Granica ukraińsko-mołdawska jest najbardziej wyluzowaną granicą, jaką kiedykolwiek przekraczałam. Pogranicznik zbiera paszporty pasażerów autobusu, którym jadę, i podnosi szlaban, żeby przepuścić pojazd. Rozwieszone wokół tabliczki zakazują z niego wysiadać. Ale jest upiornie gorąco, a mój międzynarodowy autobus to taka trochę większa furgonetka, w której mieści się raptem kilkanaście osób. Teraz siedzimy w niej jak w rozgrzanej metalowej puszce. Ktoś w końcu nie wytrzymuje, a po chwili już wszyscy stoimy w cieniu busika. Każą nam natychmiast wracać, ale na argument o upale odpuszczają, mówiąc: - Nie schodźcie tylko ze swojego chodnika, żebyście się nie pomieszali.

Na sąsiednim pasie odprawiany jest identyczny autobus, a jego pasażerowie też zaczęli wysiadać. Porządek panuje przez minutę. Potem ktoś postanawia zajrzeć w okno jakiejś budki, inny idzie do kantoru, a matka z dzieckiem biegnie do sławojki, która wyraźnie stoi już po mołdawskiej stronie. Kilka osób pali papierosy dokładnie pod znakiem z zakazem palenia, a kilka innych przysiadło na krawężniku i raczy się suszoną rybą. Robi się jak na swojskiej imprezie i w ciągu kwadransa poznaję niemal każdego ze współpasażerów. Wszyscy podróżują od albo do rodzin, z którymi rozdzieliły ich granice powstałe po upadku ZSRR. I wszyscy z niedowierzaniem pytają: - Naprawdę jedziesz na wakacje? Na wakacje do M o ł d a w i i?

Taka reakcja będzie mi towarzyszyć w czasie całej podróży. Mołdawianie nie rozumieli, że ktoś chce zobaczyć ich kraj, bo - według nich - nic w nim do zobaczenia nie ma. I było to zdziwienie szczere: jakbym nie pytała o fajne miejsca, ale poważnie próbowała się dowiedzieć, jaka jest najkrótsza droga na Księżyc.

Kto kupił wioskę na kredyt

Kiedy w końcu ruszamy przez granicę, busik podskakuje na wyboju i zauważam tablicę z napisem "Moldova". Napis jest po mołdawsku (czyli rumuńsku), w związku z czym nie ma z nim problemu: w tym języku występuje tylko jedno słowo na określenie zarówno kraju, do którego przed chwilą wjechałam, jak i historycznej krainy w granicach Rumunii. W innych tak łatwo już nie ma: po angielsku "Moldova" to kraj, a "Moldavia" - kawałek Rumunii. Kiedy wstukuję w polskie Google hasło "Mołdowa", odpowiadają mi zapytaniem: "Czy chodziło ci o: Mołdawia?". Co mnie w ogóle nie dziwi, bo właśnie tej nazwy używa się w mowie potocznej, widzi się ją w gazetach. Jednak w oficjalnych stosunkach dyplomatycznych kraj nazywany jest "Mołdową" (Republiką Mołdowy), to samo słowo pojawia się w tytułach przewodników. Sytuacji nie ułatwia fakt, że wiele osób i tak nie wie, o jaki kawałek świata chodzi: mnie przed wyjazdem przynajmniej kilkoro znajomych przekonywało, że Mołdawia i Mołdowa to dwa różne państwa położone na dwóch końcach Europy, a ktoś inny twierdził, że przynajmniej jedno z nich ma coś wspólnego z Macedonią.

Na rozwidleniu drogi znalazłam się wśród kolorowych domów: były pomalowane na niebiesko, zielono, żółto, a od ich ścian odbijały białe rzeźbione okiennice. Płoty gęsto obrastała winorośl, a na poboczach stały studnie - przykryte daszkami, z ławeczkami, wiadrem i metalowym kubkiem, z którego mógł skorzystać każdy spragniony. Wokół panowała niesamowita cisza. Pomyślałam, że ktoś mnie właśnie przeniósł na plan filmu "Nad Niemnem".

