympatię".

Czytamy w nim: "Ładne dziewczyny nie potrzebują wykształcenia, aby związać się z mężczyzną z bogatej i wpływowej rodziny. Dziewczyny z urodą przeciętną lub brzydkie mają z tym problem. Mają więc nadzieję, że zdobyte wykształcenie zwiększy ich konkurencyjność. Dramat polega na tym, że nie zdają sobie sprawy, że z każdym rokiem są warte mniej i mniej. Do czasu aż zdobędą tytuł magistra lub doktora, będą już stare - jak pożółkłe perły".

Dla tych, które chciałyby się wyrwać z tego hańbiącego stanu, zamieszczono garść porad. "Kuś, ale nie narzucaj się. Bądź wytrwała, ale nie natrętna. Jeśli cię zdradzi, spróbuj zmienić fryzurę albo sposób ubierania się". Kobiety muszą nieustannie zmieniać się na lepsze.

3
Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Dziewczynki do usunięcia

Jeszcze w roku 1980 w Chinach rodziło się więcej dziewczynek niż chłopców. Rok później trend zaczął się jednak odwracać. W rekordowych latach 2003-2006 na każde 100 dziewczynek rodziło się już 120 chłopców. Wszystkiemu winna była wymuszona przez państwo - z powodów demograficznych i ideologicznych - polityka jednego dziecka. Oraz przymykanie oka na masowe aborcje żeńskich płodów. W społeczeństwie, w którym mężczyźni mają więcej do powiedzenia (przykład: to na nich zazwyczaj zapisane są mieszkanie czy dom), a dziecko można mieć jedno, rodzice decydowali się na posiadanie chłopców. To oni, a nie dziewczynki, wydawali się lepszą inwestycją na przyszłość.

Problem w tym, że taka polityka doprowadziła do rażących dysproporcji. Odkąd w 1979 r. wprowadzono politykę jednego dziecka, w Chinach urodziło się 20 milionów więcej chłopców niż dziewcząt. Statystycy największego kraju świata szacują, że w 2020 r. w Chinach będzie 24 mln więcej mężczyzn niż kobiet (na świecie tendencja jest odwrotna - na 103 mężczyzn przypada 107 kobiet).

Czy w takiej sytuacji kobiety nie powinny móc przebierać w kandydatach? Otóż nie wszystkie. Te wykształcone i dobrze zarabiające z dużych miast bardzo szybko wypadają z matrymonialnego rynku. Gorzej sytuowanych mężczyzn nie stać na zabieganie o ich względy, a i one nie chcą wychodzić za byle kogo.

- Przez całe moje życie nie spotkałam nikogo, kto byłby dla mnie tak dobry, abyśmy stanęli na ślubnym kobiercu - mówi Hu Ting, 36-letnia mieszkanka Szanghaju, pracownica departamentu prawnego w firmie farmaceutycznej. - Dla kobiet, które myślą podobnie, jesteś niezależna, silna, pewna siebie, czasami nawet zachwycająca. Rozumieją, że wymagasz, nie chcesz zaniżać kryteriów. Ale w oczach niektórych osób, wypadasz po prostu źle - mówi. - Najgorszy moment? Za każdym razem chiński Nowy Rok. Wtedy zaczynają się pytania. Ile masz lat? Dlaczego jeszcze nie wyszłaś za mąż? Nie jesteś już młoda, pomyśl o tym. W chińskim społeczeństwie powszechny jest pogląd, że jeśli nie masz męża, jesteś niekompletna. Czujesz się jak wyrzutek - tłumaczy.

Ile jest takich kobiet jak Hu Ting i Wang Xiao Qi? Jeszcze w 2010 r., czyli niemal dekadę temu, szacowano, że w samym Pekinie żyje ich 800 tys.

4
Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Fot. Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Prace domowe i chowanie dzieci

Rodzice zrozpaczeni prowadzeniem się (choć bardziej odpowiednim słowem wydaje się "nieprowadzenie") córek, biorą na siebie odpowiedzialność za matrymonialną przyszłość dzieci. Targi matrymonialne czy imprezy speed-dating organizuje się w większości chińskich miast. Jak informował jakiś czas temu dziennik "China Youth Daily", aż 89 proc. chińskich singli przyznaje, że rodzina zmusza ich do wybrania się na randkę przynajmniej raz - właśnie w czasie obchodów chińskiego Nowego Roku. 

Do walki z "sheng nu" partia zaprzęgła też kulturę. Singielkom poświęcono morze artykułów i sondaży. Robi się o nich również programy telewizyjne, które piętnują taki sposób życia. Nagłówki typu "Dziewięć kiepskich zachowań, które nie pozwolą ci znaleźć dobrego męża" są na porządku dziennym.

