Piwo też jest trochę "Born in the USA" - bo lekkie i z małą ilością goryczki. I mimo że konkursów by to piwo nie wygrało, to można po amerykańsku powiedzieć, że jest "fine".

Jak we właściwych proporcjach zrobić w domu bimber, to każdy co najmniej 30-latek wie doskonale. Młodszym mogę przypomnieć sławetne proporcje: 1 kg cukru, 4 l wody, 10 dag drożdży. Coś wam to przypomina, młodziaki? 1, 4 i 10 to przecie 1410, czyli Grunwald. Więc wiedza o bimbrze jest, można by rzec, wiedzą powszechną. A co z piwem? Domowych mistrzów browarnictwa w Polsce nie brakuje, wszak nawet Żywiec organizuje dla nich konkurs i warzy w Cieszynie zwycięski napój. Czyli jakieś tradycje i umiejętności mamy i można się spodziewać, że na fali mody robienia w domu wędlin i wina także domowa produkcja piwa cieszyć się będzie uznaniem. 
 Zdjęcia: Shutterstock

A co jeśli ktoś nie chce i nie umie, a chciałby się pobawić w małego piwowara? Kto, jeśli nie Amerykanie, przyjdzie mu z pomocą? Oto więc jest mała, 10-litrowa, amerykańska maszyna do produkcji piwa. Wypożyczyliśmy ją do redakcyjnego testu od polskiego dystrybutora, firmy Excel.

Zabieram pudło do domu. Rozpakowuję i wpadam w panikę. Jak ja to wszystko poskładam? Części jest dużo, jak dla mnie stanowczo zbyt dużo, a instrukcja na opakowaniu jak nieamerykańska: nader lakoniczna. Czyli że dla inżynierów? Złożenie maszyny traktuję jak wyzwanie. Otwieram piwo i zaczynam. Idzie pomału (składanie, nie piwo), ale jakoś idzie. U góry pojemnika są obsadzone dwa wskaźniki: termometr i ciśnieniomierz. Od frontu montuje się nie tylko kran, ale także wejście na naboje z dwutlenkiem węgla. Najwięcej kłopotu sprawia domknięcie pojemnika. Trzeba równo ułożyć niesforną uszczelkę, dokładnie dopasować dwie części obudowy i wsunąć domykające listwy. Wszystko należy robić bardzo dokładnie, bo pojemnik musi być całkowicie szczelny. Dalej postępuję zgodnie z instrukcją zapisaną na torbie z dołączoną piwną mieszanką. Mam do wyboru wersje językowe angielską i litewską. Zgadnijcie, którą wybieram. Ale instrukcja jest prosta, bo warzenie piwa w Beer Machine jest rzeczywiście banalnie łatwe.

Mały piwowar


Mały piwowar  Zdjęcia: Franciszek Mazur, Krzysztof Miller

Do pojemnika nalewam trochę wody, wsypuję zawartość torby, uzupełniam wodą do objętości 10 l, na końcu dodaję dołączone do kompletu drożdże. Zamykam pojemnik i zostawiam na kilka dni w temperaturze pokojowej.

The Beer Machine 
The Beer Machine  Zdjęcia: Shutterstock, materiały prasowe

Instrukcja mówi, że powinienem czekać trzy do pięciu dni. Więc czekam cztery. Nieśmiało próbuję - jest to młode, fermentujące jeszcze piwo o mocno drożdżowym aromacie i smaku, lekko kwaskowe, mętne. Ale to nie jest jeszcze napój docelowy. Fermentację przerywam niską temperaturą: pojemnik wstawiam do lodówki i dzięki temu rozpoczyna się filtracja. Tu jest problem: pojemnik, choć stosunkowo niewielki, w lodówce potrzebuje naprawdę dużo miejsca. Muszę wyjąć jedną z półek i narazić się na kilka dni złośliwości ze strony pani. No tak, Amerykanie mają znacznie większe lodówki. W chłodzie pojemnik stoi przez kolejnych pięć dni. Jest, oczywiście, lekki zapach drożdży, ale niedokuczliwy. Nie do porównania np. z dobrej klasy kozim serem. Więc nie ma obaw.

Po pięciu dniach pojemnik wyjmuję i jadę na spotkanie z kolegami. Ciśnieniomierz, który przed włożeniem Beer Machine lodówki pokazywał nawet 10 PSI, teraz wskazuje ledwie 5. Jak zaczniemy nalewać do szklanek, stwierdzimy, czy trzeba dodatkowo nagazować piwo, choćby po to, by żwawiej się lało.

Pojemnik nie dość, że niezbyt zgrabny, to jeszcze (wypełniony do pełna piwem) waży ponad 10 kg, więc pomysł, by wypić piwo na świeżej trawce, przyjmuję niechętnie. Ktoś "to" będzie musiał na trawkę przenieść. Potem się okaże, że być może popełniliśmy błąd. Bo co zrobiliśmy? Wytrzęśliśmy pojemnik za wszystkie czasy, więc nawet jeśli klarowanie płynu udało się w warunkach nieruchomego trwania w lodówce, to zniszczyliśmy to tym krótkim spacerem. Kolega Rudy zwrócił uwagę na nasz błąd, ale, niestety, za późno.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.  Zdjęcia: Franciszek Mazur, Krzysztof Miller

- Mętne? No i co z tego - rzuciła rezolutnie Ewelina i ochoczo zabrała się do konsumpcji. Pewnie dlatego, że dzień wcześniej raczyła się cytrynówką domowego wyrobu, a że raczyła się chętnie, właśnie dzisiaj musiała uzupełniać niedobory płynów (i prawdopodobnie elektrolitów) w organizmie.

