Półlitrowa butelka łąckiej śliwowicy to polska historia w płynie, ze wszystkimi jej paradoksami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji, które u obcokrajowców powodują mętlik w głowie. Bo ten tradycyjny góralski trunek wymyślił łącki Żyd. Jego zabili hitlerowcy, a gorzelnię zniszczyli sowieci.

Ze śliwowicą po wojnie zaciekle walczyli komuniści. Jak przyszła wolność, to się okazało, że demokratycznie wybrana władza nie ma zamiaru produkcji śliwowicy zalegalizować. Górale narzekają, ale dla miastowych kupno prawdziwej śliwowicy to przygoda!

Śliwkowa okolica

Skąd się wzięła ta śliwowica? - W archiwum w Krakowie jest dokument, który potwierdza, że Samuel Grossbard ma prawo pędzić śliwowicę w gorzelni w Łącku - mówi wójt Franciszek Młynarczyk. - O wcześniejszych czasach wiarygodnych przekazów nie ma - rozkłada ręce. O śliwowicy opowiada z pasją, bo od 20 lat walczy jak lew o jej legalizację.

Ma wprawdzie na głowie skutki sierpniowej powodzi, która zniszczyła kilka wsi w gminie, ale na rozmowę o śliwowicy zawsze znajdzie chwilę. - Powiedziałem, że skończę z wójtowaniem, dopiero jak zalegalizuję śliwowicę - mówi twardo.

Na ścianie jego gabinetu wisi dyplom Polskiej Organizacji Turystycznej za promowanie tego napoju. W aktach ma potwierdzenie, że śliwowica została uznana za niematerialne dobro kultury. Ma dokumenty z pieczęcią ministerstwa rolnictwa, że śliwowica ma status napoju tradycyjnego. Co z tego, skoro produkcja i sprzedaż śliwowicy są nadal nielegalne. Wójt zżyma się, że interes zwietrzyli oszuści, którzy sprzedają podróbki łąckiej śliwowicy, a on nic nie może zrobić, bo i podróbka, i oryginał są tak samo nielegalne.

Receptura na prawdziwą śliwowicę powstała na początku XX wieku. A potem pracownicy gorzelni podpatrzyli metody i zaczęli pędzić śliwkowy bimber w domach. - Ale przecież śliwowica nie wzięła się znikąd - zauważa przytomnie Bernadetta, która oprowadza nas po Izbie Regionalnej w Łącku, gdzie znajduje się m.in. zbiór starych etykiet z krasilicy (tak inaczej górale mówią na śliwowicę).

I opowiada, że o Łącku pisał już Jan Długosz. Wiadomo również, że tutejsze śliwki spławiano Wisłą do Gdańska od XVII wieku. Pewnie więc górale coś z tych owoców pędzili. - I może stąd pomysł na gorzelnię tutaj - zastanawia się Bernadetta.

- Bywało gorzej - rzuca drugi, również anonimowo, bo też właśnie nastawił beczkę śliwek do fermentacji i nie chce kusić licha i policji. Opowiada, jak w latach 60. jego rodzina zapłaciła karę za pędzenie śliwowicy - równowartość krowy. - Majątek. Ale i tak wszyscy pędzili. Jak nie w stodole, to w lasach - opowiada.

Uparci górale się nie dali. O PZPR i ORMO nikt już nie pamięta (a wielu nie potrafiłoby już prawidłowo odcyfrować tych skrótów), a śliwowica stała się sławna na całą Polskę. Miejscowi mówią, że teraz jest mniej nielegalna niż kiedyś. - My udajemy, że jej nie pędzimy, policja udaje, że nie widzi - śmieje się jeden z górali. Anonimowo, wiadomo. Wiadomo też dlaczego.

Bardzo mocna herbatka

Śliwowicy należy się szacunek. Ja po kozacku nalałem sobie do pełna kielonek i wychyliłem go jak zwykłą wódkę. A śliwowica ma ponad 70 procent alkoholu. I piecze w gardle jak diabli. - Bo to się z herbatką pije - pokręcili głową moi gospodarze.

Przepis jest taki. Najpierw parzymy mocną herbatę. - A najlepsza jest lipowa, ze świeżych kwiatów lipy - rozmarzyli się górale. - Ale lipton też może być.

Herbata musi być słodka: dwie łyżeczki cukru na pięćdziesiątkę śliwowicy. Mieszamy i dolewamy alkohol. Herbata pachnie śliwkami i dobrym bimberkiem. Po każdym łyku czuć na języku przyjemne pieczenie, a po żołądku rozlewa się miłe ciepło. Pycha!

Ale trzeba uważać. Pierwsza herbatka uderza do głowy z siłą halnego. Robi się jasno, nogi miękną, a język lekko się plącze. Trzeba odczekać. I można wypić drugą herbatkę. Druga jest równie pyszna, ale już tak nie zwala z nóg. A kolejne... - Jak są mocne herbatki, to czwarta jest ostatania - tłumaczą mi górale.

A następnego dnia wystarczy napić się wody i śliwowica zwala z nóg ponownie. Śruba - tak na to się mówi w Łącku. Czemu tak jest? - Nie wiadomo. To mocne jest, więc pewnie alkohol czai sie jeszcze z żyłach - uśmiechają się. Przy śliwowicy można usłyszeć opowieści o młodych góralach, którzy popili, a następnego dnia ruszali do pracy ma warszawskich budowach. Na kaca brali wodę mineralną. I pod Krakowem śruba zbijała ich z nóg.

Rozkosz jednak nielegalna

Ja, mimo starań moich gospodarzy, zachowałem rozsądek. Następnego dnia śruba mi nie groziła. Gdy pakowałem auto, rzuciłem butelkę śliwowicy na tylne siedzenie. - Nie kuś losu - poradził mi znajomy góral i przykrył flaszkę kurtką. - Policja zauważy i co im powiesz? - rzucił. - A tak będziesz miał lek na grypę - mrugnął okiem. Podobno bowiem herbata ze śliwowicą powstrzymuje przeziębienie. - Podobno. Trzeba ją wypić i z żoną pod pierzynę wskoczyć. I najlepiej żonie też herbatkę zrobić. Wtedy łatwiej wypocić chorobę - tłumaczyli mi górale.

Idzie jesień. Sprawdzę.

Ciemne chmury nad Łąckiem

W gminie z roku na rok zbiera się coraz mniej śliwek. Górale twierdzą, że ich produkcja po prostu się nie opłaca. Do tego w okolicach Łącka drzewa zarażone zostały groźną chorobą, szarką.

Zarażone owoce wcześniej opadają, nie nadają się ani do jedzenia, ani do produkcji śliwowicy. Niestety, żadne szczepienia i nasadzenia nowych rodzajów węgierki nie pomogły. Według urzędu gminy jedynym ratunkiem byłoby wycięcie sadów i ponowne ich założenie po kilku latach.

Tekst: Piotr Hykawy-Zabłocki

Zdjęcia: Robert Kowalewski, Łukasz Falkowski, materiały prasowe (montaż)

Czytaj też na Logo24 :