PRL przedmiot pożądania

ZLLL
Działo się to w czasach, kiedy rodzinie i znajomym jako prezent znad morza przywoziło się góralską ciupagę, bo akurat taką pamiątkę rzucili do sklepów. Demokracja była socjalistyczna, a flaki - jarskie.

Krawat z bombą atomową

Do kupowania prezentów w latach PRL-u najmniej potrzebne były pieniądze - potrzeba było przede wszystkim mnóstwo wolnego czasu, aby wychodzić coś w sklepach. Czasu Polakom nie brakowało, bo w pracy i tak nie było nic do roboty.

Najwięcej wolnego mieli sprzedawcy. Nie mieli czym handlować. Mogli więc spokojnie wywiesić kartkę z napisem: "Nieczynne z powodu, że zamknięte", i wyruszyć do innych sklepów na codzienne łowy.

 

 

Krawat z bombą atomową

 

Wyglądał idiotycznie, ale był znakomitym prezentem dla ekstrawaganckiego mężczyzny, który w latach 50. ubiegłego wieku uważał się za bikiniarza. Ponoć określenie "bikiniarz" wzięło się od tego paska materiału z namalowanym grzybem atomowym, który wyrósł po amerykańskiej próbie jądrowej na atolu Bikini. A jeśli zabrakło atolu, młodzieńcowi wystarczał krawat z palmą albo skąpo odzianą kobietą. Musiał być wściekle kolorowy - to go odróżniało od szarych wzorów sprzedawanych w uspołecznionym handlu jako "zwis męski". Bo bikiniarstwo to taki barwny protest przeciw komunizmowi. Gdy junacy Służby Polsce w zwartym szeregu maszerowali ku lepszej przyszłości, młodzieńcy w szerokich marynarach, kolorowych skarpetkach i wściekle jaskrawych krawatach siedzieli na ławkach.

1

Nylonowe pończochy

Nylonowe pończochy

 

To pierwszy powojenny hit wśród prezentów na każdą okazję: pod choinkę, na imieniny albo Dzień Kobiet. Na świecie pojawił się ledwie kilka lat wcześniej. Najpierw podbił Stany Zjednoczone. Wszystko zaczęło się 15 maja 1940 r. Ten dzień przeszedł do historii pod nazwą Nylon Day. Niemcy akurat podbijały Holandię, Belgię i Luksemburg, a w USA w ciągu kilku dni sprzedano miliony par pończoch. Wkrótce jednak USA przystąpiły do II wojny światowej i potrzebowały nylonu na spadochrony, a nie pończochy. Niektóre elegantki zaczęły wówczas malować z tyłu nogi charakterystyczna czarną kreskę, udającą słynny szew.

Do powojennej Polski nylony trafiły w paczkach UNRRA. To angielski skrót długiej nazwy: Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Odbudowy i Rozwoju. Instytucja po wojnie przysyłała pomoc dla Polski. Ludowym krajem rządzili towarzysz Bierut z resztą smutnych komunistów, a w wesołych paczkach przybywały wszelkie cuda normalnego świata. Czekolady, ubrania, puszki z żywnością. I pończochy właśnie. Darczyńcy naiwnie ufali, że pomoc trafia do najbardziej potrzebujących. Zawartość pakunków jednak często znikała w tajemniczy sposób i odnajdywała się dopiero na czarnym rynku. Niejeden przodownik pracy musiał mocno przekroczyć plan, aby stać go było na nylony dla ukochanej.

2

Adapter Bambino

Adapter Bambino

 

Wraz z elektryfikacją wsi i socjalistycznym postępem technicznym w latach 60. pojawił się adapter Bambino. Rodzice kupowali go nastoletnim dzieciom w prezencie za osiąg-nięcia w nauce. Przypominał z kształtu walizeczkę, dzięki czemu dawał się przenosić z prywatki na prywatkę, jak plecak z butelkami wina owocowego.

