Epoka markowych alkoholi zaczęła się w latach 70., w dekadzie gierkowskiej. To wtedy się pojawiły na półkach sklepów i restauracji nowe wódki, także zagraniczne, i przede wszystkim importowane wina. Z Ameryki, od pracujących tam Polaków, zaczęły płynąć dolary, a władza szybko wpadła na pomysł, jak można te dolary odzyskać. I rozwinęła sieć Peweksów (wcześniej kiosków PKO) z markowymi towarami z Zachodu, w tym także polskimi i zagranicznymi alkoholami. Powolutku można było zacząć wybierać, choć jeszcze nie tak jak w latach 90.

Wódka

Bez wątpienia najważniejszy alkohol Peerelu (ale też III, IV i zapewne kolejnych RP). Przeważnie ciepła, pita przy każdej okazji. A tych przez kolejne lata nie brakowało: wypłata, imieniny w zakładzie pracy, imieniny w domu, święta, pojawienie się nowego pracownika itp. Czyste wódki preferowali mężczyźni. W latach 70. wybór był niewielki, ale dostateczny. Legendy tamtych czasów są bez wątpienia dwie: Żytnia i Wyborowa. Uchodziły za wódki nieco lepsze niż np. popularne i tanie Czysta i Stołowa. Tę ostatnią pamiętam jeszcze bez zakrętki, z prymitywnym kapslem, który można było zerwać palcami. Wcześniej wódki były zatykane korkiem i lakowane, stąd tzw. odbijanie butelki było dość powszechnym zwyczajem stosowanym nawet po wprowadzeniu zakrętek. Żytko i Wyborowa gościły w restauracjach i w domowych barkach, które stanowiły obowiązkowe wyposażenia każdej meblościanki. Pod koniec tej dekady obie marki, razem z Krakusem, trwale przeniosły się do Peweksów. Żytnia kosztowała wtedy dolara, wyborowa była o 5 centów droższa. W tym samym czasie pojawiła się także pierwsza wódka premium, czyli Polonaise: wyłącznie za dolary i w dwóch odmianach: 40- i 45-procentowej. Polonaise przysłużył się odnowieniu znajomości literatury romantycznej, bo otwarcie butelki witano słowami wieszcza: "Poloneza czas zacząć".

Logo

Na budowach, w akademikach, na podwórkach życie zaczynało się o 13. To był moment, gdy denaturat, zwany pieszczotliwie "jagodzianką na kościach", został oficjalnie uznany przez władzę za środek spożywczy. Niby był do kupienia, m.in. w sklepach chemicznych, ale tylko po 13. Kolejnym absurdem epoki było funkcjonowanie sklepów monopolowych. Sklepy były czynne od rana, ale nie mogły niczego sprzedawać, no bo zakaz.

Kartki na alkohol pojawiły się 1981 r. i obowiązywały przez dwa lata. Każdy dorosły miał prawo do zakupu jednej półlitrowej butelki wódki. Niektórzy twierdzą, że nigdy nie mieli w domu takich zapasów wódki, jak podczas reglamentacji. Półlitrówka stała się regularnym środkiem płatniczym. Na flaszki przeliczano wszystkie usługi tzw. fachowców: hydraulików, malarzy, ślusarzy. Co się kupowało? Na kartki najczęściej Baltic Vodkę, czyli najgorszą wódkę ostatniego czterdziestolecia. Śmierdzącą, czasem kwaśną, zawsze piekącą, pachnącą naftą. Pojawiła się także nie lepsza Vistula i Żytnia Mazowiecka. W serialu "Alternatywy 4" w sklepie monopolowym stoi bałtyk, żytnia i cytrynówka. Ja żytka z czasów kartkowych nie pamiętam. Ratunkiem był oczywiście Pewex i pędzony pokątnie bimber. Nawet inteligenckie mieszkania śmierdziały w tych czasach zacierem, a ulicę Ząbkowską (najwięcej melin na metr kwadratowy) w Warszawie nazywano Bimberstrasse. Marzeniem każdego był, oczywiście, 95-procentowy spirytus rektyfikowany. Odważni pili czysty, ale większość jednak mieszała z wodą, czasem z dodatkami smakowymi. Wódka wychodziła z tego doskonała. 

Choć zakaz sprzedaży przed godz. 13 zniknął 20 lat temu, magia trwa nadal. Zgadnijcie, o której najczęściej biznesmeni umawiają się na lunch?

Ponieważ wino owocowe ze sklepu było obrzydliwe, wiele osób próbowało robić wino samodzielnie, w domu. Były w sklepach balony, były drożdże, więc nic nie stało na przeszkodzie. Może z wyjątkiem wiedzy, bo jak opowiadał mi kolega, jego ojciec próbował zrobić wino z rajskich jabłuszek, ale chyba za mocno zakorkował 20-litrowy gąsior, butla eksplodowała i potem żona zabroniła mu już eksperymentować.

