110 km marszu za kręgiem polarnym

ZLLL
Trasa wyścigu Fjällräven Classic, organizowanego przez produkującą sprzęt turystyczny szwedzką firmę Fjällräven, wiedzie przez Laponię. Kilkaset kilometrów za kręgiem polarnym uczestnicy wędrują przez tundrę, tajgę, górskie przełęcze i rwące potoki. Muszą pokonać 110 kilometrów.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

 

 

 

Ci, którzy zmieszczą się w 72 godzinach, dostają złoty medal. Kolejne limity to 96 i 120 godzin - nagrodą jest odpowiednio srebrna i brązowa odznaka. Pełen obaw wystartowałem w tegorocznej, siódmej już wędrówce.

W ramach przygotowań uzupełniłem sprzęt, odrobinę potrenowałem nocne marsze po Warszawie i dokładnie zapoznałem się z regulaminem imprezy. Najbardziej zaniepokoił mnie zapis wykluczający poszukiwania osób, które wyruszyły na trasę, ale nie dotarły do mety. Równie interesująca jest zasada dotycząca wcześniejszego wycofania się z imprezy: "Jeśli zdecydujesz się przerwać marsz, musisz dojść do Abisko lub wrócić do Nikkaluokta".

Pierwsza miejscowość to meta, druga start. Na czym więc polega przerwanie marszu? Regulamin zabrania nocowania i gotowania w nielicznych chatkach turystycznych i zawiera listę niezbędnego wyposażenia uczestników. Cały ten majdan plus dodatkowo żarcie na kilka dni trzeba będzie nieść w plecaku. Jednak najwięcej uwagi poświęcono zachowaniu czystości. Na trasie możesz zostawić jedynie to, co zjadłeś lub wypiłeś, zużyty papier toaletowy należy spalić. Za naruszenie tych zasad grożą najsurowsze sankcje - natychmiastowa dyskwalifikacja, zakaz uczestniczenia w kolejnych marszach i zgłoszenie wykroczenia na policję. Będzie wesoło, pomyślałem. W czwartek, 4 sierpnia, wylatuję do Sztokholmu.

1

Dzień 0 - czwartek, 4 sierpnia

Wylatujemy ze Sztokholmu i po półtoragodzinnym locie lądujemy 150 km za kręgiem polarnym, w Kirunie - największym miasteczku na świecie. Na 20 715 kmkw. (więcej niż powierzchnia Słowenii) mieszka niespełna 18 tysięcy mieszkańców.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Jest słonecznie, temperatura około 10 stopni. Na nocleg jedziemy do pustej teraz, zimowej bazy psich zaprzęgów. Rozbijamy namioty, pobieramy kuchenki, paliwo i ogromne zapasy jedzenia. Dostajemy po trzy porcje liofilizowanej żywności na każdy dzień, a poza tym chleb, drobne przekąski i wędzone mięso renifera. Plecaki robią się cięższe o ładnych kilka kilogramów.

Zasiadamy do ostatniej nieliofilizowanej wieczerzy. O godz. 10 nad jeziorem oglądam piękny, trochę kiczowaty zachód słońca. Słońce się chowa, ale zmrok nie zapada. Jest widno jak w średnio pochmurny dzień. Pierwszy raz widzę białą noc, to bardzo dziwne uczucie. Nie wiem, czy dam radę przejść całą trasę, ale tytuł Kretyna Roku mam już w kieszeni - zabrałem ze sobą statyw, żeby robić nocne zdjęcia.

