Odpowiada Adam Jarczyński, dyrektor generalny Polskiej Akademii Protokołu i Etykiety:

Cóż, cena zabawy i dola – albo niedola – gospodarza, który musi się liczyć z tym, że czasem coś lub kilka „cosiów” pójdzie nie tak. Gdy za czasów akademickich wyjeżdżałem na obozy AIESEC-u, to przed wejściem do pokoi, w których byliśmy zakwaterowani, deponowaliśmy (proszę mi wybaczyć anglicyzm, ale tak to się wtedy nazywało) „demydż”, czyli mówiąc językiem powszechniejszym – kaucję. Jeżeli coś poszłoby nie tak (tak czysto teoretycznie, bo przecież za 20 lat miałem zajmować się dobrymi manierami, co zobowiązuje), to kaucja, czyli „demydż”, by przepadła.

Wracając do clou – nie sugeruję, by na wejściu pobierał pan kaucję od gości, choć patrząc wstecz, byłoby to uzasadnione. Dlatego, jeżeli pańscy znajomi mają choć trochę poczucia humoru rodem z Monty Pythona, to może zacząć pan przyjęcie od toastu (wprawdzie ten zwyczajowo powinien być wznoszony po daniu głównym, przed deserem, ale zaryzykujmy) o następującej treści:

Cieszę się, że was widzę, niestety nie ma z nami już płyty kuchennej i ramienia gramofonu, które odeszły podczas ostatniej imprezy. Dumnie reprezentowały gospodarza, niemniej uległy sile zabawy. Dziś są z nami ich następcy i dajmy im szansę spotkać się z nami na kolejnych zabawach.

A jeżeli stawiamy na prosty komunikat, to wystarczy: „Kochani, poproszę delikatniej niż ostatnio, bo ostatnio ucierpiała płyta indukcyjna i gramofon”. A tak najbardziej ąę będzie nic nie mówić i nie organizować przyjęcia.