- Mocno pachnie drożdżami. ale do ciasta drożdżowego by jednak nie pasowało - rzucił Zabłot. Skąd mu ta drożdżówka w głowie? Może stąd, że jeszcze dwa dni temu był Zabłot na wczasach rodzinnych. No bo czy w innych warunkach myślałby o babie z kruszonką właśnie do piwa?

- Mało piany - rzucił Piotr. - Może należałoby wbić jeden nabój?

Słusznie, myślę, spróbujmy. Przypomniały mi się dawne czasy, gdy kupowało się wodę gazowaną, tak jak dzisiaj gaz, w 11-kilogramowych butlach: przynosiłeś do sklepu pusty syfon, odbierałeś pełny. A można też było mieć syfon automatyczny - w sklepie kupowałeś naboje z gazem, dokładnie takie, jak dołączone do Beer Machine. Wkręcam jeden, ciśnienie wewnątrz lekko się podnosi. Lejemy piwo. - Sama piana - skomentował Piotr, ale więcej nie mówił, bo pił.

- Wygląda jak kawa z mlekiem - rzucił Rudy, skądinąd wielbiciel gorzkiej herbaty yunnan, więc czy mu wierzyć, nie wiadomo.

- Czyli jak latte - Zabłot próbował podnieść intelektualny poziom naszej rozmowy. Ale niespecjalnie się udało. Niedziela rano to nie jest moment na uczone rozmowy.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.  Zdjęcia: Franciszek Mazur, Krzysztof Miller

A i miejsce zachęcało raczej do sączenia piwka, a nie do mądrzenia się. Vis-a-vis stadionu warszawskiej Legii, gdzie teren obniża się ku Wiśle, jest maleńki kanał wiślany i siedziba Warszawskiego Towarzystwa Sportowego "DeSki". Do siedziby nie dotarliśmy, bo zauroczył nas obrazek jak nie z tej epoki. Stary, zardzewiały prom, kilka wraków obok, jakaś łódka odwrócona do góry dnem, ławka bez jednej nogi, kołowrotek do przędzy - stojący tam z niejasnych powodów. Surrealistyczne otoczenie. I my tam z naszą ultranowoczesną maszyną do produkcji piwa.

- Może dałoby się jakoś sklarować? - spytał Grzegorz.

- Świetnie się klaruje za pomocą białka. Tak np. klaruje się rosół - rezolutnie podpowiedział Marcin.

- Jest też druga metoda, za pomocą zamrażania - to rzecz jasna włączył się Zabłot. - Polega na zamrożeniu np. rosołu

- Bardzo użyteczne metody w naszej sytuacji - krótko skomentował Rudy i zakończył kulinarne popisy kolegów. - W sumie może być - Rudy płynnie przeszedł do oceniania piwa. - Lekko kwaskowe, drożdżowe, ale całkiem, całkiem Chyba alkoholu tu niewiele - dodał z namysłem.

No właśnie: ile tu jest alkoholu? Nie wiemy. Alkoholomierza nie wzięliśmy, ale sądząc po osobistych doświadczeniach, raczej rzeczywiś-cie mało. Piwo jest fajne na lato, trochę przypomina piwa pszeniczne, też kwaskowe, lekkie, pachnące. Nie jest zbyt słodkie, choć goryczki także nie ma zbyt wiele. Smakowało podobnie płciom obydwóm. Popiliśmy, pomachaliśmy kajakarzom, wróciliśmy.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.

Piwo było wstrząśnięte i zmieszane, tfu, zmącone. Ale w pięknych okolicznościach nadwiślańskiej przyrody smakowało. Wszystkim.  Zdjęcia: Franciszek Mazur, Krzysztof Miller

Werdykt? Beer Machine to amerykański gadżet: wygodny, użyteczny, pomyślany jako praktyczny. No bo można samodzielnie zrobić piwo w domu. Samodzielnie, ale jednak automatycznie: kupujesz gotową mieszankę w proszku (zwaną przez nas pieszczotliwie "zacierem") i jedyne, co masz zrobić, to dolać wody i skrupulatnie liczyć dni. Czy to jest spełnienie marzeń o małym browarniku? Czy z piwem tak uwarzonym można zdobyć laury na corocznym Konkursie Piw Domowych? Zdecydowanie nie, lecz Satysfakcja jednak jakaś jest, szpan - także. A jeśli dodam, że z redakcyjnej degustacji przywiozłem jeszcze połowę zawartości beczki, i że wieczór w domu dzięki temu miał lepszy charakter? Ocena od razu idzie w górę. Bo fajnie jest mieć w domu, w przymałej lodówce zapasik. Tak na wszelki wypadek.  

Tekst: Jarosław Matuszewski

Zdjęcia: Franciszek Mazur, Krzysztof Miller, Shutterstock, materiały prasowe (montaż)

Czytaj też na Logo24 :

alkohole , piwo