Niestety, wbrew pozorom nie jest to takie proste. Bo żeby brać udział w walkach, trzeba być członkiem którejś z grup rekonstruktorów. A żeby się do nich dostać, trzeba mieć naprawdę dużą wiedzę.

Ja - przyznaję się bez bicia - zaciągnąłem się do carskiego pułku po znajomości, więc żołnierskiego życia posmakowałem bez wymaganych szkoleń, egzaminów, kursów i wylewania potu na poligonach.

Ale zapłaciłem za to cenę: do armii Jego Imperatorskiej Mości dostałem się w stopniu szeregowego. Riadowoj Piotr Markowicz Gikawij-Zabłockij służył carowi Mikołajowi II tylko jako mięso armatnie.

Werbunek

Rozkaz to rozkaz, zgłosiłem się do rosyjskiej piechoty. I od razu mi się tu spodobało. Bo w sobotni wieczór carscy piechurzy oddali się świętowaniu. Niemiecka armia (koledzy z Gdańska i Wielkopolski) i austro-węgierska (koledzy z Węgier) jeszcze paradowały w pełnym rynsztunku, a moi koledzy z oddziału już przygotowywali się na śmierć przy kieliszeczku wódki i piwie.

do wyboru miałem też futrzaną czapę, ale w 30-stopniowym upale jej założenie byłoby jak zesłanie na katorgę), wciągnąłem wysokie buty (prawy był w sam raz, lewy ciut za mały). Riadowoj Gikawij-Zabłockij melduje się na rozkaz!

Opłaciło się. Może i byłem łowcą przygód, ale coś tam jednak wiedziałem. - Pod Tannenbergiem i w bitwie nad jeziorami mazurskimi Rosjanie stracili prawie dwieście tysięcy ludzi. I tyle samo karabinów - rzucił ktoś jeszcze na próbę. - A tymczasem produkowali maksymalnie 45 tys. mosinów miesięcznie - odparłem, częstując papierosami.

Znów byłem swój. Ale karabinu nie dostałem.

1915 r. (tu byłem godnym partnerem w dyskusji) i wreszcie dopadła nas nuda. Przestałem się dziwić, czemu przemarsze armii były dopustem bożym dla cywilów, pomyślałem, że po kilku dniach takiego szwendania się bez celu spalenie i zrabowanie wioski stałoby się nawet dla mnie atrakcyjnym sposobem na zabicie czasu.

Wreszcie o godz. 13 padł rozkaz wymarszu. - Lewa, lewa, lewa - znów pokrzykiwał dowódca, a nasze buty równiutko stukały o asfalt. Z obu stron drogi stali ludzie. Robili zdjęcia, machali, a ja poczułem, że oni - to gapie, a ja jestem członkiem oddziału. - Lewa, lewa, lewa! - nie spodziewałem się, że to takie wciągające.

Przeszliśmy przez bolimowski rynek między szpalerami mieszkańców i równym krokiem przemaszerowaliśmy na pole bitwy pod Bolimowem. Było bardzo gorąco, poczułem, że buty nie są aż tak wygodne jak rano, strużki potu ciekły mi po plecach, ale kiedy zobaczyłem okopy, zasieki, druty kolczaste i stanowiska karabinów maszynowych, poczułem, jak serce bije szybciej. W końcu to tu miałem zginąć!

- Będziesz ciągnął taśmę - zapadła decyzja.

- Piotr! - zawołał mnie Sławek, nasz dowódca. Zwany Igłą, jest szczupły, żylasty, trochę w typie przedwojennego oficera. Elektronik z Podlasia, z rodziny o tradycjach wojskowych (dziadek służył w kawalerii). Bardzo spokojny i wyciszony, miało się wrażenie, że namocniej mu zależy na tym, by rekonstruktorzy byli bardziej "armijni", zdyscyplinowani, a nie tacy zabawowo-rozlaźli. Obaj z Melonem są członkami GRH Kampinos, która rekonstruuje Wojsko Polskie II Rzeczypospolitej, a głównie 27. Pułk Ułanów z Nieświeża. - Uważaj na łuski, uważaj na bagnety, rozglądaj się, nie szalej, podglądaj doświadczonych kolegów, nie rób głupot. To bezpieczna zabawa, ale wypadki się zdarzają - powiedział. A ja poczułem, że śmierć w oparach chloru, która mnie czeka zgodnie ze scenariuszem, to aktorstwo, ale wcześniej będę w okopie pełnym broni - i to już zabawa tylko dla dorosłych.

Jeszcze chwila dla fotoreporterów i gapiów (będę sławny), przegląd mundurów i broni (- A co będzie, jak zachce mi się siku w okopie - zapytałem. - Lejesz do chłodnicy cekaemu - usłyszałem śmiech.) i ruszyliśmy poza pole bitwy. Najpierw publiczność musiała obejrzeć akcję zwiadu kawaleryjskiego, więc piechota, czyli my, wylądowaliśmy w błocie i mrowiskach. Zacząłem się przyzwyczajać.