Wioskę kupiło na kredyt 37 polskich rodzin, w czasach, kiedy te ziemie były miejscem zsyłek. Polacy długo żenili się tylko między sobą i dopiero kiedy o chłopców upomniała się Armia Czerwona, co niektórzy zaczęli wracać ze służby z narzeczonymi z zewnątrz. Wielu mieszkańców nadal nosi swojsko brzmiące nazwiska, a o swojej miejscowości mawiają "mała Warszawa". W jednym z domów znajduje się muzeum z przedmiotami z początków wsi - mnie najbardziej urzekła historia bryczki. Kiedy nowo powstała władza sowiecka zaczęła konfiskować własność, Polacy rozebrali ją na części i schowali w różnych miejscach. Jednego resoru szukają do dzisiaj.

Co się chowa w mamałydze

Mołdawia jest jednym z najmniejszych krajów Europy, z powierzchnią dziesięć razy mniejszą od Polski i granicami, które dzieli około 150 km wszerz i 350 km wzdłuż. Co nie oznacza, że którąkolwiek z tych odległości na pewno pokona się w jeden dzień - do niektórych miejsc marszrutka przyjeżdża co dwa dni, inne są zupełnie odcięte od świata. A ja dziś mam w planach taki właśnie zapomniany, położony na północnym zachodzie, kawałek kraju. Kierowca jedynej odjeżdżającej w tym kierunku marszrutki (niestety nasze drogi rozejdą się już po kilku kilometrach) prawie zabija mnie śmiechem, kiedy mówię mu, dokąd chcę się dostać. - W jeden dzień to niemożliwe - powtarza. Ale ja chcę koniecznie, żeby zobaczyć rafę koralową. Nigdy wcześniej nie widziałam jej w kraju, który nie ma dostępu do morza. Wbrew zapowiedziom idzie mi bardzo sprawnie i dość szybko w monotonnym krajobrazie falistego stepu pojawia się dziwaczna góra, z której wyrastają poszarpane skałki. Wspinam się na nią wąską ścieżką wśród gęsi: ze szczytu roztacza się widok na wąwóz Butesti i podobne skałki. Formacje są pozostałością po Morzu Sarmackim, które rozlewało się na tych terenach kilka milionów lat temu. W górze woda wyrzeźbiła też sporą jaskinię, ale wejście do niej zamknięto, bo do środka ciągle wchodziły owce.

Jeszcze dziwniejszy twór pozostały po morzu ciągnie się przy granicy z Rumunią - Sto Kopców to symetryczne górki wyrastające z płaskiego jak deska terenu. Naukowcy wciąż się głowią nad ich fenomenem. Ostatni kawałek ocienionej drzewami orzechowców drogi do Stu Kopców pokonuję wozem konnym z rolnikiem Paszą, który przyjechał nazbierać gałęzi na opał. Podrzuca mnie pod najwyższą górkę i błyskając złotymi zębami, mówi: - Stefan cel Mare wypatrywał z niej wroga.

Kiedy wchodzę na szczyt, odzywa się sygnał SMS-a: "Witamy w Unii Europejskiej".

Jedna z systemu potężnych twierdz obronnych zbudowanych przez hospodara Stefana cel Mare stoi w położonych na wschodnich rubieżach Sorokach. Jest też jedyną na terenie dzisiejszej Mołdawii - pozostałe znajdują się w Rumunii, na Ukrainie (słynne Chocim i Akerman) oraz spornym Naddniestrzu. Dla Mołdawian twierdza jest tak ważna, że jej wizerunek umieścili nawet na odwrotach dowodów osobistych.

Ja jednak nie mogę wyjść z podziwu nad czymś zupełnie innym - rozciągającą się na wzgórzu dzielnicą cygańską. To nie są bogate i wystawne domy - to są prawdziwe pałace i gdyby je tylko trochę postarzyć, z powodzeniem mogłyby udawać Wenecję. A może dawną Rosję, bo styl tu panuje mieszany: standardowy dom ma dwie albo trzy kondygnacje, wysokie okna zwieńczone łukami, krużganki wzdłuż całego frontu, rzeźbione kolumny i cebulaste kopuły na srebrnym albo złotym dachu. Według dowcipu krążącego w dolnej części miasta wiele budynków jest ciągle w budowie, bo każdy właściciel wziął sobie za punkt honoru, żeby jego dom był większy od postawionego przez sąsiada. Ale nie największy w dzielnicy, bo ten - za ogrodzeniem z czerwonej cegły z kutą żelazną bramą - należy do cygańskiego króla.