Właścicielowi adaptera można było stale kupować taki sam prezent: pocztówki muzyczne. A pocztówka muzyczna to była taka zwykła prostokątna pocztówka, jaką wysyłano z pozdrowieniami z Ciechocinka albo piastowskiego Wrocławia. Drobni przedsiębiorcy pokrywali ją jednak z wierzchu laminatem, w którym specjalna maszyna żłobiła rowki jak w prawdziwej płycie gramofonowej. I Bambino potrafił z takiego nośnika odtworzyć nagraną melodię. Proszę sobie wyobrazić geometryczny absurd całości - na okrągłym talerzu adapteru kręciła się prostokątna pocztówka! W kolorze musztardowym!

Wraz z elektryfikacją wsi i socjalistycznym postępem technicznym w latach 60. pojawił się adapter Bambino. Rodzice kupowali go nastoletnim dzieciom w prezencie za osiąg-nięcia w nauce. Przypominał z kształtu walizeczkę, dzięki czemu dawał się przenosić z prywatki na prywatkę, jak plecak z butelkami wina owocowego.

Właścicielowi adaptera można było stale kupować taki sam prezent: pocztówki muzyczne. A pocztówka muzyczna to była taka zwykła prostokątna pocztówka, jaką wysyłano z pozdrowieniami z Ciechocinka albo piastowskiego Wrocławia. Drobni przedsiębiorcy pokrywali ją jednak z wierzchu laminatem, w którym specjalna maszyna żłobiła rowki jak w prawdziwej płycie gramofonowej. I Bambino potrafił z takiego nośnika odtworzyć nagraną melodię. Proszę sobie wyobrazić geometryczny absurd całości - na okrągłym talerzu adapteru kręciła się prostokątna pocztówka! W kolorze musztardowym!

Pocztówki produkowali prywaciarze przy ulicy Rutkowskiego (czyli kiedyś i dziś - Chmielnej) w Warszawie. Tłoczyli na nich przeboje nadawane przez zachodnie rozgłośnie, wraz z szumami i trzaskami. Szczególnym hitem była pocztówka z dedykacją. W studiu gdzieś na tyłach ulicy nazwanej ku czci przedwojennego komunisty można było nagrać wiadomość: "Kochanej wnusi Lusi z okazji zamążpójścia na nową drogę życia", wcinając się między Rolling Stonesów grających "I Can't Get No Satisfaction".

3

Torba kopertówka

Torba kopertówka

 

Pojawiła się jako elegancki prezent pod koniec lat 50. Minął najgorszy okres stalinizmu i ludzie zaczęli wierzyć, że życie stanie się trochę lepsze. Kopertówkę można porównać do bikiniarskiego krawata - stała się symbolem wyrwania kobiet z szarej codzienności. Bo panie w PRL-u ciągle coś dźwigały - sunęły ulicami objuczone ciężkimi torbami i siatkami. Targały zakupy, po które godzinami wystawały w sklepach. A kopertówka była mała, lekka i dama trzymała ją w dłoniach. Taki powiew kobiecości wśród rosnących hut i stalowni. Polki wolały czuć się kobieco, niż robić kursy na ciągnik rolniczy.

 

 

Koszula non-iron

 

Absolutny hit prezentowy lat 60. Przedmiot pożądania każdego obywatela PRL, niesłychanie modny na całym świecie. Zgodnie z nazwą koszule non-iron miały dużą zaletę - nie trzeba ich było prasować. Niestety, dość szybko zaczynały przesiąkać zapachem właściciela. Komunizm zajmował się budowaniem świetlanej przyszłości, a nie czystej teraźniejszości.

Odpowiednikiem koszuli non-iron dla pań były obrzydliwe w dotyku sukienki z bistoru. Obcowanie z kobietą ubraną w taką sukienkę musiało przypominać zbliżenie z plastikową lalą z sex shopu.

4

Miniówy i bananówy

Miniówy i bananówy

 

Kobieta zmienną jest, więc w miarę postępów socjalizmu pragnęła coraz to innych prezentów. Za Gomułki ochoczo odkrywała nogi, wypadało więc jej podarować spódnicę mini. Ale już za Gierka całkiem odmieniła swoje pragnienia - zaczęła marzyć o długiej, sięgającej ziemi spódnicy - bananówie". Ta uszyta była z jaskrawych, mocno kontrastujących kawałków materiału. Do niej ówczesna dama nosiła buty na grubym, topornym koturnie.