2

Dzień 1. - piątek, 5 sierpnia, 22 km

Jedziemy na linię startu, do maleńkiej lapońskiej wioski Nikkilauta. W pewnym momencie drogę blokuje nam rodzina reniferów, która z godnością spaceruje środkiem szosy. Kierowca zwalnia i część podróży odbywamy w reniferzym tempie.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Na punkcie startowym dostajemy mapy i książeczki ("Hiking Pass"), w których będziemy zbierać stemple na punktach kontrolnych. Uczestnicy startują w 300-osobowych grupach. Trzy grupy dziennie przez trzy dni. Nasza wyrusza jako pierwsza, punktualnie o godz. 9. Każdy z nas dźwiga ważący około 20 kilogramów plecak.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Pogoda jest piękna - bezchmurne niebo i ciepło, około 15 stopni. Idziemy w T-shirtach i krótkich spodniach tempem zbliżonym do prędkości pielgrzymki. Po kilku kilometrach spaceru przez brzozowy las i bagna stajemy nad jeziorem Ladtjojaure. Wzmacniamy się kupionymi w budce z napisem "LappDanalds" pysznymi hamburgerami z mrożonego mięsa renifera.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Ruszamy dalej. Po drodze mijamy rzekę o łatwo wpadającej w ucho nazwie Tarfalajakka, która według przewodników jest tak czysta, a jej superprzezroczysty lód tak przezroczysty, że w zimie importują go "ice hotele" z całego świata. Po południu pogoda się psuje. Krajobraz staje się zdecydowanie bardziej surowy, znikają drzewa, zaczynamy się lekko wspinać. Po 22 kilometrach marszu, przerywanego licznymi odpoczynkami, zatrzymujemy się na noc. Rozbijamy namioty, na kolację jemy chili con carne. Oczywiście z proszku.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

3

Dzień 2. - sobota, 6 sierpnia, 24 km

Budzę się po chłodnej nocy spędzonej na cienkiej karimacie i wyglądam z namiotu. Wokół niesamowity krajobraz, przypominający obrazy z "Władcy Pierścieni": horyzont ograniczają kilkusetmetrowe, miejscami urwiste zbocza gór, których szczyty skrywają się za chmurami. Wyruszamy w dalszą drogę. Humory nieco gorsze niż poprzedniego dnia, lekkie obtarcia i zmęczenie odbierają entuzjazm. Niektórzy mają zdecydowanie zbyt ciężkie plecaki, więc rozdzielamy ciężary bardziej sprawiedliwie. Bolą nadwerężone stawy i ścięgna. Od czasu do czasu mijają nas "faceci w rajtuzach", którzy pokonują całą 110-kilometrową trasę biegiem. Dotychczasowy rekord wynosi 13 godzin i 5 minut!

laponia, kungsleden, marsz, trekking

W naszej grupie znalazł się znany dziennikarz przyrodniczy Adam Wajrak, który chętnie opowiada o otaczającej nas naturze, pokazuje rzeczy, które sami byśmy z pewnością przeoczyli. Przez kilka minut obserwujemy scenę jak z Animal Planet - kilkadziesiąt metrów od nas dwa wydrzyki (takie ptaszki) zawzięcie atakują skradającego się do ich gniazda lisa.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Za to my po południu zupełnie tracimy wolę walki. Nie dość, że jest zimno i leje deszcz, to dodatkowo zaczęły się podejścia. Przemoczeni, zabłoceni i zziębnięci, zmieniamy plan - rozbijamy obóz wcześniej, niedaleko schroniska Salka. Nocowanie w pobliżu schroniska pozwala uzupełnić zapasy, a także doświadczyć odrobiny luksusu w niechlorowanej, ekologicznej sławojce.

Namioty rozstawiamy w padającym deszczu. Na kolację pyszny łosoś z ziemniakami w sosie koperkowym, przygotowany według niezmiennego przepisu: "Wlej szklankę gorącej wody do torebki i poczekaj 10 minut". Na dobranoc herbata z prądem koi ducha i zbolałe kończyny.

4

Dzień 3. - niedziela, 7 sierpnia, 25 km

Pada. Zwijamy namioty i w ponurych nastrojach ruszamy. Przed nami podobno najcięższy dzień. Będziemy się wspinać na "straszliwą" przełęcz Tjaktja (czytaj czakcza). To najdłuższe podejście na całej trasie (około 600 metrów różnicy poziomów) i jednocześnie jej najwyższy punkt (1140 m n.p.m.).

