Na gwiazdę w alei najbardziej zasłużonych polskich sportowców we Władysławowie zasłużył na pewno. Towarzystwo ma znamienite - od Janusza Kusocińskiego, przez Papę Stamma i Stanisława Marusarza, po obecnych bohaterów - Otylię Jędrzejczak czy Leszka Blanika.

Idąc w te wakacje władysławowską aleją w kierunku ośrodka przygotowań olimpijskich w Cetniewie, słyszałem pytania turystów przy gwiazdce Kacały: "A kto to jest"? - To jeden z najwybitniejszych polskich sportowców, polski rugbista wszech czasów - odpowiadał im mój 11-letni syn, który właśnie wrócił z dwutygodniowych "Wakacji z rugby". Pytający otwierali oczy, wzruszali ramionami i szli dalej.

W samym Trójmieście o Kacałę nikt nie pyta - znają go wszyscy. To chłopak z Sopotu, który się zawziął, wyjechał z Polski i zrobił wielką karierę w jednym z najtrudniejszych sportów zespołowych. W rugby, w którym trzeba być skończonym atletą, mieć siłę konia, wytrzymałość maratończyka, niezłomny charakter Jamesa Bonda i honor japońskiego samuraja.

Właściwie nie do końca wiadomo, dlaczego polski sport nie wykorzystał Kacały. Polska nie zna chyba przypadku, by ktoś, kto osiągnął w swojej dyscyplinie sportu wszystko, był ceniony za granicą, a u nas w ogóle niedostrzegany. To tak, jakbyśmy w ogóle nie wiedzieli nad Wisłą, kim jest Zbigniew Boniek.

To nie jest sport dla grzecznych chłopców. Kiedyś samolot lecący z Paryża do Brive miał przymusowe lądowanie w Nantes, bo zdaniem kapitana rugbiści zbyt intensywnie świętowali sukces sportowy. - Ale to też nie jest zabawa dla wieśniaków, którzy biorą piłkę, biegną ile sił i leją wszystkich napotkanych po drodze - podkreśla. Teraz w polskiej lidze w większości grają studenci, sprowadzani z republik byłego ZSRR zawodnicy, którzy chcieliby zarobić na utrzymanie w normalnym kraju. Kacała dostrzegł potencjał i od kilku tygodni jest trenerem Lechii Gdańsk. - Rugby to moje hobby i życie. Chciałem wrócić do pracy - opowiada.

Nikt jednak nie wie, jak Kacała, wulkan energii, człowiek, któremu się buzia nie zamyka, wytrzyma na ławce trenerskiej. Zwłaszcza że sam miewał kłopoty z hierarchią. - Przed wyjściem na boisko zawsze zbieraliśmy się w szatni. Stawaliśmy w kole, łapiąc się za ramiona. W środku stał trener, który jeszcze niedawno był naszym kolegą z boiska. Chciał nas umotywować. Nim się obejrzałem, wywalił mi głową w nos. Zapaliły mi się wszystkie lampy, zagrzałem się, chciałem do niego ruszyć, a on na to: "Stop! Jest OK, jesteś mój, wszedłeś w mecz". W ten sposób wzbudzał w nas agresję. Przed następnym spotkaniem byłem czujny. Już się zbliżał do mnie, kiedy chwyciłem go za gardło i powaliłem na ziemię. Chciałem go tłuc, a on znów: "Stop! Jest OK, jesteś mój, wszedłeś w mecz". Powstrzymałem się.

Czy teraz się powstrzyma? - Mam dobrego nauczyciela. Eddie Jones, który był selekcjonerem reprezentacji Australii, a teraz pomógł doprowadzić RPA do mistrzostwa świata, zawsze aż kipiał z emocji, a jako trener siedzi w loży ze słuchawką w uchu, praktycznie się nie ruszając. Czego się nie zrobi na treningu, nie nadrobi się w meczu.

Tekst: Przemysław Iwańczyk, "Gazeta Wyborcza"

Zdjęcia: Kuba Atys

Czytaj w Znam.to: Dobry Samsung, ale nie wspaniały

Zobacz też na Logo24 :