5

Magnetofon szpulowy

Magnetofon szpulowy

 

Wielka machina, o której marzył każdy meloman, gdy znudził mu się adapter Bambino. Płyt, a nawet pocztówek dźwiękowych produkowano w Polsce niewiele, zaś te sprowadzane z Zachodu osiągały horrendalne ceny. Kolejne modele magnetofonu nosiły wdzięczne nazwy ZK-146, ZK-147 albo M2405S - musiały zachwycać każdego biurokratę. Zupełnie niespodziewanie jednak pojawiły się też magnetofony Aria i Dama Pik. Wytwarzano je w Zakładach im. Marcina Kasprzaka w Warszawie, stąd przyjęła się potoczna nazwa "kasprzaki". Jak większość wytworów socjalistycznej elektroniki służyły głównie do oddawania do serwisu. W krótkich chwilach między naprawami nadawały się do nagrywania utworów Radia Luksemburg oraz płyt nadawanych w całości przez Polskie Radio - pojęcie piratowania muzyki wówczas nie istniało, co wyraźnie dowodzi wyższości socjalizmu nad zgniłym kapitalizmem.

Magnetofon to fajny prezent, tylko jak go kupić? Pieniądze w PRL-u się nie przyjęły. Na banknotach widniał napis: "Bilety NBP są legalnym środkiem płatniczym w PRL" - co po złożeniu papierka dawało się przeczytać: "Bilety NBP są niczym w PRL". Pieniądze to detal - najpierw należało nakłonić sprzedawcę, aby to nam, a nie komuś innemu, sprzedał kasprzaka. Do sklepu należało udać się z łapówką. Mile widziana była koperta, jeszcze milej coś bardziej konkretnego - butelka wódki, kilogram karkówki bez kości albo proszek do prania z importu. Gospodarka socjalistyczna przywróciła tym samym handel wymienny. A ze złotówki chętnie żartowano: "Dolar ma pokrycie w złocie, a w czym ma pokrycie złotówka? W cynie. W cynie partyjnym".

6

Piesek z bujaną główką

Piesek z bujaną główką

 

Samochodów w prezencie raczej nie dawano, choćby z tego powodu, że najpierw należało poczekać kilka lat na przydział albo talon, a dopiero potem nabyć upragnione auto. Ale za to dumnego kierowcę syrenki można było obdarować białym pieskiem, który posadzony pod tylną szybą kiwał głową podczas jazdy - prawdopodobnie z litości nad gustem właściciela. Kolejnym miłym prezentem był komplet pokrowców na siedzenia, koniecznie mocno puchatych. Albo włochata nakładka na kierownicę. Lub bursztynopodobna gałka dźwigni zmiany biegów. A najlepiej pokrowiec na cały pojazd, którym właściciel okrywał go na noc, aby samochód przypadkiem nie zmókł.

7
Brutal Brutal

Brutal

Brutal

 

Sprawienie mężczyźnie prezentu w postaci perfum było w latach PRL-u znacznie prostsze niż dzisiaj. Dopiero wredny kapitalizm zepchnął kobietę do roli bezradnej istoty, stojącej przed półką z dziesiątkami zapachów. Wówczas było prościej - krajowy brutal albo zagraniczny old spice. Reklama brutala w socjalistycznej prasie przekonywała: "Nawet na stanowisku kierowniczym niewiasta wzdycha, przyglądając się mężczyźnie dobrze zbudowanemu, o szorstkim sposobie bycia". Dla odmiany Old Spice pachniał raczej słodko. Co i tak nie miało znaczenia, bo na prezent dla faceta najlepiej nadawały się te perfumy, które akurat udało się kupić. Często przepłacając za nie w komisie - to kolejny socjalistyczny projekt racjonalizatorski. Komis służy do sprzedawania tanio rzeczy używanych. Ale w PRL-u sprzedawał drogo rzeczy nowe. Skąd się brały w komisie? Zostały wykupione wcześniej w normalnym sklepie albo przywiezione z zagranicy.