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Po licznych krótkich postojach przed szturmem wypoczywamy w czasie długiej przerwy na obiad. Pogoda się poprawia, a wejście na przełęcz okazuje się całkiem łatwe i zajmuje około godziny. Dalej, przez 3-4 kilometry, ciągnie się gołoborze. Na szczęście na całej trasie w miejscach podmokłych albo w trudnym terenie idziemy po bardzo solidnych, drewnianych kładkach. Mimo ułatwień wszyscy dostajemy lekko w kość. Na punkcie kontrolnym dowiaduję się, że dwie osoby z naszej grupy nie dały rady (Niemiec i Węgier). Zabierze je helikopter. Szczęśliwie jesteśmy ubezpieczeni, koszt takiego lotu to kilka tysięcy koron.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Jest dopiero wczesne popołudnie, a lekarz z punktu medycznego mówi, że wzdłuż całej trasy na ewakuację oczekuje aż 28 osób.

Dalej idzie się lepiej, trasa jest płaska lub nawet lekko z górki. Do noclegu zostało jakichś 12 kilometrów. Dosyć monotonny marsz od czasu do czasu urozmaicają spotykane wzdłuż szlaku przeurocze lemingi. Te małe zwierzątka przypominają chomiki, ale są od nich dużo żwawsze. Widzimy ich mnóstwo, więc się zastanawiamy, czy nie nadchodzi właśnie okres zbiorowych samobójstw tych miłych zwierzątek. Tuż przed końcem trasy nawiązujemy pierwszy (i jak się okazało, jedyny) kontakt z tubylcami. Przy drodze Laponka w tipi sprzedaje kebaby, piwo i coca-colę. Kebaby oczywiście z renifera.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Rozbijamy obóz przy schronisku Alesjaure, nad jeziorem o tej samej nazwie. Po jeziorze pomyka, przywieziona zapewne helikopterem, motorówka. Na drugim brzegu widać lapońską osadę.

Niezłe humory stają się jeszcze lepsze, gdy ktoś wyciąga z plecaka pół litra żubrówki. Rozpijamy w 10 osób.

5

Dzień 4. - poniedziałek, 8 sierpnia, 18 km

Ruszamy łagodnie opadającą ścieżką wzdłuż jeziora. Robi się dużo chłodniej, po południu zaczyna silnie wiać. Po ostrym zejściu żegnamy ostatecznie tundrę i wkraczamy w tajgę. W punkcie kontrolnym zajadamy się rozdawanymi przez organizatorów naleśnikami i korzystamy ze znakomitej pomocy medycznej.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Po długim popasie, najedzeni i obklejeni plastrami, ruszamy leniwym tempem w kierunku ostatniego noclegu w "dziczy". Nie schodząc ze ścieżki, zbieramy grzyby, głównie koźlaki, których wokół pełno, bo miejscowi ich nie jedzą. Przechodzimy chyba przez najdłuższy most wiszący na trasie, jak każdy dotychczas - bardzo solidny i dobrze utrzymany. Jednak dla osób z lękiem wysokości przeprawa nie należy do przyjemności.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

Kolację uzupełniamy grzybami, które smażymy na patelni pożyczonej w pobliskim schronisku. To bardzo miła odmiana po liofilizatach. Nieopodal obozu rozciąga się Playa del Absiko, prawdziwa piaszczysta plaża nad brzegiem jeziora. Znajdują się nawet amatorzy kąpieli. Higiena w czasie tak długiej wędrówki stanowi poważny problem. Można podjąć próbę skorzystania z górskiego strumienia lub użyć zmoczonych chusteczek higienicznych. Najlepiej jednak przyjąć zasadę, że prawdziwi twardziele myją tylko zęby.

6

Dzień 5. - wtorek, 9 sierpnia, 17 km

laponia, kungsleden, marsz, trekkingOstatni, najkrótszy odcinek to niemal spacer po parku. Idziemy przez piękny, bardzo bujny liściasty las. Droga jest łatwa, żadnych podejść ani ostrych zejść. Linię mety przekraczamy całą grupą. Jak wszyscy kończący trasę jesteśmy oklaskiwani przez tych, którzy skończyli ją wcześniej. Przejście 110 km zajęło nam 101 godzin i 40 minut. Zmieściliśmy się w 5-dniowym limicie, dostajemy brązowe medale i pamiątkowe plakietki. Po krótkim odpoczynku, dumni i szczęśliwi, jedziemy autokarem do hotelu. Nareszcie cywilizacja: prysznic (niestety zimny), piwo i sauna. Na zakończenie uroczysta kolacja z winem.