- Spryt i perfidia zabiegu władz polega na tym, że terminu "sheng nu" używają bez powiązania z sytuacją gospodarczą czy demograficzną - tłumaczyła Leta Hong Fincher, autorka książki "Leftover Women: The Resurgence of Gender Inequality in China". - Bierze się na celownik kobiety, które stawiają na edukację czy karierę, nie mówiąc wprost, że rząd widzi problem w ich wchodzeniu na rynek pracy. A przecież tak właśnie jest. Rządzący woleliby, aby zostały w domu, przestały być tak ambitne i wyszły za mąż - wyjaśnia.

5
Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS Zdjęcia: LAMY/BE&W, GETTY IMAGES, REUTERS/FORUM, ZUMA/FORUM, AFP/EAST NEWS

Mąż z zagranicy

Wśród "sheng nu" są też takie kobiety jak 33-letnia Li Yu Xuan, którym po prostu nie spieszno do szukania męża na siłę. - Cała ta presja związana z "sheng nu" nie oddziałuje jakoś przesadnie na moje życie. To sprawy, które od lat mam przemyślane. Niektórzy ludzie rozpaczliwie szukają rozwiązań, takich jak swatanie czy randki, robią sobie listy tego, co mogą jeszcze zrobić, aby znaleźć męża. Zrobiła tak masa moich znajomych - wspomina Li. - Taki rodzaj szczęścia nie jest czymś, czego chcę dla siebie - kończy.

Te, które jednak szukają partnera - i przyznają to chińskie media - coraz częściej spoglądają na Zachód. Jak wspominała w wywiadzie dla "South China Morning Post" Loretta Xu Liang, zarabiająca w Szanghaju ośmiokrotność średnich zarobków: - Chińscy mężczyźni są mną przerażeni. Zarówno emocjonalnie, jak i finansowo. Wcześniej, głównie z powodu barier kulturowych, nigdy nie rozważałam związku z kimś z zagranicy. Dziś myślę, że z takim partnerem dzieliłabym więcej wspólnych wartości.

O tym, że nie ona jedna tak myśli, mówią cyfry. Liczba zagranicznych małżeństw w Chinach (licząc również Chińczyków) wzrosła od zera w 1978 r. do 53 tys. w 2012 r. Po tym, jak na łamach anglojęzycznego, ale wydawanego w Chinach, "Global Times" odbyła się kontrowersyjna debata na ten temat, dobrze opisała to w liście do redakcji młodziutka Cecily Huang, która sama miała brytyjskiego chłopaka: "Wielu zachodnich mężczyzn lubi wierzyć, że Chinki umawiają się z nimi ze względu na ich muskulaturę czy wzrost. To nieprawda, choć zauważyłam, że taka teoria łechce nieco ich rasistowskie ego (...) Powód jest jednak inny. Moja edukacja i życiowe doświadczenie zrobiły ze mnie silną i niezależną kobietę. To przeraża wielu Chińczyków, którzy szukają typowej "dobrej dziewczyny" pojmowanej według standardów narzuconych im przez rodziców. Przy moim zachodnim chłopaku nie musiałam udawać "słodkiej i naiwnej". Nie bałam się tego, kim jestem".

6
fot. Shutterstock fot. Shutterstock

Wielki mur i wielka zmiana

Zmiany zdają się zachodzić wielkimi krokami. W Chinach najpopularniejszą stroną randkową jest portal Jiayuan.com (40 mln użytkowników, więcej niż mieszkańców Polski!) służący w domyśle poszukiwaniom męża czy żony, jednak Chińczycy zaczynają go używać do przypadkowych randek, a w Państwie Środka popularność zdobywa też TanTan. Chiński odpowiednik Tindera.

Jak twierdzi jego założyciel Wang Yu, od grudnia 2015 r. liczba użytkowników aplikacji wzrosła dwukrotnie. A większość użytkowniczek stanowią Chinki z wielkich miast, którym - jak twierdzi Wang - "nie spieszy się do zamążpójścia".

Dysproporcję widać zresztą w przyznawanych za pomocą aplikacji "lajkach". Ze statystyk wynika, że przeciętny męski użytkownik docenia w ten sposób aż 60 proc. użytkowniczek. Przeciętnej użytkowniczce podoba się natomiast zaledwie 6 proc. użytkowników TanTana.

Demografia i "Seks w wielkim mieście" zaczynają robić swoje. "Sheng nu" coraz bardziej w zgodzie z własnym statusem zaczynają dyktować warunki. I choć nie ma złudzeń - ogłoszenia na szanghajskim targu matrymonialnym jeszcze długo będą utrzymywać swoją znaną od lat cenę - może w poszukiwaniu partnerki, warto się wybrać do Państwa Środka.

7