Zaraz zakręci mi się jeszcze bardziej: w bocznej niszy, na kilku specjalnie skonstruowanych stojakach, leżakuje szampan kolekcjonerski. Co dwa tygodnie przychodzi tu pracownik, by wyjąć każdą butelkę i pokręcić nią, żeby pod korkiem zebrał się osad. I tak przez trzy lata, po upływie tego czasu korek z osadem szybko się wyrzuca, wymieniając go na nowy. Niestety, tego cennego trunku nie można kupić - produkują go tylko dla podtrzymania tradycji i rozdają w prezencie znamienitym osobistościom. Kupuję więc szampana z linii, który leżakował tylko dwa miesiące, a do degustacji dostaję kolekcjonerskie wino Kagar, ciężkie, słodkie i niesamowicie aromatyczne.

Wejście do winiarni w Cricovej jest imponujące - przez iście pałacową wieżę. Pod ziemią kryje się miasteczko w korytarzach pozostałych po wydobyciu wapienia: mają ponad 100 km długości i tworzą prawdziwy labirynt ulic, alej, placów i skrzyżowań. Sięgająca 98 proc. wilgotność stwarza wyśmienite warunki zwłaszcza dla win musujących - to tu produkowano słynne Sowietskoje Igristoje. Wtedy piwnice dla śmiertelników były zamknięte, bywali w nich (i bywają do dziś) miejscowi i zagraniczni notable: Władimir Putin świętował 50. urodziny, a Jurij Gagarin przyjechał tuż po powrocie z kosmosu i nie wychodził na powierzchnię przez dwa dni. Według wersji oficjalnej zgubił się w korytarzach (w księdze gości napisał potem: "Łatwiej oderwać się od ziemi, niż wyjść z cricovskich piwnic"), nieoficjalnej - zabalował w salach degustacyjnych, po wyjściu rozbił auto, wrócił więc zalać robaka z winiarzami.

Na koniec zostawiłam sobie Mileštii Mici - to prawdziwy gigant złożony z 200 km sztolni, do których można wjechać tylko w konwoju samochodów. U wejścia dwie fontanny w kształcie beczek i ogromnych butelek tryskają czerwonym i żółtawym napojem do równie wielkich kielichów. Już wyciągam rękę w ich kierunku, kiedy jeden z pracowników rozwiewa moje nadzieje: - Nazywamy go farbowańcem.

Napój jest zwyczajną, zabarwioną wodą. Za to pod ziemią - prawdziwa uczta dla oczu i zmysłów. Szerokimi tunelami zjeżdżamy za przewodnikiem coraz niżej i niżej, by dostać się na głębokość 80 m, gdzie zgromadzono najwięcej na świecie butelek wina. Leżą, jak okiem sięgnąć, w zbudowanych po sufit boksach, po 600, 700, 900 sztuk w każdym. Zakurzone, oplecione pajęczyną, niektóre nawet omszałe - minimum leżakowania wynosi tu od dwóch do czterech lat. W sali degustacyjnej czeka na nas kilka solidnych dzbanów, a na samej górze - sklep firmowy, w którym butelki leżą w boksach podobnych do tych pod ziemią, ale już elegancko zapakowane. Najdroższa - Bukiet Mołdawii z 1973 r. - kosztuje 30 tys. lei (ok. 7,5 tys. zł). Ale już porządne chardonnay z 1992 r. - tylko 36 lei. Podobny sklep jest w centrum Kiszyniowa: sprzedają w nim też wino z kija, rozlewane do plastikowych butelek, w cenie 15 lei za litr.

Czy może istnieć kraj, którego nie ma

Nie wierzę, po prostu nie wierzę w to, co zobaczyłam, kiedy dojechałam do Kiszyniowa. Skoro Mołdawia jest najbiedniejszym krajem Europy, to jakim cudem to miasto jest tak ładne? Zielone, zadbane, czyste, z kamienicami jak w Petersburgu i szerokimi alejami, wzdłuż których pełno gwarnych klubów, małych kafejek i modnych sklepów. Choć to dzień powszedni, mieszkanki stolicy wyglądają jak z żurnala - strojem obowiązkowym są sukienki i pantofelki. O tym, gdzie jestem, przypomina mi tylko monumentalny pomnik i kwas chlebowy w plastikowych kubeczkach, rozlewany niemal na każdym rogu.

