Kuba Dobroszek: Nie boisz się zabierać głosu w sprawach politycznych, piszesz zaangażowane społecznie teksty... Pamiętasz "Czarną Brygadę" Brygady Kryzys? Ty trochę podążasz ścieżką takich ludzi jak Brylewski czy Lipiński. 

Krzysztof Zalewski: Nie no, mam nadzieję, że zostało jeszcze trochę tych rockmanów. Przecież to Budyń, wokalista Pogodno, podrzucał mi książki Slavoja Zizka i odpytywał z różnych filozofów. Inna sprawa, że nadeszła pewna zmiana pokoleniowa i więcej rockmanów biega oraz je kiełki, a nie siedzi w knajpach do piątej rano, opowiadając te same historie...

W ogóle dobrze, że wspomniałeś o Brylewskim, bo ostatnio widziałem z nim wywiad - to niesamowity człowiek. Piękne rzeczy mówił. Ewidentnie opowiadał się po jednej ze stron naszego polsko-polskiego konfliktu, ale nie widziałem w nim ani zajadłości ani nienawiści. To mi bardzo imponuje, sam staram się taki być. Nie wyobrażam sobie, żeby nie wykrzykiwać swoich poglądów, bo za parę lat plułbym sobie w brodę, że byłem jednym z tych, którzy siedzieli cicho, podczas gdy za oknem dokonywały się niedobre przemiany. Otwarcie podkreślam, że nie lubię naszych włodarzy, ale mimo wszystko staram się zachować szacunek dla ludzi, którzy są ich sympatykami. Przecież mają do tego prawo! 

I dlatego krzyczysz na koncertach: "kto nie klaszcze - ten za PiS-em"? 

- To był żartobliwy rym, żeby zachęcić ludzi do wspólnego wybijania rytmu w piosence "Jaśniej". Zdarzyło się to ze dwa razy. Czasami krzyczałem "kto nie klaszcze - ten z policji" - też nie najpiękniej. Staram się być wyważony i zen, ale niestety nie zawsze mi to wychodzi, bo emocje biorą górę, ale mam nadzieję, że jakoś często granicy nie przekraczam. Nasi ojcowie walczyli o pluralizm, więc jestem zaniepokojony tym, co się ostatnio dzieje. Lepszy i gorszy sort. Jedyny pozytywny aspekt tej całej sytuacji to mobilizacja rozleniwionego społeczeństwa i coraz więcej ludzi na antyrządowych protestach. 

Chodzisz na protesty? 

- Jeśli mogę, to chodzę.  

I jakich tam ludzi widzisz? 

- Pamiętam jak byłem pod pałacem prezydenckim - akurat zaczynały się przymiarki do ustawy o sądownictwie. Widziałem dziki tłum i trochę się obawiałem, że może się zrobić niebezpiecznie... Tymczasem zobaczyłem kulturalnych, dobrze wychowanych ludzi! Kiedy pewna starsza pani próbowała przejść, to protestujący się odsuwali, żeby tylko było jej jak najłatwiej. Mimo emocji nie przekroczono granicy, nie wykrzykiwano nienawistnych haseł. Pojawiały się co najwyżej uszczypliwe hasła w stylu: "Adrian, wetuj". 

Uszczypliwe, mówisz... 

- Wiadomo, że czuć było jawną niechęć do obozu rządzącego, ale trzymano poziom. Ja osobiście nie słyszałem żadnych wulgarnych czy nienawistnych haseł. Nikt nikomu nie życzył śmierci - co najwyżej pozbawienia władzy i sprawiedliwego osądzenia. Koniec końców niewiele to dało, bo rządzący zrobili, co chcieli, nie oglądając się na zasadne zastrzeżenia dużej części społeczeństwa, ale poczułem się zbudowany postawą protestujących ludzi. Serce rosło, kiedy czuło się tę solidarność, wspólnotę.  

Jesteś dobrze poinformowany jak na osobę, która deklaruje, że nie ogląda telewizji. 

- Nie potrzebuję telewizora, kiedy jest Internet i prasa. Komuna przeminęła, PiS też przeminie. A my zostaniemy tutaj ze sobą - Polacy, sąsiedzi, rodzina. Odkąd pamiętam, nie było tak dużych podziałów. Podczas spotkań w gronie najbliższych rozmawia się o wszystkim tylko nie o polityce, bo w momencie, kiedy się taki temat pojawi, to zaczyna się ciskanie talerzami, obelgami i w ogóle dramat. Dlatego ważne jest, żebyśmy nauczyli się ze sobą rozmawiać, szanować się nawzajem.  

W wysokie tony uderzasz. 

- Ja wiem, że to górnolotne i naiwne. Sam się łapię na tym, że czytam jakiś artykuł w Internecie i zaczyna się we mnie gotować. Czasem mnie poniesie, jestem tylko człowiekiem, mam jednak nadzieję, że nie dzielę przesadnie ludzi. Inna sprawa, że nie da się uszczęśliwić wszystkich. Dziękuję losowi za moją obecną sytuację - mogę głośno mówić, co myślę, a przy tym wciąż zapełniam duże sale koncertowe, a fani śpiewają i lubią moje piosenki.

Ty masz chyba duże ego, prawda? 

- No pewnie. Gdybym nie miał dużego ego, to wybrałbym inny zawód. Staram się spuszczać z niego powietrze, mam na to różne sposoby, o których nie chcę opowiadać. Moja pierwsza płyta - "Pistolet" wydany po zwycięstwie w Idolu - nie okazała się gigantycznym sukcesem. Wtedy musiałem to ego trochę schować. 

Dlatego zniknąłeś na tak długo? 