8

Radio tranzystorowe

Radio tranzystorowe

 

Hit dla każdego! Pierwsze radio wynalazł Włoch Marconi, a to grające w krajach demokracji ludowej - Rosjanin Popow. Radia najpierw były wielkie, bo działały na lampach. Dopiero kiedy na świecie pojawiły się tranzystory, dało się z nich budować nieduże, przenośne odbiorniki na baterię. I dzięki temu polskie plaże, lasy, góry i doliny wypełniły się jazgotem i trzeszczącym łomotem, czyli muzyczną audycją radiową. Bo urządzenie przeważnie nie chciało się dostroić i żeby coś usłyszeć, trzeba było nastawiać jak najgłośniej. Polacy nie upajali się rockowym brzmieniem. Z tranzystora dobiegał głos Alibabek albo Jerzego Połomskiego, śpiewającego "Kiedy znów zakwitną białe bzy".

9

"Sztuka kochania"

"Sztuka kochania"

 

Wiele książek w PRL budziło pożądanie, znakomicie więc nadawały się na prezent.

Pożądanie z reguły wynikało z tego, że nie mogłeś, ot tak, wejść do księgarni i kupić książkę Pawła Jasienicy, Ryszarda Kapuścińskiego czy Stanisława Lema. Trzeba było dostać cynk od księgarza, kiedy wreszcie najbliższa dostawa. Ale te wszystkie z trudem zdobywane tytuły były niczym wobec pozycji, którą pod koniec lat 70. wydała Michalina Wisłocka - "Sztuka kochania". W życiu publicznym temat seksu nie istniał. I choć przedwojenni polscy komuniści nie przywiązywali zbytniej wagi do legalizowania swoich związków i często żyli na kocią łapę, to oficjalnie byli niesłychanie pruderyjni. Poradnik seksualny, wydany w pełnym rozkwicie PRL-u, z miejsca stał się niewyobrażalny bestsellerem i przedmiotem pożądania. Osiągał zawrotne ceny na czarnym rynku. Kto dziś potrafi wyobrazić sobie, że za jakąś książkę musi zapłacić kilka razy więcej niż w księgarni? A przecież "Sztuka kochania" była - patrząc z dzisiejszej perspektywy - poradnikiem niezbyt wyzywającym. Wisłocka pisała: "Włókna nerwowe przewodzące impulsy seksualne biegną w rdzeniu kręgowym aż do okolicy krzyżowej, jednakowo u kobiety i u mężczyzny, przy czym część bodźców już w górnych odcinkach rdzenia kręgowego odgałęzia się i biegnie przez splot współczulny wprost do członka lub łechtaczki".

10

Wyrób czekoladopodobny

Wyrób czekoladopodobny

 

Od tego smaku można było umrzeć. W czasach kryzysu lat 80. stanowił jednak miły prezent. Na kartki mieliśmy już prawie wszystko: benzynę, papierosy, alkohol, mięso, cukier, masło, słodycze. Wieszczono, że koniec PRL-u nastąpi wówczas, gdy zabraknie papieru na druk kartek. I w tej biedzie nagle pojawił się nowy towar luksusowy, czyli wyrób czekoladopodobny.

Jedni twierdzą, że smakował jak tektura albo papier toaletowy, inni, że jak mydło zmieszane z kawą zbożową. Albo że przypominał pocałunki przez szybę. No i co z tego? Każdy wolałby dostać jako prezent czekoladę z orzechami z fabryki imienia "22 lipca, d. E. Wedla" - jak pisano na opakowaniu. Nie po to komuniści przegnali pana Wedla, żeby w sklepach panoszyła się normalna czekolada! Jak komuś nie smakował wyrób czekoladopodobny, to czasami dało się kupić ciastko z małą zawartością cukru.

 

 

Dżinsy

 

Prezent dla kobiety i mężczyzny, a na dokładkę modny przez całe dziesięciolecia. Szczególnie wyczekiwany przez nastolatków, którzy gotowi byli nawet dostać dobrą ocenę z przysposobienia obronnego, żeby nakłonić rodziców do zakupu. Dżinsy występowały w dwóch wydaniach - zachodnie, na przykład riffle, wranglery albo lewisy. Albo rodzime, czyli odry lub też elpo. Te zagraniczne kupowało się w sklepach Peweksu oraz Baltony. I raczej ich nie brakowało. Tyle że płaciło się za nie dolarami oraz tak zwanymi bonami towarowymi, czyli wyrobem dolaropodobnym. A ponieważ Polacy w przeliczeniu zarabiali kilkanaście dolarów miesięcznie, to wypłata wystarczała na jedną parę amerykańskich dżinsów. Zresztą po co komu więcej?