Z Kiszyniowa ruszam do Tyraspola - stolicy przedziwnego państwa, które nie istnieje. To 200-kilometrowy, wąski pas ziemi położony po lewej stronie Dniestru, zamieszkany głównie przez Rosjan i Ukraińców, który w 1990 r. ogłosił się niepodległą Naddniestrzańską Republiką Mołdawską. Choć to marionetkowe państwo dla świata jest częścią Mołdawii, dzięki wsparciu Rosji funkcjonuje jak każde inne: ma prezydenta, rząd, wojsko, policję, walutę i nawet tablice rejestracyjne wydaje.

Straszyli mnie tym Naddniestrzem jak złym wilkiem. Ponieważ Mołdawia nie ma w nim żadnej władzy, nie ma jej także nasza ambasada i gdyby coś mi się przytrafiło, nie będzie mogła mi pomóc. Pogranicznicy na pewno będą stwarzać problemy, co się skończy wymuszeniem łapówki albo skonfiskowaniem moich rzeczy. Rzeczywiście: po sprawnym przejechaniu kontroli mołdawskiej - co jest dość absurdalne, bo według Mołdawii żadnej granicy przecież w tym miejscu nie ma - widzę wyrastające na drodze groźnie się prezentujące zasieki, solidną bramę i budkę, nad którą łomoce flaga z sierpem i młotem. Na poboczach zauważam kilka wozów opancerzonych i grupki żołnierzy - od czasu krwawej wojny domowej w 1992 r. oprócz sił mołdawskich i naddniestrzańskich stacjonują tu także wojska rosyjskie. Pogranicznik bez zbędnych pytań i emocji oddaje mi paszport i kartę imigracyjną, na której napisał, że muszę opuścić Naddniestrze do godz. 20 - cudzoziemcom bez dodatkowych formalności pozwalają wjechać tylko na 10 godzin. No to wjeżdżam - szeroką i gładką jak lustro drogą, którą porusza się ledwie kilka aut.

Przed powrotem zahaczam jeszcze o Gagauzję - autonomiczną republikę na południu Mołdawii, zamieszkaną przez schrystianizowanych Turków. Gdy wjeżdżałam z Polski na Ukrainę, pomstowałam na tamtejsze drogi. Kiedy teraz wracam na Ukrainę z Gagauzji właśnie - nie mogę wyjść z podziwu, jak świetne są szosy ukraińskie. Ale wizyty w gościnnej i nieskomercjalizowanej Mołdawii nie żałuję ani trochę. To ostatni taki kraj w Europie. Prawdziwa biała plama na mapie.

flaga Mołdawiiflaga Mołdawii  Jak i za ile?

Jak dojechać: połączeń lotniczych do Kiszyniowa nie ma wiele, ceny - od 1000-1200 zł (Lufthansa, Austrian, Malev, Aerosvit). Można podróżować lądem (do Lwowa, stamtąd pociągiem do Czerniowców i dalej autobusem na północ Mołdawii), a po przejechaniu kraju wrócić samolotem, np. z Odessy albo Rumunii.

Naddniestrze najłatwiej odwiedzić, wjeżdżając na 10 godzin z Mołdawii (można wjechać kilka razy). Przy dłuższym pobycie konieczna jest rejestracja: do jednej doby - możliwa na na granicy (urzędnicy czasem pytają o zaproszenie), powyżej - w Naddniestrzu. Żeby uniknąć kłopotów, lepiej nie jechać przez Naddniestrze z Ukrainy do Mołdawii albo na odwrót.

flaga Mołdawii Waluta: lej mołdawski (MDL) - 1 PLN = ok. 4 MDL. W Naddniestrzu funkcjonuje rubel naddniestrzański, słabszy od leja. Ceny: 1,5-2 leje za marszrutki i trolejbusy miejskie, duża butelka wody - 4-5 lei, obiad w barze - od 40 lei, piwo w restauracji - od 10-15 lei.

Wycieczki do winiarni: najpopularniejsze są Mileštii Mici i Cricova, ale w całym kraju swoje podwoje otwierają też mniejsze fabryczki. Najlepiej umówić się telefonicznie. Wejście do Branešte - 100 lei, Mileštii Mici i Cricovej - ok. 350-600 lei w zależności od dnia tygodnia oraz tego, czy zamawiamy posiłek w restauracji pod ziemią. Degustacja miejscowych win jest zawsze wliczona w cenę.

Tekst: Marzena Filipczak

Zdjęcia: Marzena Filipczak,  Damian Kramski, Agata Jakubowska,  Ambasada Mołdawii w Warszawie, Shutterstock (montaż)

Infografika: Mikołaj Kirschke

Zobacz też na Logo24 :