- Nie umiałem śpiewać. Nie umiałem komponować ani pisać tekstów. Mogłem spieniężyć tamten medialny sukces poprzez udostępnienie swojej twarzy i pozwolenie innym tworzyć dla mnie muzykę, ale nie chciałem tego robić. 

Bo? 

- Wykrzykiwanie swoich wartości jest dużo ciekawsze niż śpiewanie cudzych rzeczy. Zwłaszcza, że, powtarzam, ja nie byłem wówczas wybitnym wokalistą. Nie jestem Sinatrą, który mógł śpiewać piosenki innych, robiąc to absolutnie doskonale. Zszedłem więc do podziemia, choć muszę przyznać, że i tak miałem sporo szczęścia, bo przez te lata żyłem z muzyki: nagrywałem chórki, przeszkadzajki, grałem z Muchami, Nosowską czy Brodką. Nadszedł jednak ten moment, kiedy zorientowałem się, że mam trzydzieści lat, więc trzeba się zmierzyć z pisaniem piosenek nie tylko do szuflady. Liczyłem się z możliwą krytyką, ale bardziej bałem się tego poczucia, że w ogóle nie spróbowałem. Przerażała mnie wizja pięćdziesięcioletniego Krzysztofa Zalewskiego, który opowiada w knajpie, jaki to kiedyś był zajebisty, a nikt się na nim nie poznał... 

Nie masz refleksji, że za późno ten sukces przyszedł? Że za późno się poznali? 

- Na pewno mogłem zrobić coś szybciej. Wziąć się w garść i nie zmarnować kilku lat, kiedy próbowałem uporać się z osobistymi problemami. Ale myślę o tym jak Kubuś Fatalista - skoro tak się stało, to tak musiało być. Co mi przyjdzie z biczowania się? Poza tym ja przecież młodo wyglądam (śmiech). Ostatnio gadałem z Dawidem Podsiadło, który zbladł, kiedy powiedziałem mu, że mam prawie 34 lata. Wygrywam słabym zarostem i raczej chłopięcą posturą. Zdarza się, że w sklepie proszą mnie o dowód. 

A więc dojrzałeś w najlepszym możliwym momencie? 

- Każdy okres jest dobry, żeby chwycić życie za rogi i znaleźć chociaż kawałek kontroli nad nim. Jestem w tzw. wieku chrystusowym, bo dopiero w sierpniu skończę 34 lata i czuję, że zaczynam przeistaczać się w mężczyznę.  

W czym to się objawia? 

- Przestałem imprezować. Myślę dwa kroki do przodu i jestem spokojniejszy. Mam też więcej cierpliwości niż kiedyś - wiem, że na niektóre rzeczy trzeba poczekać, a inne zaplanować. Staram się kontrolować również to swoje rozdęte ego. Na scenie okej, mogę zgrywać gwiazdę, ale po skończeniu koncertu przestaję być pępkiem świata, więc dopasowuję się do otoczenia. 

Czasy też się przecież zmieniły - mówi się, że dzisiejszy sześćdziesięciolatek to wczorajszy czterdziestolatek. 

- Czyli ja mam jakieś 21 - może być! Czyta się w gazetach, że mamy plagę "dużych dzieci". Żeby nie było - ja też jestem fanem "Piotrusia Pana", a film "Hook" oglądałem wielokrotnie. Absolutnie uważam, że każdy z nas, niezależnie od wieku, powinien zachować w sobie cząstkę dziecka. Problemem stają się proporcje. Cały czas trzeba zachwycać się światem, tym, co przynoszą kolejne dni. Kiedy możesz być dzieckiem, to bądź. Ale kiedy musisz być mężczyzną - bądź mężczyzną. To się objawia np. w podejściu do kobiet. 

Co masz na myśli? 

- Jestem wychowany przez samotną matkę, która była najcudowniejszym człowiekiem, jakiego poznałem. To ona uczyła mnie wrażliwości, wpajała zasady moralne i pielęgnowała we mnie ciekawość świata. Odkąd pamiętam, zabierała mnie co tydzień do teatru, starając się uwrażliwić mnie na sztukę. Chociażby z tego powodu mam ogromny szacunek do kobiet, bo okazuje się, że to zwykle one są motorem różnych działań. 

Twoich również? 

- Pewnie! Pierwszy zespół założyłem, bo chciałem zaimponować dziewczynie, w której byłem zakochany jako nastolatek. Bardzo często pracowałem nad sobą, nad swoim charakterem tylko dlatego, żeby wywrzeć wrażenie na ważnych dla mnie kobietach. I to działało również w drugą stronę - jeśli zostawałem ze złamanym sercem, to pisałem piosenkę o moim złamanym sercu. 

W szóstej klasie wysłałem walentynkę do pewnej koleżanki. Napisałem w niej, że "działa na mnie jak benzyna na samochód". 

- To ja pisałem jeszcze gorzej... Dopiero teraz, kiedy odnajduję jakieś fragmenty tekstów z dawnych lat, widzę, jakie to wszystko było nadęte. Im byłem młodszy, tym bardziej chciałem udowodnić wszystkim, że jestem dorosły. Tymczasem utwór najlepiej działa wtedy, gdy używasz prostych słów. Wystarczy spojrzeć na Boba Dylana. 

Ale wracając do kobiet - uważam, że one powinny rządzić światem, bo dzięki temu doszlibyśmy do większego społecznego porozumienia. Mniej byłoby konkursów, kto ma dłuższego albo kto może dalej napluć. Testosteron czasem przeszkadza, naprawdę.

To tylko fragment obszernego wywiadu z Krzysztofem Zalewskim, jaki ukazał się w "LOGO". Chcesz wiedzieć, jak Krzysztof wspomina naukę w szkole muzycznej, co sądzi o graniu "do kotleta" oraz czemu zniknął ze sceny muzycznej na kilka lat? Całą rozmowę przeczytasz TUTAJ