Znowu przemarsz - tym razem na stanowiska. Przyklęknąłem przy maksimie. - Pamiętajcie: starcie patroli, artyleria, atak Niemców, strzelamy, kontratak, zbieramy rannych, wyprawa po wodę, atak gazowy - powtarzamy sobie jak mantrę scenariusz rekonstrukcji. A ja się zastanawiam, czy potrafię dobrze ciągnąć taśmę cekaemu.

Za rodinu!

Koledzy mówili, że pierwszy atak Niemców był bardzo spektakularny. Ale ja nic nie widziałem. Carski maksim - mimo że strzelał ślepakami - był potwornie głośny. Artyleria waliła tak (a przecież to było tylko trochę pirotechniki!), że leciały na mnie tony piachu. Zamknąłem więc oczy i ciągnąłem taśmę.

Źle. Za mocno. Nasz maksim się zaciął.

Kiedy otworzyłem oczy, było już cicho, a w ustach miałem sam piasek. - Młody, wyluzuj, jest dobrze - poklepał mnie Melon po ramieniu. - Zaraz my idziemy do ataku.

Ale ty zostań - dodał.

- Za rodinu, za cariiiaaaaa! - zawył nagle Igła. I wszyscy wyskoczyli z okopów. Znowu huczały karabiny, ale tym razem patrzyłem uważnie ze stanowiska cekaemu. Seria niemieckich karabinów maszynowych wdusiła nasz atak w ziemię. Zaczęli wracać, ale na przedpolu zostali rani. - Po rannych, już! To rozkaz! - wrzasnął Sławek. Wrzasnął tak, że wyskoczyłem z okopu jak na sprężynach. Usłyszałem grzechot strzałów, kątem oka zobaczyłem publiczność, dobiegliśmy do pierwszego rannego. Uff, ciężki, ale zanieśliśmy go do okopu. Teraz po drugiego. Boże, jeszcze cięższy! Słyszę, jak wali mi serce. Pot zalewa mi oczy. Znów się udało. Poczułem, że jestem mokry ze zmęczenia, chce mi się pić, palić, ale jestem szczęśliwy. Uratowałem towarzysza broni.

Wiem, wiem, strzelaliśmy ślepakami, kolega udawał rannego, nikt nie chciał mnie zabić, a w ładownicy miałem telefon komórkowy. No i co z tego? Testosteron i adrenalina wylewały mi się uszami. Wojaczka to w końcu męska rzecz, nawet udawana.

Gospodi, pomiłuj

Teraz paru kolegów odgrywało epizod z wypadem po wodę do studni, więc my mieliśmy wolne. Papieros, łyk wody, sprawdzenie cekaemu. - Młody, nie ciągnij taśmy tak mocno! - zostałem upomniany.

- Przygotować się - rzucił teatralnym szeptem Sławek. Zgasiliśmy papierosy, plastikowe butelki z wodą upchnęliśmy pod deskami, żeby nikt ich nie zauważył. Przykucnęliśmy w skupieniu.

Wcześniej jednak Niemcy przybiegli sprawdzić efekty ataku gazowego. - Grać współczucie! Współczujcie im! - dyrygował nimi oficer. - Do dupy tak udusić się gazem, co? - szepnął mi do ucha niemiecki soldat, który udzielał mi pierwszej pomocy. - Do dupy - potwierdziłem. Niepotrzebnie. Do ust wpadło mi jeszcze więcej piasku.

Współczucie szybko się skończyło, bo część Rosjan przeżyła i ruszyła do kontrnatarcia, ale ja leżałem na plecach i mogłem tylko słuchać. - Niech już kończą - jęknął trup po mojej prawej. Święte słowa, niestety na spełnienie tego życzenia musieliśmy poczekać jeszcze kilka minut.

Ale kiedy wstaliśmy, poczułem, że warto było ginąć za cara. Ustawieni w kolumnę przemaszerowaliśmy przed publicznością, niektórzy dostali nawet kwiatki od dziewcząt. Ja nie, ale byłem umorusany jak nieboskie stworzenie i nie miałem karabinu, więc wybaczam.

Za rok umrę przystojniejszy. Aha, i buty sprawię sobie jednak wygodniejsze.  

Jak walczyć za cara (lub innych władców)

Nie wystarczy chcieć strzelać. Rekonstruktorzy jak diabeł święconej wody boją się oszołomów. Żeby stać się jednym z profesjonalistów, przede wszystkim trzeba mieć wiedzę historyczną i pasję do drobiazgowego zgłębiania danej epoki. Potem należy znaleźć (najłatwiej w internecie) grupę rekonstrukcji historycznej (GRH), której członkowie pasjonują się tym samym okresem. Najczęściej wymagany jest okres próbny, w czasie którego kandydat jest sprawdzany. Dopiero po głosowaniu staje się pełnoprawnym członkiem grupy.

Zabawa w rekonstrukcje nie jest tania: mundur i osprzęt żołnierski mogą kosztować nawet 4-6 tys. zł. Do tego dochodzi czasami koszt sprowadzania książek i dokumentów, na podstawie których można odtworzyć wygląd żołnierza konkretnej jednostki.

Tekst: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: Albert Zawada

Zobacz też na Logo24 :