Rano wylatuję do domu, mimo wcześniejszych obaw - z tarczą. I wszystkim polecam kolejne Fjällräven Classic. Trasa jest przepiękna, wiedzie przez ostatnie naprawdę dzikie zakątki Europy i nie jest trudna. Każdy w średniej formie fizycznej, po minimalnym przygotowaniu, jest w stanie ją przejść. Powodzenia!

laponia, kungsleden, marsz, trekking

7

Jak dojechać?

Sztokholm - Kiruna

Samolot - ok. 1200 zł, 1,5h, pociąg - ok. 1000 koron, 16,5 h (1 SEK = ok. 0,45 PLN)

laponia, kungsleden, marsz, trekking

W ramach bardzo rozsądnej opłaty za udział w Fjällräven Classic (dorośli 1600 SEK, młodzież do 16 lat 1100 SEK, dzieci do 12 lat 400 SEK) dostaniemy:

- transport z lotniska na miejsce startu (Nikkaluota) - 75 km,

- możliwość przesłania bagażu na koniec trasy (Abisko),

- mapę trasy,

- paliwo do kuchenki,

- ogromny zapas jedzenia na pięć dni.

8

Parę liczb

laponia, kungsleden, marsz, trekkingFjällräven Classic jest organizowane od 2006 r. W pierwszej edycji wzięło udział 529 uczestników, w tym roku 2323. Najwięcej Szwedów (1033) i Niemców (767), Polaków aż 17. Najmłodszy uczestnik wyścigu miał 2 lata, a najstarszy 72, statystyczny uczestnik jest mężczyzną, ma 38 lat, pochodzi ze Sztokholmu i ma na imię Andreas, Frederik albo Johan.

 

Fjällräven Classic obejmuje 110-kilometrowy odcinek liczącego łącznie 440 km "Szlaku Królewskiego" - Kungsleden, który wiedzie przez najdziksze okolice Europy.

 

Trasę Fjällräven Classic może przejść każdy. Najważniejsze są dobre buty, jak najlżejszy plecak i trochę szczęścia, żeby nie trzeba było korzystać z jednego z licznych na trasie punktów medycznych.

 

Wersja zimowa

W kwietniu przyszłego roku wystartuje po raz pierwszy Fjällräven Polar, 330 km podróży saniami z psim zaprzęgiem. Od 15 września można się rejestrować na stronie www.fjallraven.pl/polar/

Dwie osoby, które nagrają najlepszy film motywujący ich chęć przeżycia tej przygody, jadą za darmo.

laponia, kungsleden, marsz, trekking

 

Tekst: Maciek "Rudy" Sikorski

Zdjęcia: Maciek "Rudy" Sikorski, Adam Wajrak (montaż),

Autor mapy: Mikołaj Kirschke

9

Zobacz też na Logo24:

 

Mój pierwszy raz, sport, podróże

Uczestniczyliśmy w największej na świecie imprezie marszowej.

W czasie czterech dni każdy z nas zrobił ponad 250 tys. kroków, zrzucił 3,5 kg i stracił trzy paznokcie. Ale bardzo nam się podobało. Za rok startujemy w Dodentocht - organizowanym w Belgii nocnym marszu na 100 km.

Alpejskie bieganie

The North Face Ultra-Trail du Mont-Blanc to najbardziej prestiżowy maraton terenowy w Europie. W jego cieniu rozgrywany jest "zaledwie" 92-kilometrowy CCC. Choć w połowie trasy kolano odmówiło mi współpracy, z zimna skurczyłem się o dwa numery i biegłem non stop przez niemal 20 godzin, udało mi się go ukończyć.

Wio, pieski!

Wio, pieski!

Słońce, upał, jakiś pojazd z potężnym silnikiem? Zapomnijcie, to nuda. Prawdziwa męska przygoda wymaga mrozu, wiatru i natury.

10 razy w góry!

Najciekawsze, najlepsze albo najpopularniejsze trasy w polskich górach. Na jednodniową wycieczkę dla wytrawnego górołaza (Orla Perć) i zupełnego amatora (wejście na Turbacz). Od Bieszczadów przez Tatry po Karkonosze.

10
Więcej na ten temat: mój pierwszy raz