Egri Bikaver z charakterystycznym byczym łbem na etykiecie to najbardziej rozpoznawalna marka wina Peerelu. W odróżnieniu od krajowych win owocowych te importowane nazywano gronowymi. Bycza krew z węgierskiego Egeru to marka bardzo stara, ale w socjalizmie całkiem zepsuta. Wino, które powinno być kupażem dwóch (od niedawna trzech) lokalnych odmian winorośli, leżakowane w dębowych beczkach i kierowane do sprzedaży nie wcześniej niż po 18 miesiącach od zbioru, nie trzymało chyba żadnego z tych parametrów.

Cotnari i Murfatlar to z kolei rumuńskie wina w wersji półsłodkiej, w ładnych, smukłych butelkach. Były często wybierane przez kobiety, bo mężczyznom słodkie wina, tak jak i słodkie wódki, jakoś nie pasowały.

Logo24

Alkohole importowane

Były też alkohole luksusowe z importu. Znasz taką definicję koniaku? Pochodzi prawdopodobnie jeszcze z lat 50., ale była prawdziwa do końca lat 80.: Koniak to wysokiej jakości napój alkoholowy, który klasa robotnicza pije ustami swoich przedstawicieli. Koniaczek, trunek elit politycznych, obowiązkowy był także w każdym ekskluzywnym barku. Do kompletu należało mieć kryształowe kieliszeczki. Przywożony z wczasów w Bułgarii albo z pracy na kontrakcie za granicą. Bywał też z rzadka w delikatesach. Najczęściej właśnie bułgarski (Pliska i Słoneczny Brzeg), radziecki (Ararat, Biełyj Aist) i węgierski Budafok. Wszystkie te trunki to, oczywiście, brandy, ale my w tamtych czasach takiego terminu jeszcze nie znaliśmy. Koniakiem była w Peerelu każda brandy, a oczywiście największym poważaniem cieszyły się te z Peweksów, z napisem Napoleon. O tym, że zazwyczaj były to najgorsze francuskie brandy, świadczy fakt, że kosztowały około 2-2,50 dol., podczas gdy markowy Stock był blisko dwukrotnie droższy. Napoleony sprzedawały się dobrze, bo były doskonałym prezentem dla lekarzy i ważniejszych urzędników, koniaczek ustawiał więc na całkiem niezłej pozycji startowej. Słoneczny brzeg, pliskę, budafok wciąż można u nas kupić. Spróbowałem i nie polecam. Ale ararat to już jest coś, ale i cena wyższa.

Piwo

PRL, alkoholPRL, alkohol Mężczyzna pijący piwo w restauracji

Piwa zagraniczne, w szczególności w nieznanych u nas puszkach, to był rarytas. Może dlatego tak wielu młodych ludzi oddało się zbieractwu puszek. Oczywiście pustych. Zdobiły najwyższe półki meblościanek w wielu pokojach. Podobnie jak opakowania po zagranicznych papierosach przypinane do słomianek, papierki po czekoladkach, historyjki z gum balonowych Donald.

PRL, alkohol

W latach 80. piwo było fatalne. Gdy już się pojawiło, trzeba było stać w kolejkach i kupić tyle, na ile zgadzał się sklep (czyli maksimum skrzynkę). Charakterystyczny był sposób wybierania piwa w warszawskim Uniwersamie: każdą butelkę klient obracał do góry dnem i patrzył pod światło. Osad? Osad to pryszcz - chodziło o... myszy. Szczęśliwy nabywca piwa bez dodatków tachał skrzynkę do domu, do akademika albo na budowę.

Ikoną lat 90. jest z pewnością wino Cin & Cin. Marka zaczynała od wermutów, ale sławę zawdzięcza winom musującym. Lekkim, słodkim, niedrogim, smacznym, dostępnym w każdym sklepie. W wielu domach zastąpiło alpagi i uczyło Polaków pić wino. A końcówka tej dekady należy do łódki Bols, czyli wódki wypromowanej w telewizji w czasach zakazu reklamy alkoholu. Absurd? Taki sam jak wzrost spożycia alkoholu w czasach reglamentacji. U nas takie absurdy to po prostu normalka.          

Za pomoc w zilustrowaniu materiału dziękujemy panu Łukaszowi Czajce www.czajkus.friko.pl , serwisowi www.winka.net oraz Sławkowi Jędrzejewskiemu.

Tekst: Jarosław Matuszewski

Zdjęcia: Tadeusz Rolke, PAP/Wojciech Kryński, PAP/Witold Rozmysłowicz, miłosz brendel, www.czajkus.friko.pl , www.winka.net , archiwum redakcji (montaż)

Czytaj też na Logo24 :