Polskie odry i elpo były znacznie tańsze - czyli w sklepach trudniejsze do zdobycia. A jak już się je kupiło, to okazywało się, że jednak istotnie różnią się od zagranicznych. Bo na przykład nie ścierają się. Obdarowany nimi nastolatek sięgał więc po papier ścierny, by zbliżyć się do zagranicznego ideału. W latach 80. moda na dżinsy sięgnęła absurdu - Polacy zaczęli nosić dziwaczne "piramidy" albo "marmurki". To dżinsy przywożone przez handlarzy z Turcji. Kiedy na Okęciu lądował samolot ze Stambułu, w hali przylotów robiło się niebiesko. Każdy handlarz miał na sobie przynajmniej dwie pary spodni i tyleż bluz i kurtek. A potem ruszał z dostawą na stragan na warszawskim bazarze Różyckiego - to targowisko prywatnych handlarzy, z których każdy miał w swoim kantorku większy wybór niż olbrzymie Domy Towarowe Centrum. Marmurki wprost z bazaru trafiały do gwiazdkowych paczek pod plastikowe choinki.

11

Goździk

Goździk

 

Nieśmiertelny prezent lat PRL-u, bo z tajemniczych powodów kwiatów nigdy nie brakowało. Może dlatego że kwiaciarnie były prywatne? Kwiatek był wręczany z każdej okazji - obowiązkowo zawinięty w folię i trzymany zielonym do góry. Największą popularność zdobył tani goździk. Na imieniny, na urodziny, z powodu awansu, na akademii. Najwięcej goździków schodziło w Międzynarodowy Dzień Kobiet, który 8 marca w całym obozie socjalistycznym obchodzono jako Mieżdunarodnyj Dień Żeńszczyny. Technologicznym rozwinięciem tej tradycji była produkcja sztucznych kwiatów, które w pewnych momentach zaczęły wypierać nawet prawdziwe goździki.

12

Pół litra

Pół litra

 

I tu doszliśmy do kwintesencji peerelowskiego prezentu. Flaszki nie wypadało może postawić pod bożonarodzeniową choinką, ale poza tym był to najpopularniejszy podarek, jaki wręczano mężczyźnie przy dowolnej okazji. W PRL-u żyło się ciężko. Jak mawiał słynny felietonista Kisiel: "Świat po alkoholu nie stawał się lepszy, ale wymagania były mniejsze".

Alkohol występował w trzech postaciach. Pierwsza, uważana za najbardziej wyszukaną, to koniak, wręczany jako prezent lekarzowi za przyjęcie do szpitala bez kolejki. Mniej wykwintne było zwykłe sklepowe pół litra czystej, które można było podarować urzędnikowi za przydział węgla albo po prostu zanieść na imieniny do znajomego z nadzieją, że się ową flaszkę rozpije wspólnie. I trzeci stan skupienia - bimber. Ten często służył jako zagajenie do rozmowy wśród bliskich znajomych. Produkcja alkoholu w domowych warunkach była w PRL-u surowo karana. Bimber prowadził zresztą do gospodarczego paradoksu, z którym nie mogli sobie poradzić marksistowscy ekonomiści. Otóż cukier musiał być tani, bo jak drożał, to ludzie się burzyli i gotowi byli obalać ustrój. Ale z drugiej strony, nie mógł być zbyt tani, bo obniżał koszty pędzenia bimbru, a co za tym idzie - kolidował z interesem państwowego monopolu alkoholowego. Straszliwy paradoks, którego, jak powiadali towarzysze z Kremla: "bez wodki nie razbieriosz".

 

 

Tekst: Piotr Lipiński

Zdjęcia: Agata Jakubowska, Łukasz Falkowski, Krzysztof Miller, Marek Norek, Łukasz Czajka, Barbara Schmidtke, PAP, EAST NEWS, Serwis 13, Biuro Kwiatowe Holandia (montaż)

13
Więcej na ten temat: prezenty, prl, styl